Witaj!

ALTER się wydał (Michał Witold Gajda)
„Zabawa w samotność”

Właśnie ukazał się tomik poetycki Michała Witolda Gajdy
pt:”Zabawa w samotność”. To druga książka autora, który rzadko wydaje swoje utwory
w publikacjach zwartych. Prawie wszystkie z 55 wierszy, jakie zawiera tomik, to laureaci różnych, ogólnopolskich konkursów poetyckich i literackich.
„Zabawa w samotność’ ukazała się nakładem Wydawnictwa KRYWAJ z Koszalina i jest
do nabycia poprzez wpłatę na konto (ING Bank ŚLĄSKI 03 1050 1852 1000 0092 0693 4136)
15 PLN + 4,20 PLN (koszty krajowej przesyłki poleconej).
Na życzenie – z autografem autora, bądź z dedykacją.


ALTER To ja – ALTER, autor niesławnej, grafomańskiej powieści z wyższych sfer. Nie ukrywam, że mam w nosie tak zwaną poprawność polityczną i literaturę przez duże „L”. Moim żywiołem jest piurnonsens, groteska, walenie ryjem w mur bigoterii i idiotyzmu rodzimego chowu.
Bohaterowie powieści to fantomy czystej wyobraźni, a jeśli ktoś rozpozna opisywaną postać w lustrze, będę zarówno zdziwiony, jak rozbawiony. Nie odnoszę się personalnie do nikogo, nikogo nie zamierzam lżyć, obrażać, ani poniżać. Niecenzuralne słowa, od których nie sposób było uciec, służą wyłącznie ekspresji i sile artystycznego (?) wyrazu.
Przyznaję – mam niezły ubaw, dopisując kolejne epizody. Kiedy przestanę mieć frajdę z tej pisaniny, ani ochoty, aby ją kontynuować, to rzucę tego bloga w jasną cholerę. A jeśli TY chcesz się przyłączyć do zabawy – proszę bardzo. Cała przyjemność po mojej stronie.
Dobre towarzystwo zawsze mile widziane.
Całość powieści podzieliłem na epizody, które sukcesywnie będę tutaj zamieszczał.
To wszystko.

Alter

Nie spodziewaj się dobrej literatury. Nie oczekuj intelektualnych rozkoszy. Nie licz na logikę, dbałość o historyczne realia i poprawność polityczną. Niczego takiego tu nie znajdziesz.

Ogród rozkoszy! Hrabia ciska! Aluzje Hrabiny! Czego nie wie stary służący? Nieokiełznane namiętności!

– Walery! – Hrabina zdjęła monokl i założyła okular – Jesteś, moja kiełbasko?
Jej głos przeszłej urody odbijał się od murów i Walerego.
Tak, Jaśnie Pani – odrzekł lokaj – w kominku napalono, ale lodów nie będzie. Za zimno.
– Na lody nigdy nie jest za zimno – Hrabina swym arystokratycznym oddechem zabiła muchę i zmierzała ku Waleremu
– Czy Walery zrozumiał aluzję?
– Tak, ale nie wiem co to jest „aluzja” – odparł Walery.
– Oh! Mon Dieu! – Hrabina wpadła w spazmy porównywalne z polityczną kampanią wyborczą w cywilizowanych krajach strefy euroazjatyckiej – Walery, je suis malade! Wezwij ma famille!
Z metodyczną fantazją, właściwą rodowi Przeniewierskich, jęła przeglądać karty swych memuarów. Ujęła wiotką dłonią uwiecznioną drożyźnianymi bibelotami, kieliszek z amalgamatu i jęknęła obficie. Lico jej, jakże blade, rozpłoniło się nieco, kiedy Walery podał tacę z flaszą staropolskiego absyntu.
Wtem zadźwięczał gong u drzwi, potem po raz wtóry, i po raz trzeci.
Walery stał u dźwierzy jak kamień, nikt jak on, lepiej nie znał tajemnic domostwa.
Wierny sługa uchylił starodawne odrzwia, które ustąpiły ze starocerkiewnym akcentem.
– Job twoju mać! – rzekł przybysz i cisnął ozdobionym rodowym herbem parasolem wprost w twarz kamerdynera.
– Co tak długo?! Ty ch… niemyty! Czy myślisz, że Jaśnie Pan, zamierza posiąść dyfteryt, albo inną francę powietrzną?!
– Jaśnie Panie, pozwolę sobie zasugerować…Czy życzy sobie Pan Hrabia, litr wódki, czyste wiadro i bigos do biblioteki? Kamerdyner wprowadził Hrabiego do antycznego holu, gdzie pyszniły się na ścianach liczne konterfekty antenatów oraz rogi, także Hrabiego.
Wiadro wsadź sobie w dupę! To nie jest Monty Python, ofermo! Dawaj moje, stare, poczciwe koryto!
Hrabia nie odmawiając pomocy swym arystokratycznym dłoniom, jął wspinać się na piętro po hebanowych, lśniących nowym, luksusowym pokostem, schodach.
Jego chude, arystokratyczne ciało wyćwiczonymi z dawna nawykami, posuwało się sprawnie ku górze.
Hrabina Pulcheria zamknęła adamaszkową okładkę osiemdziesiątego szóstego tomu swych wspomnień z młodości.
– Czy Pan powrócił?
– Wraca, Jaśnie Pani – Walery troskliwie asystował swemu chlebodawcy w uciążliwej peregrynacji do pałacowej sypialni, zwanej kurdybanową.
Hrabia Antoniusz Alojzy runął w puchową otchłań gotyckiego łoża z baldachimem, wypożyczanego wielkodusznie każdego roku wieśniakom, na procesję Bożego Ciała.
Korpusem arystokraty targnął spazm bolesny – oto bowiem, choć otumaniony cudzołożnymi orgiami z tancerkami z podrzędnych lunaparów, dochodziła doń okrutna świadomość nieodwracalności czasu przeszłego.
On – absolwent najlepszych uniwersytetów Oksfordzie, Padwie, Paryżu, a nawet w Małkini, pojął za żonę istotę obcą duchowo, choć ze szlachetnego rodu.
Jego finanse, poza tym, legły w gruzach.
Konie, na które postawił, okazały się ochwacone, podobnie, jak tancerki z burdeli, którym poprzedniej nocy stawiał szmapanay

– Antoniuszu! – Hrabina uszczknęła źdźbło toskańskich winogron i popiła drobiną najlepszej odmiany „wódki żołądkowej gorzkiej” – Jesteś?
– Tak, moja duszko… – Hrabia obficie zwymiotował do starodawnego koryta, a jego szlachetna twarz usłała się gęstymi kroplami potu.
Hrabina podniosła się z fotela i podeszła do okna z widokiem na pałacowy ogród.
Z lubością konsumowała obraz bzów kwitnących, cebuli dojrzewającej i kopulacji ogrodnika z posługaczką w krzakach agrestu.
Pomyślała, że jej małżeństwo z Antoniuszem Alojzym już dawno stało się farsą.
On, łajdak włóczący się po portowych spelunkach, tym bardziej gorszący, że do morza czterysta wiorst, ucztujący z nieobyczajnymi chłopcami i rozmawiający z nimi całymi godzinami o Kancie, Heglu, albo innym dewiancie, nie jest godzien jej ciała.
Jej ciało należało do wybranego.
Ale ta tajemnica musi zostać zamknięta w ciemnicy ukrytych prywatności…

Opublikowano Uwagi wstępne. | 3 komentarzy

Nerw armii

Jad dywersji! Koszarowe trudy! Gmach tajemnic! Czar majestatu! Monarchia w matni!

Generał Trzepisław Wykręt – Wkrętnicki, z niemałym trudem rozczesywał brodę przy pomocy, kościanego grzebienia, miłej sercu pamiątki, z pobojowiska pod Verdun. Patrząc w służbowe, rokokowe lustro, widział swoją czerwoną ze złości twarz, a w tle, pobladły owal lica osobistego kapelana, stojącego za jego plecami.
– Nadszedł czas najwyższej próby, mości dobrodzieju! Ha! Hannibal ante portas, czy jak tam było temu Saracenowi!
– Kartagińczykowi – ozwał się nieśmiało kapłan.
– Połówko! Starszy Krucyfiksowy, January Połówko!- zagrzmiał Wykręt – Skrętnicki i zwrócił się frontalnie ku duchownemu, rad, że może kogoś złajać, bo dzień zapowiadał się fatalnie – postawa zasadnicza, barani ośle! Ruki pa szwam sutanny, kiernozie betlejemski!
Kapelan przyjął postawę zasadniczą i zastygł, niczym gotycka rzeźba, przedstawiająca męczeństwo świętego Anala z Kastraty.
– Do kuchni! Pacierze i bitki wołowe klepać! I dopilnować wszystkiego, co trzeba! Obiad na czas ma być! Paszoł won!
Nieszczęsny January ulotnił się równie błyskawicznie, co bezszelestnie.
– Nu! – Mruknął generał, gmerając przy spodniach – co jest, chaliera? Adiutant! Do mnie!
Dębowe drzwi szafy, stojącej w rogu pokoju rozwarły się z hukiem i wyskoczył z niej młody, wypomadowany, jak laleczka, podporucznik w paradnym uniformie.
– Melduję się pokornie, panie generale!
– Zobacz no, kochasiu, co z tymi guzikami przy rozporku, bo nie mogę ich poszukać.
Usłużny oficer, w lot ocenił sytuację.
– Melduje pokornie, panie generale, że nałożył pan spodnie, tył do przodu.
– Ot, swołocz! – zadziwił się generał Trzepisław – toż to wraża robota elementów
antypaństwowych! Wszędzie ich pełno! Nawet tutaj, do kaleson mi zaglondajo! Pomóż no mi, bratku!
Tak oto rozpoczynał się kolejny dzień służby generała, gdy tymczasem, za oknami rustykalnej willi wojskowego, toczyło się zwyczajne, koszarowe życie.
Na placu, od samego rana, trzy kwartety saperów ćwiczyły, na zmianę, utwory Beethovena, Vivaldiego i Haydna. Nad wszystkim unosił się kurz, iście bitewny. Sierżanci z trzcinkami
w rękach, bez przerwy miotali się pomiędzy grającymi, łając ich ordynarnie, za najmniejsze uchybienie regulaminu, bądź fałsz.
Nieco dalej, grupa szeregowych, pod czujnym okiem kaprala, podlewała pilnie agawy
i muchołówki. Inni przygotowywali w alabastrowych, etruskich donicach, pulchny nawóz, sprowadzany z najlepszych pobojowisk krajowych i zamorskich. Z dala, widać było, jak zaprawieni w bitwach oraz tanimi winami, żołnierze doborowego pułku gwardii, z patriotycznym zapałem palili marihuanę i haszysz, nucąc zawadiacko piosenki, bojowej kapeli The Doors. Przy stajniach także było duże poruszenie, gdyż siodłano niesforne kondory kalifornijskie, przysposabiając wielkie ptaszyska do służby, w zagrożonej, niespodziewanym atakiem, atmosferze. Wszędzie dookoła unosiło się pierze, swąd przypalanej skóry, karanych piętnowaniem żołnierzy i ceglasty pył.
A wszystko to, we wszechogarniającej kakofonii wrzasków, jęków, skrzeczenia siodłanych kondorów i strzępów klasycznej muzyki, odbijającej się chaotycznym echem od surowych murów..
Nie szczędził jaśnie oświecony margrabia i jego biskupi, ekspensów na armię, ową spiżową pięść państwa, zawsze gotową do obrony granic, a kiedy trzeba, by potężnie uderzyć , niczym żona sołtysa, swojego męża, powracającego z trzydniowej inspekcji domu publicznego.
Jednego jednak, wielcy sztabowcy, wytrawni stratedzy z monoklami w oczodołach, pochylający się
z zapałem nad tajnymi mapami, studiujący niestrudzenie sekretne plany, nie wiedzieli.
Gdzie szukać podstępnego wroga?
Gdzież to ukrywa swoją potencję szkaradny nieprzyjaciel?
Bowiem, nie z armią prowadzoną przez zasuszonych marszałków o wymiętych, starczych twarzach, przychodziło się mierzyć dzielnym wojakom, lecz z wrogiem ukrytym, chytrym, podstępnym i niewidzialnym.
Oto problemat! – myślał generał Trzepisław Wykręt – Wkrętnicki, idąc przez plac apelowy.
Towarzyszyło mu, jak zwykle, dwóch adiutantów, drużyna markietanek, felczer wenerolog, na wszelki wypadek i znajoma burdelmama, która była mu, jak siostra. Za nimi, posuwali się wolno, nucący ponure, himalajskie dumki, nepalscy tragarze, obładowani suchym prowiantem na tydzień. Samobieżne działo Sturminfanteriegeschutz 33B ubezpieczało tyły.
Tak przekroczył romański portal gmachu Tajnego Sztabu Armii, dla niepoznaki zamaskowanego blaszanym szyldem opatrzonym wielkim, czerwonym napisem:

ANTOŚ ŁAPANKO
DARCIE PIERZA.
NA MIEJSCU I NA WYNOS.

Wstępna kontrola przy wejściu była skrupulatna, ale sprawdzano tylko zęby i przepustki. Generalska świta pozostała w potężnym, podobnym do wnętrza bazyliki, przedpokoju, gdzie już kłębił się wielki tłum adiutantów, dromaderów, słoni bojowych, linoskoczków, kuglarzy, emerytowanych nauczycielek łaciny, pigmejek z dzieckiem przy piersi, męskich prostytutek i wszystkich tych, którzy stanowili przyboczną asystę, przybyłej wcześniej na nadzwyczajną naradę, sztabowej elity.
Trzepisław Wykręt – Wkrętnicki ruszył dalej i stanął przed niepozornymi drzwiami z przyczepioną niedbale kartką: TOALETA NIECZYNNA. Klapka w drzwiach się otworzyła, błysnęła para badawczych, przekrwionych oczu i wpuszczono go do środka. Sprawdzanie trwało długo i było męcząco szczegółowe.
Najbardziej zapamiętał grubasa w białym kitlu i w gumowych rękawiczkach, który wykazał nadzwyczajną gorliwość podczas kontroli osobistej.
Już ubrany, ale oszołomiony i lekko utykając, poszedł wąskim korytarzem, prowadzony przez wąsatego majora gwardii. Na ścianach wisiały portrety Jaśnie Oświeconego margrabiego i jego biskupów oraz plansze anatomiczne gadów i płazów. Podobieństwo było uderzające.
– Jesteśmy, generale – major stanął przed brązowymi drzwiami z wyraźnym napisem: WYCIERAĆ NOGI i zasalutował.
Trzepisław Wykręt – Wkrętnicki wkroczył do obszernego pokoju, gdzie aż iskrzyło się od medali, krzyży, gwiazd i rozgwiazd, pyszniących się umundurowanych piersiach oficerów. Zgromadzony tłum generałów otoczył wieńcem wielki, dębowy stół, na którym rozpościerały się płachty sztabowych map i szmaty do mycia podłóg, pozostawione przez roztargnioną sprzątaczkę.
A może to też miało swoje znaczenie?
Któż to wie? Może to była, zaszyfrowana wiadomość dla Nie Wiadomo Kogo, który, obecny na sali, zrozumiał sygnał, przeznaczony tylko dla niego.
Tak właśnie pomyślał generał, kiedy zbliżył się do stołu i udawał, że pilnie studiuje mapy,
z których, ni cholery nic nie rozumiał, bo zapomniał wziąć okularów i przed oczami majaczyły mu się jakieś zielonkawe plamy, jak rozkładający się gęsi kuper.
Ci, którzy nie mogli się dopchać, zajęci byli dłubaniem w nosie, oglądaniem starych afiszy cyrkowych na ścianie i odłażącej tapety w jaskrawe różyczki.
Nagle wszyscy się ożywili i w panice próbowali ustawić w dwuszereg.
Otworzyły się tajemne drzwi w ścianie i wyszło dwóch trębaczy z piersiówkami, i rarogami.
Odegrali hejnał, po czym zamarli w postawie zasadniczej, przyłożywszy piersiówki do ust.
Zapadła zupełna cisza, podobna do tej we wnętrzu piramidy Cheopsa, po wypędzeniu ostatniej grupy japońskich turystów.
Wojskowi zastygli niczym kamienie i tylko od czasu do czasu ktoś puścił głośnego bąka
ze zrozumiałej emocji, albo beknął po nazbyt obfitym śniadaniu.

– Cisza, generalicjo! Cisza! – Ktoś z boku, zapiał histerycznym dyszkantem.
Był to Neospazmin Wolta, który błyskotliwie awansował na stanowisko Nadwornego Podcierczego,
otrzymawszy równocześnie tytuł wicehrabiego de Vaselinne. Poprzednio, jako wicemister do Spraw Aprowizacji Remiz Strażackich zasłynął niesłychaną rzutkością w prowadzeniu inwentaryzacji sikawek ręcznych i bosaków.
Nie musiał jednak powtarzać.
Pojawiła się postać godna pędzla i kielni Velazqueza.
Oto ten, na którego barkach spoczywał niebywały ciężar, utrzymywania tradycyjnych wartości
i etycznych imponderabiliów, zagrożonych przez kazirodców spod znaku liberte, wszawych degeneratów, plujących ohydnym jadem demokracji, bezwstydnie grzebiących w rozporku błogosławionego, narodowego dziedzictwa tysiącletniej kultury, tworzonej w przydrożnych kapliczkach i w poświęconych przez kanoników, burdelach. To właśnie owe, namaszczone borsuczym mlekiem barki, musiały dźwigać niewysłowioną odpowiedzialność za losy państwa i żyjącego w nim inwentarza. Nie wspominając już o lasach, dolinach, meandrach, melinach i wszystkich depresjach, których nie zbywało, a przybywało, nad podziw.
Jaśnie Oświecony Margrabia gest miał pański, a dekolt rozpięty, wyzierały z niego cudne kędziory rdzawozłote, wijące się na szlachetnej piersi. Usta miał wydatne podkreślone karminową szminką,
a spod długich, doklejonych rzęs patrzyły przenikliwie, przecudne brązowożółte oczęta.
Ich nieskazitelny owal, podkreślała, grafitowa kredka i lekki róż położony na ślicznych powiekach.
Chód miał powabny, jakby lekko zalotny. Wrażenie to zwielokrotniała jeszcze, dopracowana linia koktajlowej sukni z guzami i wisiorami, w kolorze jesiennego kaszalota na wypasie. Biodra miał krągłe i harmonijne, budzące mimowolne westchnienia pożądania u niektórych generałów.
Nogi – długie i proste, acz muskularne, co było widać przez prześwitujące, samonośne pomarańczowe pończochy, ozdobione listkami afgańskich karczochów i dyrdymałów – zdolne
do wielkiego wysiłku, forsownych marszy i kopulacji. Dzisiaj założył też lśniące szpilki
w maskujących barwach. Bowiem pan był to wojenny i nieustraszony, co mu nieraz, w środku nocy, w uniesieniu, wyznawali w wielkiej sypialni, jego biskupi. Nieustraszony, poprawił nieznacznie ramiączka stanika i wydął usta.
– O, wy bydlaki!
– Na rozkaz Jaśnie Oświeconego Margrabiego i Jego Biskupów – jednolity odzew zagrzmiał niczym salwa z Cara Puszki na moskiewskim Kremlu.
Margrabia zlustrował szpaler i przeszedł wzdłuż niego rozkołysanym krokiem. Badawczo spoglądał w twarze zgromadzonych oficerów: przy jednym się zatrzymał i uszczypnął w policzek, na tamtego spojrzał powłóczyście, innemu w twarz splunął, a Admirała Wód Płodowych nawet ugryzł w ucho. Na koniec pocałował Woltę w usta i trzykrotnie zaklaskał w dłonie.
Wówczas ściana, na której wisiały cyrkowe plakaty, uniosła się jak teatralna kurtyna, odsłaniając scenę zalaną rzęsistym światłem reflektorów. W dwóch rzędach, stali już na niej biskupi Jaśnie Oświeconego Margrabiego w uroczystych strojach. Neospazmin Wolta usłużnie podstawił drabinkę, po której monarcha wspiął się na górę, by zająć miejsce na usytuowanym centralnie, tronie.
Sygnaliści brawurowo odegrali „Małą Mszę Uroczystą” Gioacchino Rossiniego na rarogach, które padły z wyczerpania, a biskupi zaczęli nucić mormorando „Alabama song”, gdy tymczasem pomazaniec przemówił.

– Źle jest, mości panowie oficerowie! Sztab śpi! Kurwów dogląda! Pasztety wątrobiane zajada! Salcesonami się opycha!Adiutantami się obstawia! Powieści psychologiczne czytuje! W polo na jednorożcach grywa! Sam jeden Stwórca tylko wie, co jeszcze!A jest źle! Źle jest, powiadam wam, stare wałachy wybebeszone! Ordery wam pozabieram i każę na nocniki przetopić! Akselbanty i lampasy wyszarpię! Z gaciami, do gołej dupy! Teściowe i byłe żony na was napuszczę, tępopierdy! I co wy na to!?
– Na rozkaz Jaśnie Oświeconego Margrabiego i Jego Biskupów! – zahuczało pod alabastrowym
plafonem, przedstawiającym umizgi wojowniczych Mongołów do porwanych wieśniaczek ze spalonej wsi.
Monarcha nieco się uspokoił. Poprawił delikatnie platynowe pukle peruki i z rąk swego Podcierczego, przyjął kunsztownie rżniętą musztardówkę wypełnioną wybornym denaturatem.
Zaspokoiwszy pragnienie, margrabia powiódł po zebranych ognistym wzrokiem i wskazał palcem przed siebie.
Szef Sztabu! Referować sytuację!
Przed zgromadzonych wystąpił Obermarszałek, Celofan von Schweinehund. Kiedy podchodził do sceny, brzęczały grube warstwy medali na jego umundurowanej piersi oraz kieliszek i butelka, ukryte w wewnętrznej kieszeni kurtki uniformu. Łysa czaszka oficera usiana była grubymi kroplami potu, ale nie śmiał jej wycierać w obecności władcy.

– Najjaśniejszy panie! Złą sytuacja jest, aczkolwiek nie generalizowałbym tak bardzo w odniesieniu do szerszego kontekstu poruszanej problematyki. Istotą rzeczy jest, przyjrzeć się zaistniałej sytuacji, jako na całokształt podejmowanych intensywnych działań, w obliczu dynamiki wydarzeń. Sytuacja jest nader zawiła, ale tym niemniej, podejmowane, energiczne kroki, w znacznym stopniu minimalizują, potencjalne zagrożenia, mogące wystąpić, w dającej się określić, prawdopodobnej perspektywie czasowej. Tak oto, jawi się zupełnie nowa odsłona ekspresyjnego biegu zdarzeń, który jednakowoż, na miarę możliwości, pomijając czynniki obiektywne, kontrolujemy.
Zatem, omawiając problematy, wskazane przez Jego Wysokość, ośmielam się zauważyć istotne czynniki wpływające na konkretne zjawiska, wynikające z szerokiej gamy różnorodnych zdarzeń mających miejsce w naszym szczęśliwym kraju.
– Nasz kraj jest nieszczęśliwy! – wrzasnął margrabia wychylając się z tronu i przywołując gestem
dłoni Podcierczego ze szklanką denaturatu – nieszczęśliwy jest, bo pierdolony miszka jeździ po nim, jak po burej suce! Nie chrzań mi tu farmazonów! Won! Szef Sprawek Niejawnych, Nieszczególnych i Szpiclowskich! Wystąp! Referować i fedrować problem!

Sprawny, jak na swoje osiemdziesiąt pięć lat, Oberkatzenjammergeneral, Fiko Fikowski,
zbliżył się do piedestału lekkim truchtem. W ręku wprawdzie ściskał teczkę z raportem, ale przemówił bez czytania. Głos miał starczy, ale mocny.

– Jest, jako jest i inaczej nie ma, i nie będzie, chociabyśmy się usrali na rzadko, najjaśniejszy Panie. Rozparło się niedżwiedzisko we wszystkich prowincjach monarchii, a i w samej stolicy bywa. Tu zachędoży, tam zatrwoży. Potworny on i bojaźni nie czujący, mocarny i zachłanny, niby głodomór, przebiegły, jak lisisko rude. Ukradnie i pod ziemię się zapadnie. Wysyłamy na przeszpiegi najbystrzejszych szpiclaków i gumousznych tęgosłuchów – i nic. Kamień w wodę, amen w pacierzu, niedźwiedzisko w gawrze. A tu wszystko znika, krowy z nerwów mleka nie dają, kury jaj nie niosą, niewiasty podrażnione, dzieci płaczą bez powodu. Oto, jaki mamy stan na stanie, Jaśnie Oświecony! Pieniążki wyciekają, a Bogowie tylko wiedzą gdzie. Dopada owa pijawka niewidzialna każdego poddanego Waszego Majestatu. Poczciwy szewc albo najemny morderca przed zaśnięciem liczy w sakwie swoje uciułane w wielkim trudzie orty i talary, a rankiem w mieszku lekko się zrobiło, ledwo parę miedzianych szelągów i posrebrzanych półgroszków, leniwie się wytacza, i z mizernym brzękiem toczą się liche blaszki pod łoże. Lament co ranka roznosi się po mieście i na prowincji, bo ubywa, a nie przybywa. Takoż i ferment się budzi w ludziskach. Wasza Miłość, sam najlepiej wiesz, jak to straszna , ogoniasta kometa przybyła na czarne niebo po straszliwej burzy. Jaka była szpetna i wszeteczna, z długim kosmatym ogonem, jak u samego diabła piekielnego, co to wyrwawszy się z belzebubiego ognia, wyruszył na wolność i hajda! Siać siarkę, miazmaty niezdrowe i tajemne czary najczarniejszej prowieniencji. Udokumentowane to, aż nadto. Sami to widzieliście, Majestacie, przez lunetę potężną, a i Wasi biskupi, widzieli. Powziąwszy kroki należyte, po tym zdarzeniu ustaliłem iż:
niedźwiedź straszny z linoskoczkami przybył, pewnej fatalnej nocy, albo linoskoczków ten diabeł futrzasty sam przyprowadził i hersztem jest. Albo: jako powiadają nie ma miszki straszliwego wcale, jeno płód to imaginacji chorej i zaraźliwej wśród prostego ludu, która przenosi się, jak zaraza na wyższe stany. Tym wnikliwiej trzeba na to spojrzeć. Albowiem, jeżeli Miszka istnieje, to źle jest, ale nie najgorzej, bo mamy co chwytać. Jeżeli go nie ma, jako niektórzy powiadają, to jest tak źle, że niewiele gorzej jeszcze być może, bo strach bezcielesny zamieszkał w sercach, samym lodowatym lękiem się żywiący. Zły duch, którego ani namierzyć, ani spalić się nie da..
Jednakowoż, kroki należy uczynić zamaszyste, bo dalej tak być nie może, a im dalej, tym gorzej.
Zaordynować należy: powołaniem i przywołaniem tęgich, pleczystych pałkarzy do pałowania
długiego i sumiennego zdatnych. Niechaj pojawią się na każdej ulicy miasta, w każdej wsi, na rozstajach dróg i przy mostach. Niechaj nawet najmniejszy chutor zazna łaski Waszego Majestatu, w postaci owych emisariuszy dobrej nowiny, z tęgimi lagami w dłoniach. Niech lud śpi nocą spokojnie, co najwyżej, bzykając się pod jęczmiennymi strzechami domostw i sprawiedliwie mnożąc, w poczuciu lubego bezpieczeństwa. Niechaj pałkowiacy, szukają pilnie futrzanej zmory, niech przetrząsają zajazdy i podziemne parkingi, biura i warsztaty, stragany i folwarki, lokale gastronomiczne i partyjne, co na jedno wychodzi. Oto bowiem, jeżeli Miszki nie ma, to lud i tak jest niespokojny i do nieobyczajnych czynów, wywołanych trwogą, skłonny. Tedy pałkarze przydatni staną się w dwójnasób. Niechaj pałują, spałują, wypałują niecne zbiegowiska poczciwych hreczkosiejów i miejskich łyków. Ochłodę przyniesie świszcząca pała, jako kataplazm lodowy na gorączkę niezdrową. Tym bardziej kochać będą poddani Wasz Majestat, albowiem, opiekuńcza dłoń pańska, stanie się przez to boleśnie namacalną, kiedy zad obity i w pręgach. Każdy poddany Waszej Miłości z lubością będzie spoglądał podbitym okiem na konterfekty Najjaśniejszego Pana , wiszące w każdym warsztacie, w każdej wieśniaczej chałupie i w każdej celi. Piersi ludu, pełne będą nieprzebranych pokładów uwielbienia dla dalekowzrocznej zapobiegliwości i opiekuńczości ukochanego monarchy, mimo połamanych żeber i nadwyrężonych kręgosłupów. Powiem więcej – tym bardziej będą miłować Waszą Wysokość, im bardziej zaboli. Autorytet państwa wzrośnie, szacunek do prawa się podwoi, a nawet potroi. Tak będzie i z miłością do najukochańszego władcy
i – jeżeli to, w ogóle możliwe – wzrośnie także ona, przechodząc w stan permanentnego, państwotwórczego, orgazmu. Takie są moje dedukcje i wnioski z nich płynące, Najjaśniejszy Panie.

Tu, Oberkatzejammergeneral pochylił się w uniżonym pokłonie i w tej pozycji pozostał.
– Denaturat, Wolta – zadysponował spokojnym głosem Jaśnie Oświecony margrabia i wychylił wprawnie zawartość musztardówki. Lekko czknął i wszystkim się wydawało, że za chwilę zwymiotuje, ale monarcha, po prostu, pogrążył się na chwilę w myślach.
– Więc dobrze – powiedział w końcu – fikaj na swoje miejsce, Fiko.
Próbował bezskutecznie podnieść się z tronu, ale szybko przegrał nierówną walkę z siłami grawitacji i ciężko opadł na siedzenie wyściełane kiełkami filipińskich bambusów i mamałygą.
– Rozkazuję! Stan alarmu we wszystkich pułkach! Siodłać kondory! Pompować rowery szwoleżerów! Mobilizować dziwki! Pałkarze w każdej zagrodzie! Donosić mi o wszystkim i na wszystkich! Wykonać!
– Na rozkaz Jaśnie Oświeconego margrabiego i Jego Biskupów – gromki okrzyk zatrząsł alabastrowym plafonem, aż posypały się drobiny białego pyłu.
Monarcha wykonał nieznaczny gest ręką i fałszywa ściana opadła na powrót, na swoje miejsce.
– Jasna kurwa, ale mnie piecze tyłek – jęknął margrabia, zwracając się do najbliższej stojącego biskupa – co ja robiłem wczoraj w nocy? A zresztą…Wolta! Dawaj malucha i wołaj tragarzy!
Do sali wbiegło czterej Pigmejów w złocistych stringach. Każdy z nich krzepko uchwycił jedną nogę tronu i z pietyzmem wynieśli władcę z pomieszczenia. Za nim ruszyła procesja biskupów, nucących, na przemian, gregoriańskie chorały i czastuszki.

Opublikowano Epizod XI. Nerw armii | Możliwość komentowania Nerw armii została wyłączona

Epizod X. Oznaki pożogi

Jarzmo rozpaczy! Agonia Pegazów! Proletariacki nektar! Śnij, Janie!

Ekonom głośno pierdnął i natychmiast się ocknął. Otworzył oczy, a jego zaspany wzrok padł na niedopitą szklankę bladej herbaty, w której smętnie czerniała utopiona mucha. Oparty łokciami na wyślizganym blacie biurka, genetycznie obyty ze smrodem kancelaryjnych kadzidełek, przywykł też do ciągłych hałasów dobiegających z zewnątrz, spoza drewnianych ścian baraku kancelarii. Westchnął i sięgnął do kieszeni surduta po pudełko z machorką, godną samego gubernatora Murawiejewa, albo nawet, nadzorcy z sadomasochistycznych kreskówek.
Wprawnie skręcił w palcach grubego papierosa i z lubością zaciągnął się dymem.
– Ech! Dawniej to bywało! – pomyślał z nostalgią, właściwą podłym sługusom, wysługujących się obszarników.
– Chodziło się po folwarku, jak prawdziwy pan. A i chłopu można było w mordę dać, kiedy się ociągał w robocie. I odłożyć, co nieco, na czarną godzinę, odsypać ziarna, kury pomacać, albo przaśną, rumianą dojarkę. Cholerna epoka przemian industrialnych wkroczyła do Borsuczyna zbyt nagle, nazbyt obcesowo, przeobrażając nieskalany dotąd, rustykalny krajobraz, w pełną szybów wiertniczych, ordynarną przestrzeń, gdzie w kopulacyjnym rytmie, dzień i noc, pracujących pomp kopalnianych, w huku młotów, w smrodliwych ejakulacjach wydobywanego surowca, zanikały odwieczne wartości etyczne, a w kałużach jodyny i w błocie, bezpowrotnie tonął ethos zafajdanych, ale przecież constans stosunków feudalnych. Urok diabli wzięli. Chyba się przeprowadzę do stolicy i obejmę wreszcie katedrę filologii klasycznej, chociaż, tam też źle się dzieje – wyjrzał przez zachlapane pręgami błota okno i zgasił niedopałek.
Dzisiaj nic nie będzie z roboty. Otworzył zamykaną na kluczyk szufladę biurka i sięgnął do jej wnętrza. Wprawna dłoń namacała kojąco chłodny kształt butelki i eksplorowała zdobycz na niemrawe światło dzienne. Półlitrówka była rozprawiczona, ale sporo jeszcze zostało. Przez chwilę przyglądał się czerwonej etykiecie z zachęcającym napisem: GORZAŁKA TĘGA, próbując sobie bezskutecznie przypomnieć, gdzie zakopcował drugą flachę, lecz nijak nie mógł przywołać z pamięci miejsca tajemnej kryjówki. Pociągnął ostro z szyjki, aż krople alkoholu pociekły mu po brodzie. Od razu lepiej. Najwyżej, jeżeli zabraknie odkażacza, to pośle się Losera po następną.
Ekonom zaprawiał się regularnie, codziennie, odkąd Jaśnie Pani oddelegowała go do kopalnianej kancelarii. Serdecznie nienawidził tej pracy, pełnej, nudnej papierkowej roboty, nieustannego przeliczania, pilnowania ciągłości wydobycia i czuwania nad porządkiem, rozrastającego się stale przedsięwzięcia.
– I po co mi to było? – zwierzał się nieraz swemu pomocnikowi, w chwilach pijackiej szczerości. – nie lepiej to, bym ja, Artemizjusz Perty, absolwent Instytutu Wodolecznictwa i całkowicie shabilitowany doktor nauk humanistycznych i opresyjnych, znawca szlachetnej łaciny,
autor poematu: „Hemeroidia” i wielu innych, wyniósł się stąd, kurwa jego mać, do wszystkich diabłów!? Albo przynajmniej do Akademii Jego Wysokości Margrabiego i Jego Biskupów?! Tam bym sobie na żakach poużywał, skoro moich chłopów przerobili na proletariat wielkoprzemysłowy! Na pohybel pieprzonej jodynie! Na pohybel klasie robotniczej!
Gdy tak smętnie rozmyślał, usłyszał znajome kroki na korytarzu.
To Loser nadciąga, nie ma co się krępować.
I rzeczywiście. Drzwi się otworzyły z rozmachem i do śmierdzącego potem, skisłym dymem papierosowym oraz zwietrzałym alkoholem. biura, wkroczył dzielny pomocnik.
Wraz z nim w zatęchłym pomieszczeniu pojawił się zapach jodyny i wytwornego Old Spice’a. Loser przyniósł papiery do podpisu.
Ekonom – doktor, spojrzał na dokumenty i odstawił butelkę na podłogę.
– Znowu padły? – Zapytał retorycznie.
– Znowu – zastępca, siadł na zdezelowanym krześle i spojrzał na resztę wódki w butelce.
– Kończy się zapas? Druga jest schowana w archiwum, za sprawozdaniami z zeszłego miesiąca, na drugiej półce od lewej.
– Tak, tak. Oczywiście, pamiętam – mruknął pryncypał, składając zamaszysty podpis na sprawozdaniu, w duchu dziękując opatrzności, że dała mu pomocnika, któremu rzadko urywa się film – przynieś ją zaraz, to się obaj napijemy.
Kiedy tak siedzieli przy flaszce, która pochodziła z tajnych zapasów, a tematów do gawęd nie zbywało, na dworze poczęło się ściemniać i zapłonęły wielkie lampy elektryczne, oświetlając rozległy teren, upiornym, zimnym światłem. Hałas nie ustawał, szyby wibrowały, słychać było hetyckie przekleństwa robotników i odgłosy dziarskiej musztry plutonu egzekucyjnego, przygotowującego się do kolejnego rozstrzelania małodusznego bumelanta, który obniżał wydajność, śpiewając podczas pracy chorały gregoriańskie. Co jakiś czas, wpadali do kancelarii umyślni z meldunkami. Ci, odprawiani byli krótko i służbowo. Maszyna złożona z odczłowieczanych istot ludzkich oraz z maszyn, pracowała siłą rozpędu, w nieustającym rytmie mijających godzin, nawijanych beznamiętnie na kołowrót czasu. Zobojętniałe Pegazy rzęziły z wysiłku, ciągnąc wielkie cysterny z urobkiem. Ich utytłane w błocie skrzydła, zwisały bezwładnie z grzbietów, a opuszczone łby chabet, kiwały się miarowo w takt jazgotu i sapania olbrzymich tłoków napędzających niewidoczną maszynerię . Na wyjeżdżonej mazi kopalnianego majdanu, leżały połamane pióra pociągowych stworzeń, które gęsto padały z wyczerpania, albo pod batami okrutnych woźniców.
Nie ma poezji w grzęzawisku chciwości i nieludzkiego wyzysku!
Łuna reflektorów, niczym czujne oczy więziennych strażników, omiatały teren, otoczony żywym parkanem tui i filodendronów, w którą zręcznie wpleciono drut kolczasty pod napięciem elektrycznym. Z głośników, umieszczonych w wysokich słupach, dobiegały niezrozumiałe dla niewtajemniczonego ucha komunikaty. – Na szóstce podwoić pompy. Dodać sekcję czwartą na odwiert! Powtarzam, na szóstce podwoić pompy. Dodać sekcję szóstą!
Albo: kastrator siedem zgłosi się na wałaszarnię! Ostre rozkazy, niesione dudniącym pogłosem, niosły się daleko, poza kopalniane piekło wyzysku, zamazywało się we mgle, spoczywającej od wieków na okolicznych bagniskach i boiskach krykietowych, ulatywały w mrok nieprzeniknionej nocy, w górę, ponad krainę rozpadu i moralnej zgnilizny. Odór strupieszałych stosunków feudalnych, zmieszany z fetorem, rodzącej się, w niespokojnej rui szczurzego pomiotu, kapitalistycznej hydry, przenikał starodrzewia resztek borów na skwerach robotniczych dzielnic i drażnił delikatne nozdrza niegdysiejszych, publicznie dostępnych, dziewic, spoglądających głęboką nocą w pochmurne niebo, na próżno starających się przeniknąć wzrokiem skłębioną powłokę brudnych chmurzysk w poszukiwaniu swojej, szczęśliwej gwiazdy.
Wiatr chował się w ciemne bramy, cuchnące moczem i pełnych cichych szeptów, załatwianych w mrocznych czeluściach, podejrzanych geszeftów, dokonywanych przez płatnych zabójców, alfonsów i chrześcijańskich demokratów. Późny wieczór gęstniał, jak kisiel rzygowin, wyrzucany w spazmatycznych torsjach, przez nieubłagane przeznaczenie i rozlewał się po całym kraju żarłoczną, wszędobylską topielą. Razem z kolejną nocą, nadchodziły godziny lęku przed nieznaną, a groźną przyszłością.
Tak to, płynęły ponure dni oczekiwania na malującą się ciemnymi barwami, przyszłość, kiedy w chłodny i mokry od lepkich oparów, wieczór, Ekonom Perty z Janem Loserem opróżniali wszystkie zapasy kancelaryjnej wódki, wysuszając kolejne skrytki niedoszłego dziekana filologii klasycznej stołecznej Akademii, o których jego pomocnik wiedział, a pryncypał, po pijaku, zapomniał. Za oknami zapadła już ciemność głęboka, nawet nieustanny hałas zdawał się przycichać i słychać było wyraźnie rzężenia ochwaconych Pegazów z pobliskiej stajni.
– Więc powiadasz, że widzieli go – twarz Perty była lekko obrzmiała, a oczy mu błyszczały niezdrowym blaskiem – gdzie? Daleko stąd?
Loser miał dość słabą głowę i nieco bełkotał – aaa..Niedaleko. Ze dwie wiorsty, jak stąd prosto.
Machnął ręką w kierunku ściany, na której widniała podobizna Jaśnie Oświeconego Margrabiego w otoczeniu Jego Biskupów – o, tam!
– To na Przeniewierowo! – Podniecił się ekonom – przebóg! Czy oni, tam w pałacu już wiedzą?
– A skądżeżby! Nie wiedzą! Czego im służba nie doniesie, tego nie wiedzą. – Loser dopił kubek gorzałki i zagryzł marynowanym nietoperzem ze słoja. – Nataszka mi powtórzyła plotki, co to ludziska opowiadają z rozpaczy, pogrążeni w beznadziei i świadomi własnej niemocy.
Loser czknął. Nietoperz przyjął się prawidłowo w żołądku, gdy tymczasem, ciekawy ekonom dopełnił szklanice.
– Więc państwo nie wiedzą nic, ale pałacowi wiedzą. Widzieli co oni? Na własne oczy wybałuszone?
– Nikt nie widział na własne oczy – odparł pomocnik – tylko tak gadają, powtarzają plotki, legendy plotą z wymyślonej osnowy własnych marzeń i oczekiwania zmiany. Bajdy nie bajdy. Jeśli powtarzać zaklęcie, to się stanie, prędzej czy później. Baśnie i legendy? Nataszka nie pasuje do snucia bajek, a to co mi przekazała, usłyszała od kucharki Gabrysi, Gabrysia od gajowego Saloda, Salod od Mateusza, a on od Felicjana. A Felicjan, diabli wiedzą od kogo. Może nie było nic? Może ów stwór nie zawitał jeszcze w nasze strony? Może buszuje teraz podle jaśniepańskich rezydencji biskupów, albo i samego Jaśnie Oświeconego Margrabiego i ani Złemu we łbie, żeby taplać się po błotnistych naszych gościńcach. Ale może zgoła jest całkiem inaczej? Może jest tu już od dawna, siedzi w struchlałych sercach, w ciemnych zakamarkach ukrytych lęków? Syci się przerażeniem ludzi i nabiera nowych sił. Schowała się, bestyja, ale na krótko. Przyczaiła się, lecz tylko po to, by wybrać odpowiednie miejsce i godzinę do zadania ciosu z nienacka. Ujawni się, kiedy napatrzywszy się do woli przerażonych twarzy, rozbieganych oczu, wypatrujących zagrożenia; kiedy nasyci się strachem przyszłych ofiar i torturą oczekiwania nieuchronnego – wtedy wylezie ze swojej kryjówki. Otrzepie plugawe futro, wyszczerzy pożółkłe, ostre kły, rozłoży szeroko kosmate łapska i rzeknie – czekaliście na Miszkę, no to jestem! Teraz wam pokarzę, łachudry, wy śmiecie, co potrafię!Tak będzie – Perty spojrzał na Losera, który nieźle się dzisiaj trzymał i kiwał ze zrozumieniem głową, patrząc całkiem przytomnym wzrokiem.
– A ja myślę – powiedział pomocnik ekonoma, sięgając niezdarnie ręką do słoja po kolejnego, marynowanego nietoperza – że jest w tym wszystkim jakaś tajemnica niezgłębiona.
I powiem ja panu, mości ekonomie, że mam przeczucie, iż owa tajemnicza tajemniczość jest blisko nas, szczególnie mojej osoby, chociaż Bogowie Olimpijscy mi świadkami, że nie wiem, dlaczego mam taką pewność. A wszystko to od czasu, kiedy okrutnie sponiewierany przez złego pana na polu golfowym, cudem odratowany, napotkałem w gościnnej karczmie, po wielu latach,
Nataszkę…
– A widzisz! Opowiedz mi coś o niej, bo sam ją widział w pałacu ze trzy albo cztery razy. Wielce bystra białogłowa.
– A tak! – Loser nieco się ożywił – To ona mi pomogła i to dzięki niej się tutaj znalazłem. Przedziwne dziewczę. Kobieta właściwie. Dziewczęciem była, kiedym ją zapoznał. Ale…Napijmy się jeszcze, panie ekonomie!
W brązowych z niedomycia szklanicach zabulgotał trunek i obaj popili nieco.
Ekonom chuchnął z głębi płuc i pochylił się konfidencjonalnie ku swemu kompanowi.
– Gadają o niej, że nie tylko ładna, ale i mądra nad podziw. A pani hrabina we wszystkim się jej słucha.
– Coś tam na rzeczy jest, ale z tego com słyszał od niej i o niej, niełatwe były koleje jej losu.
Nie powtórzę jednak tego, bo przysiągłem pary z gęby nie puszczać, nawet w tak zacnym towarzystwie, jak waszmość, osoby. Bez urazy – niewyraźnie wybełkotał pomocnik, mrugając ciężkimi powiekami.
Ekonom pokiwał głową ze zrozumieniem, przymknął oczy i pomyślał o nogach Nataszki, Catulli Carmina, czystym niebie, wiosennych łąkach nad rzeką i zasnął na krześle, donośnie chrapiąc.
Pusta szklanka wysunęła mu się z ręki i głośno potoczyła po drewnianej podłodze.
Ale jego towarzysz tego nie widział, ani nie słyszał. Także już spał z otwartymi ustami i z odchyloną do tyłu głową. Nad biesiadnikami, zakurzona żarówka w gazetowym abażurze, paliła się żółtym światłem, za oknami reflektory rzucały niebieskawą, ostrą poświatę, w nieustannym warkocie i mlaskaniu pomp, sapaniu maszyn parowych oraz w hałasie przejeżdżających w jedną lub w drugą stronę, cystern. Taka była noc w Borsuczynie, realna, pełna potu, wysiłku i lęku o jutro, jakże niepewne. Kiedy tak trwała, nieprzenikniona i chłodna, Loserowi śniły się wspomnienia o Nataszce, prawdziwe i wymyślone, kolorowe, i ulotne – jak to we śnie.

Sen Jana Losera

Kiedy zobaczył ją pierwszy raz, właśnie zakwitły kartofle na polu, a ich barwne kwiecie wyzwalało niepokojące zapachy niczym zamorskie afrodyzjaki. Drażniły młodzieńcze nozdrza, wabiły pysznym kwiatostanem i przywodziły na myśl płodny dostatek parującego stosu tłuczonych ziemniaków w malowanej w polne maki, misie. Kolorowe motyle przysiadały na zakurzonych lusterkach chłopskich rolls – royce’ów i oglądały swoje zmęczone upałem, skrzydełka. Janek patrzył na nie w zachwycie. Błękit nieba przecinały w majestatycznym locie ociężałe pterodaktyle wypatrujące na łąkach smakowitych amonitów i ornitologów. Znowu był młodym, niewinnym, chłopcem, nie znającym jeszcze życia, może poza małą, homoseksualną przygodą, kiedy to jaśnie pan hrabia podczas wizytowania swoich wsi, zapoznawał go w krzakach za stodołą z heideggerowską hermeneutyką. W jasnych oczach Jasia Losera, gorzał płomień ciekawości dalekich krajów, gdzie można żyć godnie i łatwiej, a młodzieńcze serce rwało się ku kolorowym przygodom. Już znudził go pokątny handel suszonymi grzybkami psylocybinowymi i napadanie na cherlawe babiny powracające przez ciemny las, z wieczornych mszy. Marzył o wielkim świecie, pełnym pięknych białogłów, złotogłowia, pysznych kolacyjek, garsonier, abażurów i psychodelicznych stanów nieważkości. Jakże daleko było wówczas, do innych wymiarów bytu, jakże bliskie wydawały się realizacji zamiary, kiedy młoda krew wartko krążyła w gibkim ciele. Poszybował przez pola
i kolejne lata, na skraj parkingu komunalnej stacji nalewania paliwa i palenia w kotłach lokomobil. Był starszy i stał obok Nataszki, Gabrysi, i Esterki, a Salod, widoczny z daleka, dzięki malinowej marynarce oraz tyrolskiemu kapelusikowi z kogucim piórem, liczył na uboczu zarobione w ciągu dnia przez pracowite dziewczęta, banknoty. Przy płocie przeraźliwie kwiczały przywiązane do sztachet prosięta,obok parcianych worków wypełnionych dorodnymi orzechami Makadamii, bowiem wieśniacy najczęściej płacili tym, co sami w znoju wyhodowali i zebrali z kamienistych zagonów. Jego czarna furgonetka stała pod parą, a dym wesoło buchał z komina pojazdu. Za plecami przyszłego gajowego rozciągały się nędzne przedmieścia stolicy malowniczo rozrzucone na stokach siedmiu łagodnych wzgórz. Nad wszystkim, królowały niepodzielnie strzeliste wieże wyniosłego zamczyska Jaśnie Oświeconego Margrabiego i Jego Biskupów. Katedra, kaplice, budynki zamkowe i wielopiętrowe krużganki, tonęły w poszarzałym różu piaskowca, oblane delikatną poświatą nadchodzącego wieczoru.
Salod gwizdnął w dwa palce i zagonił całe towarzystwo do kabiny lokomobili. Potem długo jechali przez mroczny las, gdzie niegdyś dziewczęta pobierały pierwsze nauki tajemne, po ucieczce z rodzinnych domów. Przed oczami pojawiła się zarosła krzewami tarniny i łopianami, boczna droga, wiodąca do niewidocznej dla przejeżdżających, poczerniałej kupy gruzów. Tyle bowiem zostało po straszliwym pożarze w willi Madame Lenone. W księżycowe noce, zawsze zbierały się na upiornym pogorzelisku, watahy wilków, wikołaków i byłych klientów sekretnego przybytku, wyjące do bladego księżyca melancholijne serenady. Janek poczuł, uścisk dłoni Nataszki na swojej dłoni. Kiedy mijali to, owiane legendarną sławą miejsce, Spojrzała mu w oczy, albo tylko wydawało mu się, że spojrzała i słyszał jej szept, albo tylko mu się zdawało, że wyszeptała: będziesz moim sługą, Janie, moją ręką, maleńką sprężynką w mechanizmie, którego jeszcze nie zbudował Wielki Zegarmistrz, ale plany są już dawno zapisane niewidzialnym dla ludzi, pismem. Ty, Salod i Esterka, będąca mi siostrą. Taki nasz los, takie przeznaczenie na drodze ku wielkim dniom odmieniającym świat.
Zawirowało.
Zakołysał się pojazd, nagle zapachniało mokrym, żywicznym powietrzem po deszczu.
Rozjarzyła się czerwona latarnia księżyca, rzucająca niepokojącą poświatę na objawiony nieoczekiwanie, nowy krajobraz. Lekko pofałdowana równina, pełna rozrzuconych chaotycznie siół, tonęła w tej poświacie, a piaszczysta droga, nad którą unosił się Loser, wyglądała, jak pomarszczona wstążka. Obok frunęła Nataszka i pokazywała mu coś, albo kogoś pod nimi.
Straszliwie zaryczało.
Runął w dół. Wszystkie, kolejne lata migały, niby w rozpędzonej karuzeli, obrazami pór roku, twarzy ludzi, miejsc, w których bywał. Tracił oddech, ale nie mógł się poruszyć, chciał zamknąć oczy, ale powieki go nie słuchały.
Tonął w olbrzymim wirze, który go pochłaniał i wciągał w mroczny lej.
Zaczął wirować coraz szybciej i zapadł się w nicość.
Przepadł.
Potem minęły eony, albo nanosekunda i w ciemnościach odezwał się wyraźny, acz odległy głos: jest tam kto?

Jest tam kto?
Loser otworzył jedno oko. Ciągle leżał bokiem na podłodze, a jego wzrok, nie od razu, z trudem, zidentyfikował w szarościach poranka, pustą butelkę po gorzałce.
Ciągle znajdował się w kopalnianej kancelarii. Ekonom chrapał w najlepsze w krześle, a zza drzwi
znowu dał się słyszeć głos: panie kancelaryjny, raport przyniosłem!
Zaraz – wyrzęził Loser i stękając, przybrał postawę, zbliżoną do pionowej. Zaniosło gonieco,ale jakoś dotoczył się do drzwi i odebrał papiery. Przy okazji pomyślał, że trzeba będzie dokupić alkohol i uzupełnić zapasy, bo właśnie się rozpoczynał kolejny dzień roboczy kopalni jodyny w Borsuczynie.

Opublikowano Epizod X. Oznaki pożogi | Możliwość komentowania Epizod X. Oznaki pożogi została wyłączona

Epizod IX. Stypa Wenery (cz.1 i 2)

Epizod IX. Stypa Wenery (cz.1.)

Wspominki żałobne! Kir w Przeniewierowie!Epistoła na stole!
Niewątpliwa niemoc barona!

Mgły październikowe zaglądały do majątku w Przeniewierowie coraz częściej. Błądziły po polach ryżowych, biwakowych polanach, opuszczonych klepiskach i pałacowym ogrodzie, niby inspektorzy z jakiegoś jesiennego ministerium, zaglądający do obór, chlewików, chłopskich chałup oraz pod spódnice etatowych konfidentek, ciężko tyrających na służbie u spasionych krwią chłopską i flandryjskimi salcesonami, dziedziców. Wiatr przeciągle niezrozumiale śpiewał żałobne pieśni na rozległych równinach i pagórach, bowiem lato stało się przeszłością, pochowaną w smętnym grobowcu szarzyzny i częstej pluchy . Wsłuchiwały się weń stłoczone nad brzegami rzek oraz smętnych bajor, stada ibisów i skarabeuszy, nim wzbijały się
w przestworza na swych mocarnych skrzydłach, w coroczną podróż do dalekiej Afryki, by tam służyć terrorystom, ajatollahom oraz miejscowym dyktatorom, jako wyciory armatnie albo przyciski do świętych papirusów.
Jakże zmieniał się krajobraz okolicy!
Jakież przechodził nieoczekiwane metamorfozy, zaskakujące przemiany w nieuchronnym rytmie przyrody, dotykany niewidzialną dłonią Natury, która i tak przecież nie ma nic lepszego do roboty.
Dlatego to, różnobarwny dywan liści, rozrzutnie szafujący kolorami, rozpościerał się obficie w pałacowym parku, w cienistym ogrodzie i na zapuszczonym nieco w ostatnim czasie, podjeździe do rezydencji
w Przeniewierowie. Cebula w ogrodzie już zwiędła, afgański koper nabrał rdzawej barwy, angielskie pokrzywy przestały parzyć, ale nie ogrodnik z posługaczką. Tylko miejscowy oset wybujał wysoko ponad kosodrzewinę i chwiał się w gwałtownych porywach wiatru.
Hrabina ziewnęła i wyjrzała na panoszącą się jesień za oknem. Książka, którą znalazła na bibliotecznej półce znużyła ją bardziej niż ostatni stosunek z Walerym.
– Och, Izabelo! Ty głupia suko! Dlaczego nie dałaś Stasiowi? – westchnęła – Taka kasa
na ciebie czekała, a ty, głupia krowo, nawet nie dałaś się pomacać!
Z niesmakiem zamknęła opasły tom egzotycznego romansu. Zawiodła się na lekturze. Nie dość, że głupi tytuł – „Kukiełka”, czy jakoś tak, to jeszcze autorem był tępy Prusak. Od razu wiadomo, że Prusak. Bez polotu, bez nuty mięsistego erotyzmu i pociągającego afrodyzjaku nieokiełznanej perwersji miłosnych uniesień, które tak uwielbiała. Skąd się, w ogóle, znalazła ta książka w bibliotece? Pewnie Antoniusz Alojzy przywlókł tomisko z jakiejś libacji w podejrzanym salonie literackim, albo ofiarował mu jeden z jego chłoptasiów – poeta lub filozof.
Antoniusz Alojzy – rozmarzyła się bez specjalnego wzruszenia – Jaki on właściwie był?
Nierozszyfrowana osobowość, szybująca na najwyższym poziomie inteligencji, a jednocześnie, grubiański prostak, lubujący się w odpychających i trywialnych utworach Mahlera, Strawińskiego czy Szostakowicza, czytający wiersze i dzieła filozoficzne, gardzący komiksami erotycznymi, które przecież stanowią najwyższe osiągnięcie współczesnej literatury. Nie znosiła jego wsiowych nawyków czytania Nietsche’go przed śniadaniem, chyba bardziej, niż notorycznego podbierania ulubionego trunku hrabiny – „żołądkowej gorzkiej”.
Właśnie!
Sięgnęła po karafkę i napełniła onyksowo – pumeksowy puchar. Dotknęła swymi pąsowymi ustami jego brzegów, wprawnie wychylając zawartość. Ekspansywne ciepło rozeszło się po pożądającym rozkoszy ciele arystokratki. Targnęła nią rodowa czkawka, którą bezzwłocznie opanowała kolejną dawką ulubionego napoju.
Rozparta pociągająco bezwstydnie w wyściełanym skórą jelenia olbrzymiego, fotelu, zamyśliła głęboko,
co zdarzyło jej się ostatnio podczas pierwszej menstruacji albo komunii.
Cóż, Antoniuszu. Odszedłeś. Ale zanim to nastąpiło, bezpowrotnie wygasł koksownik namiętności. W niebyt odeszła gorejąca miłość, jak kelner, który nie otrzymał obiecanego napiwku. Przez całe życie przebywałeś na innych poziomach bytu, w innej rzeczywistości, jakże daleko od świata w którym egzystowała hrabina Pulcheria.
Zagadka osobowości, sfinks dzisiejszych czasów, nieposkromiony i szlachetny Don Kichot, miast mieczem, wojujący ujmującym sposobem bycia i nieskazitelną postawą dżentelmena; zastawiający się nie – tarczą, lecz swoim wysłużonym korytem i niedoścignioną erudycją – oto najkrótszy szkic portretowy, tragicznie rozerwanego samobójcy. On – wytrawny łowca, każdego roku polujący na bezludziu autostrad Mongolii
na małpy wąskonose, które śmiertelnie powalał swoją potężną, włochatą trąbą, ułożony na takie okazje, jego myśliwski mamut. To hrabia, ukryty w gęstwinie perzu arboretum, potrafił jednym, celnym strzałem z kuszy, przygwoździć do wiotkiego pnia sekwoi, dwóch kłusowników naraz. Niecelnymi strzałami trafiał zazwyczaj pojedynczych kłusowników i babiny zbierające nielegalnie grzyby na terenie pańskiej posiadłości.
To właśnie on – zaczajony z wiatrówką i z pistoletem na wodę ognistą, kładł pokotem na okolicznych, podmokłych rżyskach, wściekłe watahy krwiożerczych nornic i lemingów. Dowody jego myśliwskich przewag, widniały dumnie w gablotach i na ścianach pałacowego holu, budząc bezbrzeżny zachwyt oglądających trofea, gości. Były tam i lwy workowate, i hieny jaskiniowe, uchatki japońskie, egzemplarze homo habilis, mamuta kolumbijskiego, rogi hrabiego, mastodonta amerykańskiego, a nawet – triceratopsa, chociaż ten obrzydliwy Wolta, śmiał powątpiewać w autentyczność tego trofeum, opierając swoje bezczelne twierdzenia na tak wątłych podstawach, jak wytłoczony na rogu, maleńki napis „Made in China”.
Antoniusz Alojzy – myśliwy, oficer Jego Cesarskiej Mości, birbant, filozof i poeta, chociaż stworzył tylko jeden wiersz, a właściwie dwuwiersz, który wołowymi literami kazał namalować nad wejściem do folwarku
w Borsuczynie:

PRACUJ DŁUGO A ŚPIJ KRÓTKO.
BĘDZIE JADŁO Z MOCNĄ WÓDKĄ.

Takim był hrabia – dziedzic, ale Pulcheria nie kochała go przecież już od dawna. Na bardzo długo przedtem, zanim poznała barona, jej ukochanego – Perwersego.
Na pewno, nie!
Nie kochała Antoniusza Alojzego!
W sumie, miała hrabiego za skończonego dupka, który wcale nie miał głowy do interesów. Jego inwestycje były chybione, jak kroki, które stawiał po pijanemu. Kiedy sobie pomyślała, że gdyby nie szczęśliwe, cudowne zrządzenie losu, związane z niedawnym odkryciem na folwarcznych nieużytkach, wartych fortunę, gigantycznych złóż wysokogatunkowej jodyny, to byłaby bez środków do życia. A teraz? Teraz dopiero może zacząć żyć! Nigdy nie była bardziej zamożna. Dobrze, że Antoniusza szlag trafił, bo przepuściłby wszystko na tancerki z lupanarów, biesiady literackie, dysputy filozoficzne i utracjuszowskie eskapady po szemranych muzeach i galeriach obrazów.
Z satysfakcją napiła się „żołądkowej gorzkiej”, a jej słowiczy umysł, dziwaczną parabolą poszybował w inne obszary. Pomyślała, że warto by zmienić strój żałobny i ująć nieco ciemnych kolorów ze swojego stroju, chociaż baron uwielbiał ją oglądać w czarnych majtkach.
– Mały, liliowy dodatek z suszonych, sprasowanych meksykańskich krewetek na pewno nie zawadzi – medytowała w skupieniu – Albo parę piór z zadów syryjskich strusi w kapeluszu, albo może, złote buciki hiszpańskie, walające się bezużytecznie w lochach. Ech! Tyle kłopotu z tym Antoniuszem Alojzym. Żeby to jeszcze zszedł jak należy – na zaawansowany syfilis, na który uczciwie zapracował przez wszystkie minione lata lub żeby mu pękła maleńka żyłka w mózgu od czytania wierszy współczesnych poetów i filozoficznych dyrdymałów.
Nic
z tego. Musiał się, cholernik, wysadzić w powietrze. Romantyk w najgorszym wydaniu – włoska opera na dwóch nogach! Egocentryczny błazen! Na złość mi to zrobił! – Hrabina pogardliwie wydęła usta
– Niechby się otruł albo przebił sztyletem, nawet zapił, uczony bydlaczek. Byłby trup i byłoby
co do trumny włożyć. A tak… – Pulcheria łyknęła „żołądkowej gorzkiej”, która pobudzała jej rozkojarzoną fantazję i przyjemnie kołysała w rytmie lumpenproletariackiego tanga – Nawet znajomy sędzia Panfil
nie chce wydać aktu zgonu, bo nie ma ciała. Na kawałeczki cię rozszarpało, sprytny i złośliwy Antoniuszu – uśmiechnęła się przebiegle – Lecz jestem cierpliwa, poczekam jeszcze tych parę miesięcy i wtedy, ja, Pulcheria Margot Przeniewierska z domu, de Joujou, jako niepocieszona wdowa, przejmę całą schedę po tobie, panie jaśnie upierdliwy hrabio.
Jej bogaty, wewnętrzny monolog przerwał jakiś hałas na podjeździe, ostre dźwięki parowego klaksonu
i odgłosy nadjeżdżającej z impetem, lokomobili.
Hrabina, po paru bezskutecznych próbach, ujęła w dłoń alabastrowy dzwoneczek i potrząsnęła
nim energicznie.
Po dłuższej chwili, w drzwiach pojawił się Walery z widocznymi na policzku śladami karminowej szminki, gdyż właśnie pomagał Gabrysi w kuchni skubać wielkopolskie szuszwole na obiad.
– Jaśnie Pani wzywała? – zapytał.
– A jak myślisz? – zirytowała się arystokratka – Przecież nie startuję w konkursie dzwonników!
Po pierwsze: kto przyjechał? A po drugie: karafka z trunkiem jest prawie pusta!
– Ale loda, jaśnie pani sobie, na pewno, nie życzy? – Walery starał się być domyślny.
– Nie. Jest za zimno – Hrabina dopiła resztę wódki – Idź już i zobacz, kto zacz.
Walery wycofał się ze stosownym ukłonem i bezszelestnie zamknął za sobą drzwi komnaty. Zszedł szybko
po zabytkowych, świecących świeżą politurą schodach do holu i uchylił drzwi wejściowe.
Na zewnątrz, przy lokomobili pod parą, stał pochylony w głębokim ukłonie, stary Chińczyk w stroju mandaryna, z herbem barona Perwersego Mierzwicza na piersiach.
– Z czom ty prijechał k’nam? – zapytał, w jedynym sobie znanym, azjatyckim języku, Walery.
– Graf Mierzwicz prisiłajet pis’mo waszej grafini – odparł płynnie skośnooki posłaniec – Izwinietie,
moj akcent, ja iz Szanghaja.
Jeszcze raz wykonał głęboki ukłon, co odwzajemnił Walery, wyjął z obszernego rękawa szkatułkę, a z niej gruby pakiet z pergamońskiego pergaminu opatrzony czerwoną, lakową pieczęcią i podał go lokajowi.
Po chwili lokomobila, dudniąc, chrzęszcząc i dymiąc z komina, zniknęła wśród drzew pałacowej alei,
a Walery z listem udał się do swojej pani. Po drodze, wziął z chłodni litrową flaszę, najprzedniejszej „żołądkowej gorzkiej”.
Zastał Hrabinę przy oknie.
Stała zwrócona profilem, a jesienne, blade światło dnia oświetlało jej pastelową, niczym reklama płynu
do czyszczenia toalet, delikatną fizys.
– No co? – zapytała, nie spuszczając wzroku z ogrodowych krzewów oksymoronów i akrostychów, które właśnie teraz, na przekor nadchodzącym chłodom jesieni, rozbuchały wielobarwnym kwieciem, rozsyłając na wszystkie strony odurzający aromat, wabiący muchy ścierwnice i karaluchy. Pomiędzy wielopalczastymi liśćmi, energicznie śmigały wypięte pośladki ogrodnika pomiędzy odzianymi w walonki nogami, hożej posługaczki. Hrabina nasyciwszy swe oczy widokami tajników potężnej przyrody, odwróciła się i oburącz, przyniesiony
na tacy, potężny pakiet pergaminu.
Odprawiła szybkim gestem dłoni, sługę, rzuciła się na sofę, co się jej skutecznie udało za trzecim razem i bezzwłocznie przystąpiła do lektury epistoły od kochanka. Kiedy poczuła delikatesowy materiał piśmienniczy, który dotykała wypielęgnowana dłoń kochanka, natychmiast poczuła niezmierną suchość w ustach i drapanie w gardle, od razu ugaszony pucharem „żołądkowej gorzkiej” oraz rozpłoniła się niczym nenufar rzucony na rozkołysane fale erotycznych żądzy, sporadycznie ostatnio i w niedostateczny sposób zaspokajanych, gdyż Waleremu słowo „Kamasutra” kojarzyło się wyłącznie z marką japońskich rowerów.

„Najdroższa!!!

Najdroższa! Najdroższa! Najdroższa! Najdroższa!

Hrabina nerwowo przerzuciła następne sto czterdzieści trzy strony listu swą zwilgotniałą z emocji, a także, od rozlanego trunku, dłonią i powróciła do czytania.

Najdroższa! Pisałbym tak w nieskończoność nieskończoności, do samego końca tego dziwnego świata, gdyby nie zaczęła omdlewać moja niebiańsko delikatna i piękna dłoń. Pisałbym od upadlającego upadłego, niczym Syzyf, dźwigający w nieskończoność pianino Hery na sześćdziesiąte piętro Olimpu, pisałbym tak, nawet gdyby zgasło słońce – posłałbym po nowe i pisał dalej. Dla Ciebie! Dla Ciebie, moje Ty słodkie gniazdeczko rozkoszy, Moja rozbuchana tchnieniem Wenery, Gołębiczko! Truflo pożądania! Emanacjo seksualnej trzęsiączki!

– Co on pił? – pomyślała z trwogą Pulcheria – Chyba nic z tego, co mu ofiarowałam
z zapasów Antoniusza? Przebóg! Byle tylko nie płyn hamulcowy do starodawnych „Wartburgów”!

Moja erupcjo wykwintnych kwiatostanów! Jakże mi Ciebie brakuje! Spoglądam w zwierciadło i widzę swe, nieustająco pociągające ciało, ale jakby przywiędłe, przygaszone, jak niedopałek cygara pod brutalnym kamaszem przeznaczenia. To dlatego, że tak długo już nie dane mi cię dotykać ,niuniać, kandyzować, oblewać lukrem miłości, pieścić i dopieszczać. U mnie nowości wiele, ale nic dobrego. Czarne chmurzyska nad majątkiem. Symptomaty nader widoczne i dotkliwe. Kosmetyki, pachnidła, barwiczki, szminki, sztuczne pukle i rzęsy, tipsy, brylantowe muszki, depilatory, mazidła, pudry – czyli wszystko to, co niezbędne na co dzień, w życiu prawdziwego mężczyzny – drożeje z dnia na dzień. Nikt nie wie dlaczego, nawet lokaj i Chińczyk, choćby ich prać batogiem, a piorę, nie powiedzą. Może i nie wiedzą, ale prać lubię. Domyślam się burzy, ale jeszcze nie grzmi, tylko pomrukuje, a pomruki, niby odgłosy wulgarnej defekacji, docierają do mej pracowni – garderoby, trzęsą różowymi mebelkami
i rozrzucają na łożnicy moje najdelikatniejsze, jedwabne szlafroczki ( no i Twój, moja Ty, namiętna Fląderko z Morza Rozkoszy).
Tak więc, lucerno kwiecista, jedyne com wydusił z niechętnego do zwierzeń otoczenia,, com wyczytał w żurnalach i czegom się sam domyślił, bo jestem przecie genialny chronicznie – to sama groza nadciągająca z Niewiadomoskąd. Już mi gęsia skóreczka wyskoczyła! Przebóg! I pryszcz na lewym pośladku!
Powracam do pisania. Wierny Huo Liu ( mój Chińczyk z Szanghaju) właśnie ofiarnie wyssał swoimi wprawnymi, azjatyckimi ustami, wrednego pryszcza.
Sama wiesz teraz, jakie to nieszczęścia mnie dotykają w czasach teraźniejszych.
Cóż rzec. Jakież to szczęście, że dzielni górnicy natrafili na jodynę w przeniewierskich włościach. Niebywale się raduję z Twej radości, wyrażając swoją, tym bardziej, że dochody
z moich dóbr zmizerniały tak, że po radości ani śladu, dopóki nie dowiedziałem się o Twym wielkim szczęściu, kiedy to znowu radość zawitała na moje jagody.
Czymże ja bez Ciebie jestem, moja Poduszeczko Nieustającego Orgazmu – moje byłe dochody właściwie toż to są już, właściwie, odchody.

– Pił! Pił coś wrednie okropnego! – pomyślała z nutką zazdrości Hrabina, bo ona nigdy nie miała takiego odjazdu, niezależnie od tego, co wypiła – zobaczymy, co dalej.

Cóż, wysychają nikłe strumyki, zasilające wątle, moją, ciągle pustawą, szkatułę. Nic nie idzie w handlu – ani dziewczynki ani chłopcy. O hodowli chomików, do której mnie namówił, Nieodżałowany Hrabia, nawet nie wspomnę. Nie chcą się rozmnażać stworzonka. Wszystkim się mnożą, a mi nie chcą. Wprawdzie, niektórzy podpowiadają, że to dlatego, iż osobno trzymam samczyki i samiczki, ale ja nie ufam doradcom. Sami kłamcy i oszuści!
Alboż to można teraz komuś zaufać?
Ale nie! Ufam jednej, Jedynej Istocie, którą miłuję, jak lustrzane odbicie własne!
Tobie! Tylko Tobie, Wieżo Rozkoszy! Ufam Tobie!
Niestety, generalnie w mym władztwie
Kompletna ruina. Chłopskie dzieci potaniały okropnie i kupcy płacą za nie połowę dawnej ceny. Mówią, przechery, że podaż zbyt duża, a magazynować bez końca, się nie da, ze względu na koszta. A ja mam to w swojej pudernicy!
Szkaradna zmowa marnych dusigroszy, gotowych skoczyć do gardła, by nadarzającej się okazji! Przecie ja mam wydatki! Moje myśli ciągle krążą wokół tego!
No i, oczywiście, wokół, i nie tylko wokół, Twojej ślicznej, prześlicznej, mniam, mniam, Osóbki, Najdroższa!

– Co on, kurwa mać, wychlał, niebożę? – Hrabina odłożyła lorgnon na stoliczek i dała sobie spokój z czytaniem na dzisiaj. Zostało jeszcze sporo stron epistoły, a ją już zaczęły szczypać amarantowe oczęta, a cudnej śliczności, niby ze szlachetnego betonu wyrzeźbiona szyja, zdrętwiała. Ukryty w niej, doświadczony przełyk, także się czegoś gwałtownie domagał.
Suszyło niczym samum na gorącej pustyni Placu Defilad w Warszawie.
Sięgnęła po kielich „żołądkowej gorzkiej”. Pomyślała też, że warto by udzielić Waleremu kolejnej lekcji techniki hinduskich sposobów kopulacji. Lud był bowiem bardzo zaniedbany, więc to na elicie społecznej, spoczywał odwieczny obowiązek moralny, kształcenia go oraz empirycznego poszerzania horyzontów intelektualnych plebejuszów .
Ciężko westchnęła i napiła się znowu.
Praca u podstaw.
Praca organiczna.
Nigdy nie doceniony i niespłacony trud szlachetnie urodzonych.
Sięgnęła po alabastrowy dzwoneczek i energicznie nim potrząsnęła.

Epizod IX. Stypa Wenery (cz.2.)

Dygoty wewnętrzne barona! Widmo niedźwiedzia krąży nad światem! Engagement syna wozignoja! Czytaj dalej

Opublikowano Epizod IX. Stypa Wenery (cz.1 i 2) | Możliwość komentowania Epizod IX. Stypa Wenery (cz.1 i 2) została wyłączona

Epizod VIII. (cz.1. i 2.) Egzema upadku

Zapisane na skórze! Ludowe opowieści! Pazerne pazury!

Ja, Lolo Verschwender, kupiec…
Nieznajomy przerwał, jeszcze raz spojrzał na stłoczonych wokół stołu, chętnych wysłuchania opowieści, karczemnych gości i rzekł znad okularów.
– Nazywam się Jan Loser, mówię teraz, bom się jeszcze nie przedstawiał swoim wybawicielom. Uczciwy ze mnie człek, chociaż grzeszny.
Chciał mówić dalej, ale gwar podnieconych głosów mu nie pozwolił.
– Dobra! Dobra!
– Który puścił bąka!?
– Świnia!
– No, nie bądź taki.
– Przestań! Weź te łapy! Dzisiaj boli mnie głowa!
– Czytajże wreszcie!
– Dzban ci odbierzem, jak nie zaczniesz czytać!
Ten ostatni argument przekonał ostatecznie gawędnika. Pochylił się nad manuskryptem i jął powoli, acz wyraźnie sylabizować, wodząc swoim spracowanym, chłopskim palcem
po nierównych linijkach tekstu.

Ja, Lolo Verschwender, kupiec i głupiec – jedyny spośród ośmiu dzielnych mych druhów, który jeszcze przy zdrowych zmysłach pozostał, zapisuję te słowa ku przestrodze i na pamiątkę okrutnej przygody.
Wyprawiliśmy się w pięć wozów zaprzężonych w mocarne byki, pojone ciemną dywidendą i karmione najlepszą paszą wielkich koncernów. Jechaliśmy na zwyżki pokryte przez wrzosy oraz te dziewicze, bujające w górze, ku którym dzielne byki łby podnosiły i radośnie ryczały. Przemierzaliśmy krainę zwaną Sesją i wszystko szło dobrze, aż stanęliśmy pod wieczór rozbić obóz, bo nocami Sesja całkowicie zamiera. Porachowaliśmy zyski, oczekujące nas niebawem i spokojnie zasnęliśmy w swoich wozach nawet nie szukając hotelu, bo karaluchy tameczne – sławne i zajadłe na ludzi, szkolone przez wredną konkurencję. Nad ranem krzyk przeraźliwy wrwał mnie ze snu. Oto moi towarzysze stali nad bykami, leżącymi kopytami do góry. Padnięte, sponiewierane, z wywalonymi jęzorami, ślepiami wybałuszonymi, pogwałcone i wywałaszone. Cały towar diabli wzięli, albo lepiej diabeł, bośmy go rychło ujrzeli, jak podążał ku nam z doliny, sadząc olbrzymie susy. Niedźwiedź szedł. Ale jaki niedźwiedź! Spasiony, ciężki, kosmaty – nad wyraz nieprzyjemny. Ślepiska miał przekrwione i żarłoczne, a z obrzydłej, wiecznie głodnej paszczy, na kilometr cuchnęło nieszczęściem. Wszyscy zamarli, a niegodziwy miszka podskoczył do nas nadspodziewanie zwinnie, stanął na dwóch łapach, ukłonił się, splunął obficie i powiedział ochryple.
– Witam Jegomościów.
Zamarliśmy, niektórzy nawet padli na kolana, bo nogi mieli jak z waty.
Niedźwiedź ujął się pod boki i patrząc na nas z góry, rzekł.
– Takeście sobie, chciwe klawesyny, myśleli, że na górkach Sesji majątek zrobicie. Otóż nie zrobicie.
I tupnął nogą.
Zatrzęsło. Zabłysło. Pociemniało. I znowu zabłysło. A potem cały świat szlag trafił.
Wszystko się zakręciło i odwróciło na podszewkę – gdzie przed chwilą była górka, zdająca się rosnąć w nieustannej, erekcyjnej hossie, tam rozwierała się jama, czeluść, dół śmierdzący zgnilizną i upadłością wieczystą. Gdzie łagodne zbocza, a jednak pnące się wytrwale ku górze – tam przepaść, Ultima Thule, nieskończona otchłań wsysająca całą materię wszechświata. Niebo było na dole, jak i wszystko – zaś nad głową: pustka, śmierć, przerażająca nicość, nie mająca innego imienia niż Zagłada.
Uciekłem, anim nie wiedział jak, ani dokąd. Pustka, pył szary, mgła roztartych na proszek nadziei inwestycyjnych, Słyszę, że Misza jest niedaleko – a czego się dotknie – pada z hukiem, rozlatuje na drobne, marnieje. Teraz chowam się w małej niszy bankowej i notuję te słowa, choć rylec się ślizga, kamień jest oporny, a każde włókienko nerwów drży w śmiertelnej obawie. Ale wiem, że jest blisko, że nadchodzi. Słyszę go. Sapie. Bździ. Idzie i niszczy. Nadciąga burzyciel.

– I tu się pisanie kończy, moi dobrzy ludkowie – Loser, zwinął zapisaną skórę, trzy razy nań nasmarkał starodawnym zwyczajem i schował zwitek do pludrów z lubością przez chwilę
w nich mieszając – Ale to nie koniec opowieści, albowiem to, co nastąpiło później, nawet
z odległej perspektywy mego przysiółka, rzędu parchatych czworaków, albo jak zawistni powiadają, osiedla wykwintnych willi w stylu rustykalnym, wyglądało strasznie. Niedźwiedź zaczął pojawiać się w mieście. Znać, poszedł za tropem nieszczęsnych kupców i trafił, psia jego mać, swoim węchem nieomylnym wiedziony, do miasta. Najpierw zaczęto widywać go nocami jak sapiąc, rozglądał się ciekawie, a gdzie przeszedł – zostawała dziura na pół łokcia pełna łajna i smród się ciągnął za nim, niby nakaz komorniczy za moim, Panie świeć nad jego zbankrutowaną duszyczką, wujaszkiem Kundziem. Niedźwiedzisko, przechadzało się spacerkiem na zadnich łapach, zaglądało tu i tam, coś do siebie gadało, zapisywało w grubym notesie, podliczało i się podśmiechiwało, mlaskało przy tym i czochrało się brudnymi pazurami po swoim wzdętym, obleśnym żywocie, albo lepiej rzec – wrednym kałdunie. A o świtaniu, na szlaku misiowych, nocnych przechadzek, lament się podnosił wniebogłosy i okrutne wyrzekania. To jęczeli sklepikarze, sprzedawcy, proboszczowie, łapiduchy, kupczykowie przekrętni i nieprzekrętni, mamki z mamoną, panienki z rabatem i wszyscy, którzy jakoweś sprawy zarobkowe prowadzili. Każdy budził się rano oskubany do czysta, wyssany z czego miał, ogołocony. O! Dobre słowo! Ogołocony, jak szwedzki stół w kirgiskim hotelu klasy lux. Nawet burdelmamy się żaliły, że nie tylko młodość, ale i świeżą dziewiczość, sam kwiatostan dziewczęcej niewinności, utraciły bezpowrotnie po takiej misiowej rejzie.. Ale czy to akurat niedźwiedzia była zasługa, tego na pewno, nie wiem. Jako było, tako było, ale przepadło, rozpadło się, ulotniło się eterycznie, wysublimowało. Było – nie ma. Niedźwiedzisko zaś, zrobiło się bezczelne i wyuzdane w swojej niecnocie. Już nie po nocach, ale w biały dzień dopadało spokojnych mieszczan. A to, wszystkie buty szewcom na podszewkę wywróciło i jeszcze napaskudziło do środka, tak, że już tylko wyrzucić albo spalić. A to, gospodyniom zupę na chrabąszczach, prosto z garów na piecu, niepomne waru i na war nieczułe wypijało, siorbiąc i obrzydle mlaskając. To znowuż wszystkie banki i kantory w mieście, w górę czarodziejsko uniósłszy, zamieniło w obłoki pierzaste, chmurzyska czyli wodną parę i rozganiało na cztery wiatry, albo i więcej, bo od wiatrów, to miszka – specjalista, fachman – oberbździciel. Pouciekali kupcy, bo towar nogi dostał i zamieszkał w lasach oraz na cuchnących mokradłach, wertepach, na torfowiskach i giełdowych pobojowiskach. Powychodziły za mąż, czym prędzej, wszystkie panny, żeby cnotę stracić jak się należy, w stadle, a nie przez niedźwiedzią pazerność i złodziejstwo, w chwili lekkomyślnego gapiostwa lub przez sen. Która nie wyszła, a nie zaszła w międzyczasie, także w zarośla, na mokradła i w bagna się wyniosła, podkasawszy spódnice, damskim, wyciągniętym kłusem, a nawet galopem. Namnożyło się od razu w okolicy, nimf błotnych i bagiennych panien, leśnych dziewic i puszczańskich niedajek, puszczalskich szyszkozmorek,
i pazernych na chłopów, omszałych paprotnic. Strach do lasu iść, ale jeszcze większe, goleniowe dygoty
u tych, co w grodzie pozostali.
A w mieście?
Rejwach straszliwy i gwałt się podniósł, zamieszki, zapaski i podpaski uliczne na całego, moi dobrodzieje. Wozy Straży Dobrego Obyczaju z ministrancką posługą, jeździły w te i nazad, polewając święconą przez jaśnie oświeconego margrabiego i jego biskupów, wodą. Chłodziły sakramencko, gęstniejące tłumoki oraz tłumki bez tłumaczenia, żeby tłum stłumić, zgasić, prześwięcić, zindywidualizować, ujednostkowić, spersonalizować oraz wyprostować każdemu drogę do domu, zmywszy głowę i sprawiwszy łaźnię, jak się patrzy. Kto oporny i na święconą wodę odporny, temu różdżki czarodziejskie, w delikatnych, lecz sprawnych dłoniach, szkolonych w magii trabantów i ministrantów, wypisywały na grzbiecie, tudzież na piszczelach, a nieraz i na licu, dokładną mapę plastyczną Wyżyny Abisyńskiej z przyległościami. Końca nieszczęść jednak ciągle nie było widać, mgła niepewności jutra zasnuła przyszłość, a nikt jej przepowiedzieć nie potrafił, bo wróżki się wyniosły albo pobankrutowały, ponieważ niedźwiedzisko pożarło wszystkie talie tarota, szklane kule, kruki, papugi, czarne, gadające koty, a nawet fusy, bo i fusom, nienasycona bestia nie przepuściła, więc nie było z czego wróżyć.
Takie to nieszczęście nad nieszczęściami z okrutnym niedźwiedziem, moi dobrodzieje.
Mawiają jednak niektórzy, ale po cichu, rozglądając się ostrożnie na boki, że to bujda i że miszki nie ma, i nigdy nie było. Niby, że to jaśnie oświecony margrabia i jego biskupi sobie wymyślili, aby mieć na kogo zwalić winę za własne grzechy, niedołęstwo, tudzież chciwość, skoligaconą z pałacową niekompetencją. Alboż można im wierzyć, takim mącicielom – warchołom?
Azaliż święci biskupi mieli by kłamać?
Miałby – li łgać, jaśnie oświecony, szlachetnego rodu, prowadzony nieomylną Manus Dei, margrabia?
Niepodobna, ale mówię o tym, bo i takie głosy słychać, jak nieśmiało z kątów popiskują.

Nagadawszy się do woli, Loser przyciągnął dzban ku sobie i jął gasić pragnienie w rytmie disco polo. Jego opowieść, pełna była słusznych ideowo, ludowo – proletariackich symboli, podszyta niepiśmienną tradycją gawęd sławnego, włościańskiego bajarza z gór, Junga Freuda, co to chodził od chałupy do chałupy i przygrywając sobie na góralskim klawesynie,
opowiadał stare klechdy za pajdę razowca z bykowcem, a jednocześnie niewinna i szlachetna w swojej prostocie, jak komputery ATARI, wykuwane w samotnych kuźniach pod Laskiem Bulońskim, przy akompaniamencie modlitewnych psalmów dobiegających z krzaków, nuconych mormorando przez pobożnych eremitów, od których tam się roi.
– A to ci dopiero! – rzekł Mateusz i splunął przed się.
– Wciórności! – zawtórował Felicjan i splunął za się.
– Psia mać nieuczesana! – splunął w bok pańszczyźniany Antek, ale trafił we własny rękaw – Psia mać, zakręcona!
Drugi pańszczyźniany chłop podniósł się ciężko z siedziska i powlókł do szynkwasu, by zamówić najtańszy napitek z wiadra.
Wszyscy byli niezwykle podekscytowani i poruszeni przedziwną opowieścią odratowańca, mieniącego się Janem Loserem, pobitym na golfowym polu i tam cudem odratowanym.
Frycek powrócił za kontuar do nawijania robaków, które piekł jako szaszłyki drobiowe i kręcił z niedowierzaniem głową.
– Niepodobna, żeby taki stwór aż tu zawędrował. Niech on sobie daleko jada, byle nie zaglądał biednemu Fryckowi do kuchni i tu nie jadał, ludojad.
Ujął chochlę leżącą na brudnej szmacie przy wiadrze i szczodrze napełnił, czekającemu cierpliwie chłopu, dwa drewniane kufle Chateau Petrus, ciemnowiśniową cieczą, wydającą wyczuwalną woń arabskiej kawy, jeżyn, wiśni oraz onuc Frycka. Ta ostatnia, była zasługą roztargnionej Isztar, która parę dni wcześniej omyłkowo wyprała rzeczone onuce w wiadrze z napitkiem, co zresztą trunkowi specjalnie nie zaszkodziło, podobnie jak częściom garderoby karczmarza.
Grajek powrócił na swoje miejsce koło pieca i jął wygrywać z prostacką wprawą, wulgarną sonatę g – mol, wymyśloną przez niejakiego Jasia Sebasia, miejscowego, wiejskiego pastucha nierogacizny, zwanego w okolicy Bachem, bo po pijanemu zawsze upadał na pysk w największe błoto. Pańszczyźniani, Antek oraz jego towarzysz, Kuba, stuknęli się kuflami i krzywiąc się nieco, jęli opróżniać ich zawartość. Mateusz z Felicjanem siedli naprzeciwko Losera i w milczeniu przyglądali się, jak ten wyciąga za pazuchy nędzną, platynową papierośnicę i grzebie w niej w poszukiwaniu zapomnianego niedopałka. Odszukawszy kikut zapleśniałego cygara, znalezionego w wychodku, zapalił go ostrożnie, podzieloną na osiem części zapałką. Zaciągnął się dymem, zakasłał lekko i wbił wzrok w powałę, gdzie zwisały na konopnych sznurkach, powiązane w tuziny, upolowane latem przez gospodynię, fallusy.
Zapadła cisza, przerywana tylko rzępoleniem niestrudzonego grajka i rzężeniem zarzynanych w obórce świstaków, szykowanych na gulasz.

Etykieta czworaków! Nawroty wspomnień lat młodych! Przyjaźń wykuta
w znoju!

Karczemni goście zastygli, niby jakieś toporne rzeźby prymitywistów, w mrocznej aurze monotonnej beznadziei słotnego, jesiennego popołudnia, co bardzo przypominało żywy obraz pod tytułem „Wieczerza wigilijna trędowatych na Sumatrze”. Frycek nawijał robaki
na długie patyki, a z podwórza dochodziły przeraźliwe kwiki i przedśmiertne rzężenie świstaków oraz marynarskie przekleństwa Isztar, towarzyszące odgłosom sekatora, którym odcinała łby mordowanym zwierzakom.
– Jakież to ordynarne – jęknął zbolałym głosem Frycek – A tyle wydałem na podręczniki dobrych manier. Na kursy ją zapisałem. Chodziła na lekcje, nawet w nocy. Czytała i ćwiczyła, do upadłego. I nic. Jakbym grosiwo w kibel wpuścił.
Z niesmakiem rzucił nawinięte robaki na prawie pełną tacę smakołyków.
Chłopi pokiwali smętnie głowami, ale nie odezwali się ani słowem. Wiedzieli swoje, na ten temat, a nawet więcej, niż tylko na ten..
Muzykant nieoczekiwanie ocknął się z odrętwienia, wiedziony jakimś artystycznym przeczuciem, bo niemal w tym samym momencie rozwarły się drzwi karczmy. Oczom obecnych najpierw rzuciły się w oczy długie, w miarę proste, nogi w czarnych pończochach, potem coś w rodzaju sukienki nie sięgającej jednak wystających kolan, następnie zgrabna kibić i obiecujący, wcięty dekolt, z trudem utrzymujący w ryzach rozpasane piersi.
– Nuuuu! Prosieeeemy! Prosieeeemy! – zgodnie zawyli chórem biesiadujący, zgłodniałymi, głosami watahy wyposzczonych wilków, która w styczniowym lesie, przydybała proboszcza
z ministrantami – Uuuuh! Proooosieeeemyyy!
Nataszka, bo to ona była, śmiało przeszła przez izbę, zmiatając kurz z podłogi przypiętymi
z tyłu sukienki, strusimi piórami, pokazała rezolutnie środkowy palec dłoni podnieconym chamom i podeszła do szynkwasu.
– Witaj Frycek! – powitała gospodarza – Ester w domu?
– A gdzieżby miała być – stęknął oberżysta, wskazując dłonią umazaną robaczym śluzem na wejście do zaplecza gospody.
Jakby na potwierdzenie jego słów, z czeluści dobiegł straszny rumor i jakieś nieczłowiecze odgłosy.
– Jak mi jeszcze raz będziesz, ścierwo jedno, uciekało spod sekatora, to cię zapierodolę młotkiem – słychać było, że Estera nie jest w wiosennym nastroju. Tępy łomot
i przedśmiertny kwik świstaka dowodził, że bynajmniej nie żartowała.
– Estero, skarbie! Pozwól do mnie! Przyjechała paniusia Nataszka z Przeniewierowa!

– Frycek postawił na ladzie dwie niegdyś czyste szklanice i ciemną butlę Glenfarclas 1955.
Tani i niewymyślny, acz smaczny trunek, trzymał specjalnie dla bywałych gości.
Takim też gościem była zaufana pokojówka hrabiny Pulcherii.
Nataszka zaglądała dość często do gospody, chociaż nie chwaliła się w pałacu tymi odwiedzinami, podobnie jak swoją przydrożną i bogatą, karierą lafiryndy we wczesnej młodości, kiedy to poznała swojego długodystansowego narzeczonego Saloda, a także trudniące się podówczas profesjonalnie oferowaniem płatnych, wenusowych uciech, Gabrysię oraz Esterę.
Żona gospodarza pojawiła się w progu, jak furia albo prowincjonalny anioł śmierci, z zakrwawionym młotkiem w dłoni i pianą na wydatnych ustach. Czarne włosy miała zmierzwione oraz srogi grymas na twarzy, lecz na widok starej znajomej, natychmiast się rozjaśniła. Wspomnienie lat spędzonych na płatnej rozpuście i wspólne okradanie oraz zarażanie rzeżączką klientów, wywołało miły uśmiech rozmarzenia na jej licu. Także Nataszka szeroko się uśmiechnęła i czule wyściskała umazaną krwią, koleżankę.
Towarzystwo siedzące przy ławach, z wielkim zainteresowaniem obserwowało całe zdarzenie, a świergot niewieścich głosów jeszcze bardziej rozpromienił i rozgrzał ponure pomieszczenie, niczym płonąca raca wrzucona w spodnie nieuważnego piromana. Grajek zaczął wygrywać pieśni Karłowicza i co gorsza, także je śpiewać, a chłopi, jakby żwawiej zaczęli popijać tanie trunki, rzucając głośno mięsistymi, niczym zadki zapaśników sumo, dowcipami, których nikt, poza opowiadającym nie rozumiał. Dawało to znakomitą okazję
do udzielania zawiłych objaśnień treści anegdoty, a także licznych komentarzy, dosadnych i do cna, ludowych – żywcem wyjętych z uczonych ksiąg, w tym także z „Życia seksualnego dzikich”, czy dzieła: „Choroby skórne i weneryczne. Tom I – III”.
– Och, moja droga! Przecież my się od początku lata się nie widziałyśmy. Takie nieszczęście w pałacu. Biedny pan Hrabia – trajkotała Estera prowadząc pod rękę Nataszę do wolnej ławy w kącie – usiądź sobie i chlapnij tego samogoniku, a ja za chwileczkę wrócę. Tylko sprawdzę, czy klatki ze świstakami pozamykane i larwy zakluczone w obórce. No i trochę się ogarnę, bo cała jestem pobrudzona od tego gówna.
Zanim Nataszka zdążyła cokolwiek odpowiedzieć, zniknęła na zapleczu, głośno trzaskając drzwiami. Nie pozostało nic innego, jak rozejrzeć się i cierpliwie poczekać.
Sącząc mocny trunek obserwowała rozochoconych wieśniaków, zabawiających się słonymi angdotami z życia seksualnego świętej Agaty, weneckich kastratów i psa Baskerville’ów. Rechot wydobywający się z fornalskich gardeł, znamionował sporą ilość wypitego trunku oraz dobry humor, jakże rzadki w owych ponurych czasach rozpasanego wyzysku i poniżenia ludzkiej godności. Pomyślała, że gdyby nie hrabina, musiałaby do dzisiaj zaspokajać
za marne pieniądze, prymitywne żądze tych niedomytych prostaczków. W głębi duszy gardziła pospólstwem, chociaż sama przecież była córką prostej polerowaczki medali
w pałacu prezydenckim, a ojciec mało ważnym posłem z ostatnich rzędów, wybieranym
nieodmiennie, z dalszych miejsc na liście kandydatów. W domu zawsze panował upierdliwy niedostatek. Lamborghini ciągle się psuło, komputery zawieszały, a ojciec z matką darli koty, żeby było co do garnka włożyć na niedzielę. Wyrwała się więc z domu przy pierwszej lepszej okazji, którym był pierwszy dzień nauki w szkole podstawowej i razem z koleżanką ze szkolnej ławki, Esterą, wyruszyły w daleki świat. Na szczęście dla rezolutnych uciekinierek, przygarnęła je do swej samotnej chaty, znana z filantropii, Madame Lenone, zwanej też, Babah Yagah, zawsze chętnie goszcząca wiele zagubionych dziewcząt w swoim domu, przez który przetaczały się dzień i noc, całe tabuny starych pierników. Dziewczęta poznały tam wiele sekretów wiedzy tajemnej oraz czary, formuły eliksirów, jadów i zaklęcia – zakazane, bo szkodliwe, wszeteczne, a mogące zgubę, naznaczonemu nimi, przynieść. Przydały się im też, wieloletnie praktyki innego rodzaju, będące, nad podziw skuteczną, trampoliną do lepszego życia.
Ech! – westchnęła z nostalgią z błyskiem w oku, zapożyczonym od arystokratek – Rajcownie bywało.
Upiła nieco ze szklanicy i zaczęła się uważniej przyglądać goszczącym w karczmie plebejuszom.
Rozpoznawała niektórych biesiadników, bo niektórzy czasami bywali w pałacu, a ich twarze wydawały się znajome, szczególnie jedna, człowieka siedzącego obok Mateusza i Felicjana, wywołała w jej doświadczonym, acz jeszcze nie do cna zużytym ciele, dziwny dreszcz emocji i falę wspomnień .
I on, rozpoznany, z zaskoczeniem przyglądał się fizjonomii młodej kobiety, o wypisanym na licu zamiłowaniu do lubieżności oraz cudzej biżuterii, starając się coś sobie przypomnieć, ale nie bardzo wiedział, kiedy tą niewiastę spotkał i w jakich okolicznościach. Ale to Nataszka pierwsza skojarzyła sobie młodego człowieka, przedstawiającego się jako Jan Loser – ów niedobitek, cudownie odratowany przez samarytańskich chłopów. To on, nieudaczny i ambitny, pański włazidupek, powodowany niepohamowaną ambicją wyrwania się do lepszego świata, luksusowych kobiet i jadła. Do tego wieczyście nieszczęśliwy, bo pechowy, jak Jonasz albo chrześcijański demokrata w Północnej Korei. Ale w sumie był dobrym człowiekiem, o sercu szczerym i otwartym i nawet bystry, jak na syna folwarcznego wozignoja. Miał też niezłe wykształcenie, ponad swój podły stan. Nie zanadto, bo czegóż oczekiwać po plebejuszu – jakiś marny, zamorski uniwersytet, Harolda, czy Harvarda. Nieważne.
Nataszka uśmiechnęła się niebiańsko, co czyniła tylko wtedy, gdy udało się jej ukraść coś naprawdę cennego, albo złapać atrakcyjnego amatora jej ciała.
Uniosła lekko prawą dłoń odzianą w długą, jedwabną rękawiczkę, którą ukradła swojej jaśniepani. Lewej nie mogła znaleźć. Zresztą, podobny problem miała hrabina, która od dawna poszukiwała prawej.
Wreszcie i Loser doznał iluminacji, poderwał się ze swojego miejsca, po czym nieco chwiejnie zaczął zmierzać ku Nataszce, demonstrującej w uśmiechu idealny model ludzkiego uzębienia, który był zazwyczaj przeznaczony dla najhojniejszych klientów, a także licznej rzeszy pleczystych samców zatrudnionych w pałacu oraz w folwarkach. Zdarzało się, że w chwili krańcowo desperackiej potrzeby, nie odpuszczała też stetryczałemu eremicie, zamieszkującemu obszerną dziuplę wiekowego kasztanowca w pałacowym parku.
– Lola! Ty tutaj teraz łapiesz okazje?! – wylewnie wyściskał się ze znajomą, która nie była najszczęśliwsza z takiej formy powitania – Tu ludzie dobrzy, ale fortuny nie zarobisz, myszeńko!
Wreszcie usiadł, a Nataszka syknęła jak żmija – Zamknij mordę złociutki, bo stracisz coś więcej niż głos. Teraz nie jestem żadna Lola, tylko Natasza, ewentualnie panna Nataszka, jasne?! I nie rób siary, kochany, bo już na dzień dobry, będzie awantura.
Mężczyzna wyraźnie speszony nerwowo wysmarkał się w rękaw, który z kolei staranie wytarł o nogawkę spodni.
– Excuse moi, ma cheri. Nie wiedziałem, aniele złoty. Wiele wody upłynęło w wannach nikczemników, którym służył. Wiele lasów wycięto, gdzieśmy bywali podziwiać godowe pląsy winniczków. Wielem podróżował i dawnom już nie bywał w tych stronach urokliwych. Zły los mnie rzucił w okolice nieprzyjazne, srogie i okrutne. Ale fortuna, daj bóg i co tam jeszcze, wreszcie się odwraca ku mnie frontem, bom dotąd tylko tyły jej widział, kurz za kitą i gówno miałem. Oto, serdeczni ludzie mnie odratowali od niechybnego końca doczesnej wegetacji, przygarnęli i napoili. Ale sam nie wiem, oj, nie wiem, będzie dalej. Ani referencji, ani legitymacji, ani promyka nadziei nie ma na lodowato – mrocznym horyzoncie niezbadanej równinie przyszłych zdarzeń. Ciemności spowijają drogę przede mną. Może tam przepaść przepaścista? Może zdradliwe, jadowite ciernie i miny przeciwpiechotne tam czekają? Teraz jednak, kiedym cię w spotkał, jak dobrą wróżkę, łatwiej mi spoglądać przed siebie. Ot, co.
– Pierdoła, to ty zawsze byłeś – Nataszka zapaliła cigarillo, które przywłaszczyła z zapasów świętej pamięci, hrabiego – ale nie zmieniłeś się wcale. Kompletny niedołęga życiowy. Dupek wszystkich dupków. Ale zawsze cię lubiłam i nadal chyba jeszcze lubię. Nawet nie wiem dlaczego.
– Nalała sobie pół szklanicy wieśniaczej whisky i pociągnęła solidny łyk, wywołując pełne niekłamanego podziwu, spojrzenie rozmówcy – I tak sobie myślę, że dzisiaj jest twój dobry dzień, chłoptasiu.
Loser aż otworzył usta ze szczęścia. W takiej beznadziejnej chwili pojawiła się prawdziwa dobra wróżka, która dobrze go znała i w dodatku była prawdziwą akrobatką w łożnicy. W głowie też miała wszystko poukładane, jak należy.
Chciał coś powiedzieć, ale nie zdążył.
– A ten, to kto? – Estera pojawiła się znienacka przy ławie, energicznie siadając obok obojga
i ostro pociągnęła wprost z butelki. Rozległ się bulgot, jak z zatkanego zlewu – Nataszko, to twój nowy epuzer?
Zmrużyła oczy i wydała serię dźwięków, jak jej zarzynane świstaki.
– Loooser! Loserek! Ty wałachu astrachański! Co ty tutaj robisz?!
Nataszka krótko wyjaśniła, co się wydarzyło.
– Aara! – Estera zalotnie poprawiła włosy za uszami, przy okazji płosząc kilka kohort zadomowionych tam od wielu miesięcy, wszy – To ty byku, narobiłeś dzisiaj tego bałaganu?! No, gdybym wiedziała, że to ty! Zmieniłeś się skarbeczku. Zewnętrznie, oczywiście. Kiedyś wyglądałeś jak chodzące nieszczęście, a teraz, jak półtora. Nawet przy normalnym świetle bym cię pewnikiem nie rozpoznała.
Obie panie zaśmiewały się dość długo, szczerze i do łez, pryncypialnie poklepując nieboraka po zgarbionych plecach.
Mężczyzna mruknął coś i uśmiechał się niemrawo, nie bardzo wiedząc, jak zareagować, na te wątpliwe komplementy. Jednak twarde życie tułacza i pańskiego włazidupka nauczyło go być pokornym oraz spolegliwym, kiedy tylko sytuacja tego wymagała.
– No, a co ciebie sprowadziło do starej kumpeli? – Estera pochyliła się ku Nataszce i ściszyła konfidencjonalnie głos – jakiś problem? Hrabina? Jej baron fanfaron? Lawstorant nawala?
– Trochę to, trochę tamto. Pogadamy, ale nie teraz – pokojowa rzuciła wymowne spojrzenie w kierunku ich towarzysza – to nasze babskie sprawy, Janeczku – pogłaskała po policzku Losera, który tylko westchnął – Potem to załatwimy Esterko. Teraz mogę wam trochę poopowiadać trochę pałacowych nowinek, bo ty Esterko, na pewno nie znasz wszystkich szczegółów. No więc, hrabiostwo Przeniewiercy postanowili urządzić wielkie przyjęcie. Zaprosili całe mnóstwo gości, a baron Perwersy też przyjechał…
Opowiadała długo. Na tyle długo, że słońce obijające się przez cały dzień nad chmurami, prawdopodobnie już zaszło i na zewnątrz zrobiło się zupełnie ciemno, kiedy Nataszka właśnie kończyła szczegółową relację z wydarzeń w pałacu. Jan Loser zdążył w międzyczasie, zasnąć i spaść pod ławę. Chłopi tymczasem z wolna się rozeszli i poczłapali niespiesznie do swoich nędznych zagród, Fryckowi zaś zaczęły się kończyć robaki do nawijania.
– I to by było w dużym skrócie chyba wszystko – Nataszka miała mocną głowę, ale i tak język jej się plątał po mocnym trunku – A i jeszcze ta cała jodyna! Może nasz Ptysio posłucha?
Z dużą wprawą kopnęła leżącego na podłodze.
Loser stęknął, chciał się podnieść, ale tylko wyrżnął głową w dębowe dechy, aż huknęło.
Wreszcie ukazał się obu białogłowom, gramoląc się mozolnie i przecierając zaspane oczy.
– Jesteś aby przytomny? – Nataszka badawczo zajrzała mu w kaprawe ślepka – No to słuchaj teraz uważnie. Szukasz zajęcia? Właśnie sobie pomyślałam, że może uda mi się wyjednać
u jaśnie pani jakąś posadę w pałacu dla ciebie. Po starej znajomości. W jodynie! Słyszysz, baranku boży?
Ester nalała mu do szklanicy nieco napitku.
Napił się odruchowo i zakrztusił.
Dolej mu jeszcze – wtrąciła Estera – Bo my musimy pogadać o swoich sprawach.
– Dzię..Dziękuję – wymamlał – Loser – jesteś prawdziwą dobrą.. Tego… Wróżką…

Następnie wychylił jednym haustem zawartość naczynia i znowuż był pijany. Chciał wstać, oparł się dłońmi o ławę, ale mu nie wyszło. Zamruczał niewyraźnie fragment jakiejś pieśni, na podobieństwo Fratelli d’Italia, po czym ponownie runął na ziemię.

Opublikowano Epizod VIII. Egzema upadku (cz.1 i 2.) | Możliwość komentowania Epizod VIII. (cz.1. i 2.) Egzema upadku została wyłączona

Epizod VII. Wezuwiusz krzywdy (cz.2.)

Gość w posoce! Samarytańskie posługi maluczkich! Opowieść trwogi!

Minęło wiele czasu zanim na podwórcu gospody ozwały się barbarzyńsko zmieszane ze sobą męskie, chrapliwe głosy, a archaiczne, podobne skórze chorej na trąd i syfilis birmańskiej słonicy, odrzwia, zaskrzypiały otwierane i ukazali się w nich Mateusz z Felicjanem oraz owi chłopi, którzy pospieszyli obaczyć, któż jest nieszczęśnikiem spoczywającym przy jedenastym dołku na polu.
– Dawajcie wody gorącej, gospodarzu! A żywo! – krzyknął od progu Felicjan – I szmatę jakąś!
– Ale nie waszą, szanowną małżonkę, jeno taką lnianą – uzupełnił szybko Mateusz, widząc, że gościnny gospodarz chwyta już za mosiężny dzwonek, by przywołać Isztar.
– I Hennessy Cognac Ellipse! Całą flaszkę! Ale to dla nas! – chłop zwany Antkiem, otarł ręką pot z czoła – I drugą dla nieszczęśnika! Ciężkie to chłopisko, jak współczesna poezja. Trza wypić coś, braciszkowie, co może i niewyszukanym jest trunkiem, ale na naszą biedniacką kieszeń w sam raz.
Drugi chłop, imieniem Maciej, niósł na ramieniu podłużną skórzaną torbę, z której wystawały kije.
Położyli nieboraka na stole. Cicho jęczał, ale oczy miał otwarte i przytomne, lśniły one niczym rubiny z kolczyków kochanki szefa mafii z Władywostoku albo jak byczki w sosie pomidorowym, po niezbędnym otwarciu wieczka blaszanej konserwy. Ogień bił z nich, moc plemna i jurna, siłą znoju ludu pracującego miast i wsi, wzbogaconego bolesnymi trudami przepracowanych dni i nocy, wiejskich zabaw w stodołach, klubach dla transwestytów i na osiedlowych trzepakach, hucznych ludowych świętach, z pojedynkami na sztachety, widły oraz lekkie działa samobieżne z wyrzutniami rakiet typu ziemia – ziemia. W wieku był dojrzałym i zdolnym do wszystkiego. Konstrukcję ciała miał eklektyczną, mogącą budzić zachwyt i pożądanie niewiast spoglądających na świat łagodnym, aksamitnym spojrzeniem, tak szczególnym u białogłów z silną krótkowzrocznością i zaawansowanym niedowidzeniem. Fizjonomią odznaczał się gotycką, raczej wybujałego francuskiego gotyku okresu pełnego średniowiecza, pełną krost, wrzodów pokiłowych i narośli, nogi zaś miał romańskie, pałąkowate, niczym łuki, tworzące sklepienia kolebkowe zacnych świątyń i zamczysk środkowej Anglii. Jego korpus należał już do pysznego baroku, co mógłby potwierdzić każdy historyk sztuki, albo weterynarz z uprawnieniami masarskimi – rozbuchany i nieoczekiwany w swoich fałdach i wybrzuszeniach, zaskakiwał wszystkich i wszystkie, którym przyszło go oglądać. Tylko dłonie miał zwyczajne, jak u miejscowych, zaniedbane, z gdzie niegdzie zarysowaną lekko emalią paznokcia – znać było, że od długich dwudziestu czterech godzin nie miał zrobionego fachowego manicure.
Jęknął raz jeszcze, ale dało się słyszeć niewyraźną prośbę o napój.
Podano mu czym prędzej jajowatą butlę koniaku, a kiedy opróżnij już ją całą, otarł usta rękawem podartej koszuli, uniósł się na łokciu i rozejrzał dość bystro dookoła.
– Bracia! – jęknął.
Sióstr nie obaczywszy, jęknął ponownie – Bracia moi, najmilejsi! Azaliż, to wyście wydobyli mnie z owej przepaści? Z owej eschatologicznej bryndzy? Z owego niebytu, znaczonego płazami pańskich uderzeń? Jakem nisko upadł! Jakiż jest żałosny finał mej doczesnej egzystencji!
– Na któremżeś padł dołku, swawolniku? – zapytał Mateusz.
— Na dziesiątym, jenom ledwo dotarł do jedenastego – nieszczęśnik zwlókł się z ławy i ciężko zasiadł za stołem – krwią własną i plwociną okupuję swoją lekkomyślność i grzeszną chuć posiadania. Niechaj będą przeklęte wszelkie ścieżki, które nie wiodą do Pana!
– Amen – rzekli zgodnie wszyscy obecni.
– A jak to się stało? – zapytał ślusarz Felicjan – Cóżeś uczynił, że zły pan, ciągał cię na golfa, a tyś nosił za nim kije jego?
– A ku lepszemu serce się rwało – stęknął nieznajomy zdrowo pociągnąwszy z kolejnej, owalnej flaszy – w dupem wchodził jaśnie panu, coby mieć lepszą robotę. Nawet zastępcą pisarza, albo i stangretem osobistym mogłem zostać, jako mi obiecywał. Ale, jak powiadają zacni ludzie: kto z możnymi się kuma, temu w domu dżuma. Poniewczasie zrozumiałem ową mądrość naszych domniemanych dziadów i niepewnych ojców. Spotkania na golfie. Kijów noszenie. Podkładanie się jaśnie panu, by przypadkiem nie być górą – to moja, prawdziwa nędza moralna. I oto, co mnie spotkało. Hańba i potępienie wieczne. Rozpacz i zgryzota. Kawior, tartinki, szampan i sprośne dzieweczki, wodzące oczami po wypukłościach mego pugilaresu. Powiadam wam, Kusy czyha za każdym węgłem, w studni siedzi każdej i w każdej windzie hotelowej. Pałacowe życie nie dla biedaków.
Tu, nieznajomy zamilkł i siadł na stole z pewnym trudem.
– Dalibyście jeszcze co łyknąć, jakiego przaśnego naszego trunku, co go tylko nasze, wieśniacze, gardła zdolne przyjąć.
Wnet podano mu dzban Chablis z 1958 roku.
Pił dugo i chciwie, nieledwie krztusząc się ludowym, prostym napitkiem, a kiedy już się nasycił, otarł usta i zlazł ze stołu. Siadł pomiędzy Mateuszem a Antkiem i popatrzył z wdzięcznością na swoich wybawicieli.
– Opowiem ja wam o sprawie, o której w moich stronach, za borem bukowym , gdzie żubr i żubrówka jeno ścieżki znają, za mokradłami pełnymi węży w kieszeni i komorników, za cementownią wyniosłą, i za rzeką szeroką na półtora łokcia – głośno teraz. Ale nikt pary, ani fula, z ust tam nie puszcza, bo to niebezpiecznie tak licho kusić, zapraszać Złego w gościnę swoją gębą niewyparzoną i nieopatrznym słowem.
– Prawda – pokiwali głowami i potwierdzili nierównym chórem obecni w karczmie – Niech cię święty Pederastion pobłogosławi, za mądre słowa.
– Oby cię nie bolało przy obrzezywaniu, zanadto – dodał od siebie Frycek, któremu niezręcznie było powoływać się na świętego, z którym nie miał dobrych relacji – Obyś dobrą macę wymacał, cny gościu.
– Owóż – ciągnął dalej nieznajomy, pochyliwszy się lekko, a dzban trzymając za ucho, jak konia za uzdę, albo niewiastę prowadzoną na targ – Owóż powiadają, że dziwne rzeczy dziać się poczęły, odkąd nowy rynek powstał w miasteczku. Jakoż, że drugi rynek utworzono, w takiej małej mieścinie, co to ją w dwie pełne klepsydry aeroplanem oblecisz, nazwano go Rynkiem Równoległym. Ale od samego początku jakoweś fatum wisiało nad tym placem. A to gnojowicą czuć było, chociaż okoliczni się zaklinali a nawet bezokoliczniki przysięgały się, że to nie ich, że to nie oni.. A to o północnej godzinie głos puszczyków się rozlegał śpiewający piosenki Franka Sinatry a capella. A to znowu wyroiły się stada mszyc żarłocznych, lesbijek, liberałów, anarchistów i archiwistów, których nawet święte egzorcyzmy odprawiane przez jaśnie oświeconego margrabiego, w asyście kilku biskupów, nie przepędziły. Później pojawiła się plaga nowa. Kto na rynek poszedł i przypatrzywszy się straganom z bliska, zakupów nie czyniąc, obszedł go dwa razy, ten jadem pluł na władzę jaśnie pana margrabiego i jego biskupów, niepomny kary dybów, kolokwiów, cierpięgi, nałożnic, zausznic i innych katowskich wynalazków. Jakby sam Luciferus miał za siedzisko to miejsce. Najgorsze miało się jednak dopiero zdarzyć. Przyjechali w czas pożniwny igrce, sztuki wyprawiać, takie jak to w ich zwyczaju: defenestracje, łamanie kołem, na rurze i dyszlu taniec, zespołowe defloracje udatne, śpiewy cienkie, żarty grube, fikuśne interpelacje ze spaśnymi dziewkami, ku uciesze publiki oraz wiele innych sztuczek, które duszę radują, a do śmiechu pobudzają. Mieli też rzekomo, niedźwiedzia szkolonego, ale go nie pokazywali, bo ciągle był zajęty. Obóz swój rozbili na samym placu, mimo, że ostrzegało ich wielu. Pierwszego dnia, jakby urok został zdjęty. Nic. Na drugi dzień, cisza. Tylko igrce swoje występy i występki dawali, grosiwo brzęczące zbierali i do kiesy chowali. Na trzeci dzień, pod wieczór, niebo poczerniało, jak pan młody pobity przez teścia i zaczęło grzmieć gdzieś tam, w chmurzyskach, na samej górze. Z początku jęło tylko popierdywać i lekko błyskać, potem to już takie grzmoty szły, że strach padł na wszystkich przekupniów, emisariuszy i akcjonariuszy. Błyskawice darły niebiosa, niby jurny księgowy bieliznę na swej kochance w czasie przerwy obiadowej. Trzęsawka niepohamowana i dygotki poszły na miasto i okolicę. Błyskawice strzelały, kobiety mdlały i jęczały albo się modliły, w zależności od towarzystwa, w którym przebywały i z kim dzieliły łoże. Na zewnątrz lało, zacinało i spłukiwało ziemię, jakby była nie wiadomo jak brudna. Powiadają, że tej nocy, jaśnie oświecony margrabia spoglądał w niebo przez mosiężną lunetę z wielkiego okna swego wyniosłego zamczyska.
Co tam ujrzał, tego nie wiem, ale odwrócił się ponoć nagle cały blady i rzekł do towarzyszących mu purpuratów – Oooo! Kuuuuurwa mać!!! Kurwa! Kurwa! Kurwa! Mać!
Ich ekscelencje, także pono długo patrzyły w niebo przez silne szkła fortecznej lunety i zakrzyknęły z gregoriańskim zaśpiewem – O, holy shit!!! Madonna forever!
Mówią też, że natychmiast zeszli krętymi schodami do Tajnej Kancelarii obok jadłodajni dla bezdomnych i tam długo radzili. Nad czym? Tego nie wiem i pewnie nikt, oprócz nich samych, też nie wie.
A nazajutrz dzień wstał piękny po tej straszliwej burzy, jakby nic się nie wydarzyło. Trochę kałuż zostało, nieco złamanych gałęzi i serc, parę kop przechodniów porażonych przez pioruny albo przez alkohol metylowy, nieco dachówek zerwanych – tyle co nic. Tylko igrców już nie było, nawet ślady kół wozów deszcz zmył do czysta, wydawało się, że nigdy ich nie było. A może i nie było? Niektórzy nawet tak twierdzą. Ja nie wiem. Nic tam, nie koniec to ponurej opowieści.
Kiedy już wszyscy prawie zapomnieli o burzowej nocy, bo przecie niemało takich w roku, zaczęło się na dobre. Najpierw, po bitym tygodniu, w samo południe na Równoległym Rynku pojawiła się gromada obszarpańców. Suknie na nich poszarpane, wzrok dziki, pantalony w strzępach, aż im indeksy spadały na kostki. Trudno było w nich rozpoznać statecznych kupców, którymi byli w istocie. Dobytek ich cały, to porwane odzienie, dziurawe sakwy ze śladami długich cięć i w poszarpań, sińce pod oczami malowane strachem i niewyspaniem, a w oczach – pustka, przerażenie i obłęd. Znać – postradali zmysły na amen. Litościwi mieszkańcy przybyli co rychlej, aby zobaczyć taki obraz recesji, nędzy i upadku. Dobrzy ludzie otoczyli kołem przybyszy, a ujrzawszy nieboraków niespełna rozumu – obrali ich z aktywów ledwo dychających, pasywów w pasach pochowanych, dublonów zdublowanych, a nawet i co luźniej przymocowanych odstających części ciała. Znaleziono takoż zapiski na kieszonkowej stelli, która gdzieś tam, we pludrach, czy w ineksprymablach, jednemu z nich się uchowała.
Nieszczęśni zostali przewiezieni wozem straży ogniowej pod nadzorem stu zbrojnych ministrantów i trabantów do margrabiowskiego Szpitala imienia świętej Eutanazji, gdzie, jak gadają, władzy umysłowej nie odzyskawszy, żywotów swoich dokonują, odziani w worki pokutne i leczeni, bez skutku, muzyką Aborygenów oraz nalewkami z kauzyperdy.
Widać było od razu, że jaśnie oświecony margrabia oraz jego biskupi wiedzą coś więcej, ale tego wyznać nie chcą, a więcej – zataić byliby radzi także i to, co było tego nieznanego czegoś konsekwencją.
Dla niepoznaki konsekrowano jedenaście kaplic i dwie katedry oraz otworzono bufet dla koni karych oraz magistrów nauk społecznych. Nie bardzo się udało, bo wypadki przyspieszały, jak jeże w rui, a co więcej – tajemnica zapisków na stelli obłąkanego kupca wyszła na jaw, za sprawą procarza- alkoholika z margrabiowskiej gwardii, który wykradł przepisany tekst i uczciwie przepił w szynku na przedmieściach. Chcesz poznać wieści najświeższe – idź do gospody.
Tak się też stało. Zapiski poszły w miasto przepisywane i rozczytywane powszechnie, mimo surowych zakazów, uniwersalnych uniwersałów uniwersyteckich, rzucanych klątw kościelnych na nieposłusznych oraz mięsem, rzucania konfetti i golonek po bawarsku z wieży zamku jaśnie oświeconego margrabiego na miasto – niepokój przerodził się szybko w przerażenie i panikę. Mam nawet chyba przy sobie odpis ręcznie zręczny.
Tutaj nieznajomy odratowaniec sięgnął do pludrów i wyjął z nich wymiętolony zwitek dobrze wyprawionej skóry bandika świnionogiego. Rozwinął go na stole i ukazał się tekst zapisany gęstą, przysadzistą szwabachą. Wszyscy usiedli w bliskości, nawet Frycek zajęty nawijaniem słodkich glizd na patyki, porzucił swoją pracę i oparty łokciami o blat szynkwasu czekał, co będzie dalej. Odratowaniec popił ze dzbana, założył pince-nez w złotej oprawie z łowickim kutasem i zaczął czytać.

Opublikowano Epizod VII. Wezuwiusz krzywdy (cz.2), Uwagi wstępne. | Możliwość komentowania Epizod VII. Wezuwiusz krzywdy (cz.2.) została wyłączona

Epizod VII. Wezuwiusz krzywdy (cz.1)

Rozmowy karczemne! Mizeria niskiego stanu! Okrutny dziedzic! Pobity na polu!

Dwa długie miesiące przeszły od dantejskiej uczty w Przeniewierowie, ale pamięć była żywa o owych wydarzeniach, wciąż krążąc po okolicy, jak akwizytorzy proszku do prania i sutenerzy, nabierając mocy ciemnej legendy – tajemniczej a złowieszczej. Dawno wypłowiały trawy w ogrodach i sejmowe fotele w stolicy. Lebioda i pokrzywy nie wabiły już oczu swym egzotycznym pięknem, ekskluzywnej rozkoszy wizualnej, lecz zakończywszy swój roślinny byt jako przaśna zupa ubogich wieśniaków i wegetarian, zostały strawione i wydalone, w ten albo inny sposób. Pożółkły liście na olchach, platanowcach i na lipach, niby zęby nałogowych palaczy tytoniu. Coraz częściej poranne łąki pokrywały się brylantyną zimnej rosy, a mgły przychodzące wraz ze świtem, przypominały każdemu o niechybnym końcu doczesności, jakim jest delirium tremens. Czerwieniały buki, jarzębiny i pyski pieniaczy, tokowały jesiotry w stawie, wypadały włosy molestowanym ministrantom, a jesiennej elegii przygrywały mokre deszcze, pokrywając lśniącą warstwą nędzne obejścia wieśniaków, ich ogrody, garaże, baseny i jachty.
Kilkanaście wiorst od Przeniewierowa, w niewielkiej, krzemowej dolince, wśród zieleni i wedle ponurych ruin siedziby partii narodowo-ludowej, przycupnęła przysadzista konstrukcja krytej strzechą, starodawnej karczmy.
O! Miejsce święte ludu naszego!
Dolo i niedolo! Boginki nędznego losu krajowego ludu! Jakżeście często w gościnie za wysuniętymi progami owego domostwa, które, jak żadne inne – zasługuje na miano domu publicznego! Ileście to już razy , wy – bielone wapnem ściany – wysłuchiwały żałosnych skarg i biadań uciskanego ludu! Tylko ławy, proste zydle oraz karczmarz, starozakonny Frycek Nicze, trzymający gospodę w arendzie, znali wszystkie opowieści żałosne a przeraźliwe, spracowanych przybyszów, którzy znużywszy się w karczmie, wychodzili jeszcze bardziej sponiewierani, zostawiwszy w jej wnętrzu swoje żale i bezsilność oraz mizerną zawartość sakiewek, a niekiedy, gdy grosiwa przybrakło, swoje rolexy, a także żony i córki, zalewające się łzami oraz koktajlami z Martini i z Campari. Ileż to łez nieszczęsnych już upuszczono w siermiężne koktajle Ritz Sidecar , w którym z miesiąca na miesiąc mniej było koniaku z rezerw paryskiego Ritz’a. Aż łza się kręciła w oku poczciwemu karczmarzowi, że białogłowy zadowalać się musiały trunkiem z 1865 roku. Ale co zrobić! Czasy ponure, biedą podszyte, zmuszały je do łykania starzyzny i zagryzania cypryjskimi oliwkami, kiedy miejscowych już nie stało.
Takoż, w ponure, zacinane pluskawicą, wrześniowe popołudnie, kilku wieśniaków siedziało w wyżartym przez biedę wnętrzu, na wytartych ławach, przy zachlapanych kawiorem i „Malibu” prostych dębowych stołach, zapijając zły los kwaśnym piwskiem z drewnianych kufli i kiwając się bez słowa w przedziwnym otępieniu, właściwym zdesperowanym biedakom i politykom. Przygrywał im podpity grajek, który siadłszy opodal zimnego pieca, wygrywał fałszywie na gajdach, na przemian, smętne melodie mazowieckie i maoryskie. Rzewne to były dźwięki, pełne tęsknicy siwego nieba w chmurach, splatających się akordów, jak przaśne akanty, przetykane nicią boleści, snującą się prosto z serca i wątroby nieszczęśników, dla których nie ma już nadziei oraz dobrych lokat inwestycyjnych, gwarantujących godziwe zyski.
Oj doloż, nasza dolo – zanucił, wyrwawszy się z ponurych rozmyślań jeden z chłopów.
– A dajcież nam gospodarzu Szafirowe Martini . Abo dwa nawet, bo na trzeci musieliby my czeki wypisywać, a ręka stara, schorowana, spracowana przez lata tyrania za Bóg zapłać. Nie poradzimy wypisać. O! Nawet i książeczka czekowa od krwawego potu harówki mi zamiękła, albo od Old Spice’a . Wszystko jedno.
– Oj! Tak, tak! – zaskowyczał z jakimś bolesnym zaśpiewem jego towarzysz wylewając resztę piwa pod stół, jak to było w zwyczaju tutejszym – Wypijem jeszcze. Zaśpiewamy jakowąś piosneczkę na osłodę nędzy przebrzydłej. A dajcież i onego kawioru z bieługi, co go wasze psy wczoraj jeść nie chciały. Nam wszystko jedno. My, psy, to i po sobakach możem pojadać.
– Dostaniecie. Dostaniecie, kochane chłopy – rzekł dobroduszny Frycek – A psy nie jadły, bo im nie dałem otwieracza do puszek. Zaoszczędziłem na własnych psach, byście wy, nieboracy, nie pomarli z głodu tymczasem.
– Dobry z was człowiek, gospodarzu, chociaż nie z naszej parafii i parafiny – zgodnie pokiwali głowami wieśniacy.
Ich nędzne, robocze garnitury od Armani’ego, były nieświeże. Nieszczęśni, rozpięli brudne i zapocone kołnierzyki jedwabnych koszul, niegdyś białych, jak puszyste śniegi na brzegach Mekongu w czasie powodzi. Zdjęli swoje czerwone krawaty i ukradkiem, ze wstydem w oczach, upychali je po kieszeniach, jako znak hańby i upodlenia ludzkiego gatunku, jakiego na znają ludzie żyjący w dostatku i zgodnie z prawami natury, w favelach Rio de Janeiro albo Gliwic. Zły, godzien boskiej, karzącej ręki, pan dziedzic, czyniąc ze swych poddanych niewolnicze stado, za nic miał godność człowieczą i nieśmiertelną ludzką duszę, która tkwi przecie nawet w kandydatach na posłów do parlamentu, znakował swych poddanych, jak bydło, rozkazując im ubierać się na co dzień w wymyślone przez się cudaczne stroje, w stanie szczytowego bestialstwa, jakim mógłby się pieczętować niejeden bohater Nowej Justyny lub sadomasochistycznych komiksów mongolskich autorów, faworytów Batu Chana. Śmiał się przy tym okrutnie, karząc wystawiać na ganek dworu stół obficie zastawiany kaszankami i serwolatkami, z wielką flachą odbarwionego spirytusu denaturowanego i tam, żrąc oraz tęgo popijając, kazał paradować, zbrukanym niewolnikom w kółko, dodając, niby to dobrodusznie, nowy element upodlającego stroju, albo jakiś dodatek. Sekretarz i sekretera, stojący z boku, służalczo zapisywali paranoiczne dyspozycje chlebodawcy, a ich serwilizm szedł o lepsze z wysokim poziomem zepsucia moralnego oraz zarobków.
– Może jeszcze małe platynowe spineczki do mankiecików, co? – krztusił się i rechotał zwyrodnialec w lubieżnym samozadowoleniu – Albo dodamy jeszcze jakiś paseczek od Gucci’ego? Hę?! Nuże chamy, paradować przed swoim panem! Moi ludzie muszą budzić zaufanie, wy zasrane durnie! Paradować! Paradować dalej!
Bywało, że nieborak o litość prosił, występując z obłąkańczego koła, padał przed okrutnikiem na kolana, skamląc o zmiłowanie.
Wówczas grzmiały słowa ostre i gwałtowne, jak ruchy szachisty, kiedy wykonuje akrobatyczną roszadę – Wybatożyć mi to ścierwo natychmiast! Odebrać laptopa i służbową komórkę! Wyrzucić z nory w apartamentowcu! Zablokować gnojowi wszystkie konta bezterminowo! W kuny! W dyby! A potem na rok, na placówkę do Sahary Zachodniej wysłać tego gnojożłopa!
Nie było zmiłowania! Nie było litości!
Na nic delegacje wiejskich matek i różańcowych. Na nic płacz dziatek, dziewic, sprowadzanych specjalnie na tę okazje z dalekich stron oraz tabunów okolicznych prostytutek przydrożnych, które traciły bezpowrotnie stałego klienta – pan był nieprzebłagany, jakby sycąc się jeszcze swoją władzą, stawał się bezwzględniejszy i całkiem głuchy na wszelkie prośby.
Tak to przyszło żyć owym nieborakom, pod kańczugiem dyspozycyjności, w jarzmie priorytetowych zadań i w okrutnym maneżu planów krótko oraz średnioterminowych pańskiego folwarku.
Pili więc tymczasem, biedni chłopi, drugi, niebieski, niby majowe niebo, napitek, zwany szumnie, szafirowym i milcząc pogrążali się w czarnych myślach.
Milczał także Frycek Nicze, czyszcząc niewielką kartaczownicę, bo czasy niespokojne, a kuny, wilcy i liberałowie rozmnożyli się niespotykanie onego roku, nie mówiąc już o ekologach i pacyfistach, którzy byli od wieków istnym utrapieniem tych okolic.
Zamilkł także grajek majstrujący przy swoim instrumencie.
Nagle hałas jakowyś podniósł się na brukowanym podwórcu gospody.
Słychać było tupot ciężkich butów i sapiące, złowróżbnie oddechy.
Ktoś gromko załomotał do odrzwi kułakiem, czego kułak nie przeżył.
– O Jahwe! – jęknął Frycek – Znowu urząd skarbowy!
– Przebóg! – jęknęli chórem dwaj wieśniacy znad kielichów – Biada i bieda nam, bracia!
– Kurwa mać ! – dodał grajek – Zabiorą mi moje gajdy!
Drzwi się rozwarły na oścież i wparowały dwie postacie, ale nie byli to bezwzględni ekonomowie i ekonomiści, ani nawet zwykli, dziedzicowi siepacze ze spisami, jeno ślusarz Felicjan i miejscowy kowal Mateusz.
Stanęli w progu, omiatając izbę przekrwionymi z wielkiego wysiłku oczami i długo dyszeli.
Ich poszarzałe sukmany zwisały na nich, jak wszystko inne, tylko włosy mieli nastroszone srogo. Swoje czapki z indyczej wełny mięli nerwowo w zgrubiałych od ciężkiej pracy i nałogowej masturbacji, dłoniach.
Wszyscy w milczeniu cierpliwie czekali, co będzie dalej.
Nawet kukułka wyszła ze swojej, zegarowej budki na ścianie, zerkając malowanymi ślepkami.
– Wystarczy, moi dobrzy ludzie – rzeczowo zauważył karczmarz, odstawiając pod ścianę kartaczownicę – Przejdźcie do rzeczy, bo ewentualny Czytelnik się wkurwi na amen.
Ciszę oczekiwania przerwał wreszcie kowal Mateusz.
– Ano…Ano, jakiś pobity, abo i nieżywy, na polu leży! – wykrztusił z trudem.
– Przy jedenastym dołku! Jak mi Bóg miły! – wykrzykiwał z zgrozą Felicjan – Leży, jak nieżywy! Jakeśmy go zobaczyli, to od razu tu, w te pędy, żeśmy przybiegli, co by nie było na nas, że my jego…
Wieśniacy siedzący na ławie ciężko się podnieśli i otrzepali z resztek kawioru swoje siermiężne marynarki.
– Trza iść zobaczyć, może dycha jeszcze – rzekł ten wyższy – ruszaj dupsko, Antek.
I skierowali się ku wyjściu.
Za nimi poczłapał kowal i ślusarz.
Rychło cała czwórka zniknęła na krzewami przy gościńcu, wiodącym na gminne pole golfowe.
Grajek tymczasem przezornie udawał, że śpi, a karczmarz zabrał się za przeglądanie stron finansowych „Głosu Błot Poleskich”, obliczając w myślach przyszłe zyski z akcji fabryki ciupag i różańców w Irkucku, która zaczęła odbijać się od dna po otrzymaniu rządowego zamówienia na trzydzieści osiem milionów różańców złożonego niedawno przez Generalną Dyrekcję Skarbu i Ostatnich Posług. Jego pejsy kręciły się figlarnie niby tancerki w lupanarze i błyszczały miedzianym połyskiem, co było w jednakowym stopniu zasługą genów, jak i poniechanych ablucji. Zapadła cisza, przerywana jeno rzężeniem zarzynanych w obórce świstaków, szykowanych na plebejski gulasz przez Isztar, żonę poczciwego arendarza oraz dobiegającymi zewsząd z okolicznych majątków odgłosami wymierzanych chłopom, siarczystych policzków przez ekonomów oraz własne połowice.

Opublikowano Epizod VII. Wezuwiusz krzywdy (cz.1) | Możliwość komentowania Epizod VII. Wezuwiusz krzywdy (cz.1) została wyłączona

Epizod VI. Leguminy rozwiązłości (cz.2.)

Hrabia znika. Danie gargantuiczne! Robótki ręczne możnych! Niestrawny napitek!

Orkiestra ruszyła z siarczystym „Stabat Mater Doloroso” Szymanowskiego i natychmiast wszystkim udzieliła się powszechna wesołość oraz ochota do tańcowania. Hrabia pełniąc obowiązki gospodarza, poprowadził pierwszy taniec, wykonując przy tym skomplikowane pas de deux, czym wzbudził niekłamany podziw zgromadzonych. Lecz na pąsowych ustach Hrabiny gościł niezmienny wyraz bezmiernego znużenia, a jej amarantowy wzrok wędrował, jak żyroskop, za postacią Barona, stojącego w tymczasem w kącie sali i zaglądającego w swoje pludry, bo mu tam wpadł cekin.
Otóż nie! Nie wszystko jeszcze! Kiedy szlachetni goście pląsali przy skocznej muzyce twórcy „Harnasi” i miłośniku wielu innych chłopców, na stoły wjechały starodawne półmiski porcelitowe z wytłaczanymi kunsztownie literami „GS – Samopomoc Chłopska”. W nich kłębiła się nieprzejrzyście, krwistoczerwona masa, wydzielająca specyficzny aromat sandałów rzymskich legionistów po stukilometrowym marszu przez mroczne lasy Germanii, przemieszanym z wonią dojrzewającego pobojowiska w Asturii trzy dni po pogromie Saracenów podczas upalnego lata. Tylko prawdziwy znawca mógł docenić wyjątkowość oraz ekskluzywność potrawy ” Le communisme russe”, a potocznie nazywanej „bolszewią wielkorosyjską”. Zamówiono ją w najlepszej restauracji petersburskiej, specjalizującej się właśnie w sporządzaniu owego dania. Ową sławną jadłodajnię prowadziła firma „Uljanow”, zarządzana przez niemniej sławną spółkę oberkuchmeistrów, wywodzącą się z legendarnej szkoły restauratorów kurylskich i buriackich: „Dżugaszwili Bronstein i synowie Partii”. Sprowadzono ten delikates, w specjalnie zalutowanych ołowianych skrzyniach, pancernikiem „Potiomkin”, a następnie, drogą lądową, szerokotorowym składem wojskowym z pełną obsadą artyleryjską, już przed miesiącem. Mawiano, że im danie jest starsze, tym bardziej esensjonalne i wyraziste. Jego cechą szczególną była również wyjątkowa ciężkostrawność, wysoka toksyczność i zjadliwość, powodująca gwałtowne eruktacje oraz ostrą biegunkę, o tak szczególnie uporczywym przebiegu, że męczarnie spożywającego rychło przechodziły w niekończący się stan wadzwyczajnego orgazmu, zbliżony do zażywających heroinę lub LSD. Owa, słowiańskiej proweniencji, swoista ryba Fugu, była daniem równie nieskomplikowanym, jeśli chodzi o składniki, co trudnym w przyrządzaniu. Tylko prawdziwi rycerze kuchni podejmowali wyzwanie recepturze starych klasyków patelni i gwiazdy – Marksa i Engelsa.
I oto taki specjał pojawił się na pańskim stole.
Kiedy muzyka się urwała goście stanęli oniemieli z zachwytu.
– Toż to państwo Przeniewiercy się pokazali!
– Oto prawdziwi gospodarze!
– Jaki gest wielkopański i sarmacki!
– Warto nam było przybyć na tak zacne zgromadzenie!
Odezwały się liczne głosy wchodzące w kakofonię z okrzykami i piętrowymi przekleństwami dobiegającymi z podestu dla orkiestry, gdzie kilku barczystych skrzypków biło się na noże, smyczki i halabardy, wyrównując stare porachunki z ostatniego koncertu w Czeczenii albo w Supraślu.
Wierny Walery wsparty przez Nataszę i batalion fizylierów baskijskich, rychło zaprowadzili ład wśród nazbyt krewkich wirtuozów.
Goście ponownie z ochotą zasiedli na swoich miejscach. Rozmowy toczone z ożywieniem, wzbijały się na niespotykane wyżyny intelektualizmu, nepotyzmu i sodomii. Niektórzy przyglądali się wazonom, gdzie pyszniły się własnoręcznie przez hrabinę wykonane defloracje z róż i różyczki. Przepyszne girlandy fluksji wiły się spiralnie niby kod genetyczny rodu Nabuchodonozora. Cudne zwisy i erekcje cieszyły wytrawne oczy pań zamiłowanych w pięknie .
Tymczasem panny Klempa i Łosza Przyjeździeckie, które jako pierwsze odczuły psychodeliczne stany uniesienia, wywołanego wybornymi trunkami i potrawami, jęły recytować po łacinie, duetem swych ciężkich barytonów, ”Maleus Maleficorum” , co reszta towarzystwa przyjęła jako zachętę do szampańskiej zabawy. Stary żartowniś, generał- major Wykręt-Wkrętnicki z fantazją strzelał z kuszy, do co bardziej ospałych muzyków. Mocno podnieceni, prezes Liczman i jego równie rozgrzany kompan, z wypiekami na twarzy opowiadali o niedoścignionym pięknie meksykańskich mułów podczas letniej rui.
Lody, na co tak bardzo liczyła Hrabina Pulcheria, zostały wreszcie przełamane i kwiat narodowej elity oddał się nieskrępowanemu upustowi energii duchowej. Rozmowy wzbijały się na niebotyczne wyżyny intelektualizmu, a takie terminy jak „ neoheglizm”, „umiarkowany solipsyzm” czy „wittgensteinowska koncepcja rzeczywistości” rozbrzmiewały pod starodawnym sklepieniem sali nawykłej do chwil wielkich, dostojnych i historycznych. Permanentnie rosnący poziom dysput i konwersacji inkrustowany był smakowitymi i gromkimi klaśnięciami, gdyż część gości grała już w tym czasie w salonowca, ulubioną, obok zoofilii i golfa, zabawę elit.
Gospodarz, szepnąwszy coś na ucho Waleremu wsunął się pod stół, porzuciwszy dla niepoznaki, swe cudne czako na siedzeniu krzesła. Nie zapomniał jednak o „żołądkowej gorzkiej” której flaszę wsunął za kamizelę. Sam zwinnymi, wężowymi ruchami przemieszczał się dyskretnie ku wyjściu, omijając zręcznie splecione nogi, ręce i nieboraka – wisielca, który szklistym spojrzeniem niewidzących oczu, był nader martwym świadkiem jaśniepańskiej zabawy.
Wreszcie, znalazł się przy końcu sali. Ostrożnie wysunął nad obrus okular małego peryskopu z czasów swej służby we flocie Królestwa Obojga Sycylii i spenetrował optycznie najbliższy pejzaż.
– Dobra nasza – szepnął, widząc fragmenty zaczerwienionych twarzy, rąk, genitaliów i twarzy dam wysoko urodzonych.
Pociągnął spory łyk „żołądkowej gorzkiej” dla kurażu i ruszył na czworakach ku otwartym drzwiom, maskowany skutecznie przez wiernego sługę, który, aby odwrócić uwagę obecnych, chodził na rękach śpiewając sopranem koloraturowym arie Verdiego. Było to działanie o tyle nieskuteczne, że identyczne czynności podjęła już znaczna część zacnych gości. Wyjątek stanowiła Hrabina oraz baron Perwersy, którzy wpłynęli pod wielki stół, gdzie oddali się spoglądaniem sobie w oczy i robótkom ręcznym, które Pulcheria osobiście wykonywała przy niewielkiej pomocy barona.
Miała ona włóczkę niderlandzką przecudnej miękkości i lekkości. Błękitną, jak niebo nad Bukaresztem w listopadzie i żółtą, jak żółtaczka. Była też włóczka turkusowa, przypominająca kiełbasę spożywaną na uczcie, czerwona, jak oczy Hrabiny i czystej bieli, niby bankowe konta Hrabiego. Tamże, delikatnie muskając się swymi arystokratycznymi członkami, wyszywali obraz, który zaczęli już dawno, w trakcie swych namiętnych schadzek.
Przedstawiał on cudne jezioro w lesie, po którym pływały śnieżnobiałe łabędzie. Czerwieniejące słońce zniżało właśnie swój codzienny bieg, by zanurzyć się w niezmąconych najmniejszym powiewem wodnych toniach. Na leśną polanę przy jeziorze wyszły trzy jelenie z dumnym porożem. Podnosząc swoje łby wyrażały zachwyt, a z boku stał krasnal z siwą brodą w towarzystwie zajączka i przyglądali się całej scenie.
– Jeszcze trochę – dyszała Hrabina – Wyszywaj! Wyszywaj! Nie kończ jeszcze. Mam więcej tej włóczki.
– Już. Już. Phoszę, nie dam rhady – szeptał podniecony baron – Chyba zraz skończę.
– To zmieńmy pozycję – jęczała Pulcheria – ja będę robiła króliczka, a ty, najdroższy, pobawisz się łabądkami.
– Już wolę jelenie, kochanie – baron drżącymi palcami ujął nowy kłębek i jął wyszywać obfite poroże leśnych stworzeń.
I gdy tak w najlepsze trwały miłosne igraszki pary kochanków, cała sala zapomniała o bożym świecie, pogrążona w niezmierzonym oceanie zabawy i powszechnej wesołości.
Hrabia tymczasem, nadal na czworakach, przemierzył korytarz, przez nikogo nie niepokojony, wysunął się na zewnątrz starożytnego domostwa i zniknął w nocnych ciemnościach.
Minął czas jakiś, aż nagle potężna detonacja wstrząsnęła murami dworzyszcza Przeniewierskich. Zdało się, że niebiosa obsunęły się na ziemię, potężny wicher załomotał do okien sali balowej.
Wśród gości zapanowało nieopisane zamieszanie.
Wszyscy zamarli i stojąc w trwożnej gromadzie wymieniali przerażone spojrzenia i wydając z siebie piski, szlochy, szlauchy, a niektórzy naśladowali odgłosy ptaków błotnych i tokujących głuszców.
Tylko nieliczni, w tym prezes Telefoniusz Liczman, nie stracili zimnej krwi.
– Chyba szambo wywaliło – zauważył przytomnie – Widziałem już kiedyś coś takiego. Straszne. Było wtedy wiele ofiar.
– Ha! A możet być, że to listowy na rowerze kiche załapał! Ha!? – zasugerował generał Wykręt – Wkrętnicki.
Wszelkie rozważania i przypuszczenia zakończyły się wraz z wejściem na salę Walerego, którą opuścił na pewien czas.
Na ramiona miał zarzuconą srebrzystą pelerynę, a na głowie czarne, jak giełdowe prognozy dla Zimbabwe, sombrero.
Stanął pośrodku sali.
Goście otoczyli go rozszeptanym wianuszkiem, a on, zdjąwszy nakrycie głowy, wzniósł ręce ku górze i straszliwym głosem zakrzyczał.
– Gorze nam! Gorze!
Wśród gości zapanowało niemałe zamieszanie.
– Co on mówi?! Co to kurwa znaczy, „gorze”?! Co on pierdoli?! – dał się słyszeć gwar podnieconych głosów.
Walery gestem prawej ręki uciszył wszystkich.
To znaczy, proszę jaśniepaństwa – przemówił donośnym, lecz już spokojnym tonem – że mój pan, jaśnie pan hrabia Antoniusz Alojzy Przeniewierski przed chwilą eksplodował przy pomocy własnoręcznie sporządzonego ładunku nitrogliceryny, którą spożył w celu autodestrukcji i definitywnego zakończenia doczesnej egzystencji. Jakieś pytania?
Sala milczała, a Hrabina, która właśnie wypełzła spod stołu w towarzystwie barona, zaczęła przeraźliwie szlochać i lamentować.
Zajączek nie wyszedł.

Opublikowano Epizod VI. Leguminy rozwiązłości (cz.2.), Uwagi wstępne. | Możliwość komentowania Epizod VI. Leguminy rozwiązłości (cz.2.) została wyłączona

Epizod VI. Leguminy rozwiązłości (cz.1.)

Wylewy serdeczności! Uczta Baltazara! Lukullusowe wybryki! Kontredans błękitnej krwi! Zagadkowe wydarzenie!

Tymczasem dostojni goście powoli zbliżali się do odrzwi sali jadalnej, pyszniącej się antrykotami i pilastrami z białego i różowego marmuru, ozdobionej licznym dziełami malarskimi najprzedniejszych mistrzów. Oto, „Wenus i Syfilis w gaju oliwnym” pędzla Erectio Zarzaparillo, nieco dalej, na wielkim płótnie zatytułowanym „Defloracja gęsi kapitolińskich”, uwijali się atletyczni Rzymianie w heroicznych zmaganiach . Pośród tych wspaniałości, których nie powstydziłaby się żadna najznamienitsza galeria sztuki i handlowa, wzrok przykuwało mistyczne dzieło Juliana La Mettrie przedstawiające świętego Piotra odającego Świętego Graala do lombardu, pod znamiennym tytułem „Długi Chrystusowe”. Inne malowidła, rzeźby stiuki, intercyzy, złociste kawerny oraz tym podobne wspaniałości rzucały na kolana każdego śmiertelnika, niezależnie od faktu, że miało to zawsze miejsce pod koniec każdego przyjęcia. U powały zwisały żyrandole z antycznego brązu, jaśniejące setkami świec elektrycznych i zbankrutowany wieśniak, który dwie niedziele wstecz targnął swe na swe życie, ale w gorączce przygotowań do przyjęcia, zapomniano go zdjąć zawczasu. Uczyniono to w ostatniej chwili, kiedy zamczyste skrzydła wielkich drzwi rozwarły się na oścież niczym wrota sezamu z dawnych baśni erotomańskich Arabów lub podań zabobonnego ludu z Saskiej Kępy. Goście z wolna wypełniali jadalnię zajmując swoje miejsca wyznaczone odpowiednimi biletami umieszczonymi przy bukiecikach barwnych przekleństw spoczywających na śnieżnobiałych obrusach z tajlandzkiej ceraty.
Ożywienie towarzystwa manifestowało się głośnymi rozmowami znamionującymi podniecenie, krótkim śmiechem i rzucanymi na około spojrzeniami. Hrabia Antoniusz Alojzy ze swoją małżonką po prawicy zasiedli szczytu, długiego dębowego stołu ustawionego w podkowę.
– Jakież to wspaniałości nam przygotowali gospodarze na dzisiejszy wieczór ?
– zastanawiał się w myślach niejeden spośród obecnych – Jaką nową kunsztowną potrawą, podaną , jak zwykle wytwornie i z najwyższą elegancją będziemy mogli zakosztować?
Wierny Walery uderzył mocno w miedziany gong wiszący opodal wejścia i wszelka wrzawa ucichła. Hrabia powstał lekko pomagając, sobie łokciami i uprzejmym gestem ręki poprosił Hrabinę Pulcherię, by to ona zabrała głos na powitanie.Zapadła cisza, tylko ratlerek Klaustrofobii Kluczborskiej głośno ujadał, uchwyciwszy pod stołem nogawkę spodni wisielca, którego tam w pośpiechu wrzucono tuż przed nadejściem wyborowego towarzystwa.
– W imieniu swoim oraz mego męża Antoniusza Alojzego hrabiego Przeniewierskiego witam wszystkich zebranych tu, miłych … – tu głos Hrabiny lekko zadrżał, bowiem dostrzegła zmysłową twarz swego oblubieńca , barona, który akurat grzebał ręką w kieszeni pludrów. – Miłych gości – powtórzyła rumieniąc się wewnętrznie – jakże…jakże ciesząc się z waszej obecności. Zupełnie zapomniawszy, ułożonej zawczasu przemowy, szybko usiadła. Podobnie uczynili pozostali, za wyjątkiem Hrabiego, które lekko przysnął na stojąco . Trącony w bok przez Pulcherię siadł na krzesło, zdążywszy jeszcze podczas szybkiego opadania, uchwycić w locie butlę „żołądkowej gorzkiej” specjalnie tutaj ustawionej dla Hrabiny.
– Zostaw! To moja ! – syknęła arystokratka i szpicem swego eleganckiego, wykonanego ze skóry jesiotra bucika, starała się trafić w kostkę hrabiego Antoniusza. Ten jednak mając w pamięci liczne przeszłe doświadczenia, nogi ułożył na sąsiednim krześle.
– Zacni nasi goście! – Hrabina powiodła jedwabnym wzrokiem po zgromadzonych na Sali znakomitościach – Niechaj ten wieczór zapadnie w waszą pamięć jako grążel złocisty unoszący się i błyszczący w słońcu, na wodach mętnych a plugawych obecnych naszych czasów…Nie dość słów, by opisać mą radość i mego znakomitego małżonka …
Tu Pulcheria rzuciła złowieszcze spojrzenie Hrabiemu, który pochyliwszy się w krześle, ciągnął wprost z butelki „żołądkową gorzką”, dobrze schowany za parawanem nakrytego stołu.
– Który niechybnie także zabierze głos, wypełniając starodawny, wielowiekową tradycją uświęcony, obowiązek gospodarza.
Hrabia wychynął spod stołu, ale flaszę umieścił pomiędzy ściśniętymi kolanami.
Rozejrzawszy się swoim sławnym, jastrzębim wzrokiem, obwieścił.
– Madames et Monsieurs! Do koryta!
Zaczęła się uczta. Trudno opisać wszystkie wspaniałości zastawy, harmonijnie rozłożonej na rozległej przestrzeni stołu. Sztućce błyszczały w rzęsistym świetle szlachetnym plastikiem, a ślady poprzednich przyjęć na papierowych talerzach tworzyły niepowtarzalne, wielobarwne wzory. Na stole pojawiły się garnki i talerz z potrawami, których wygląd i koloryt przyprawiał o dreszcz emocji. Najpierw zafiglowały w rozchylonych, błyszczących opakowaniach, swymi lekkimi płatkami, czipsy o smaku bekonu i bananów, nad którymi unosił się specyficzny i wyrafinowany aromat detergentów oraz niedopranych bandaży z somalijskich leprozoriów.
Te sprowadzone z dalekich Chin przysmaki, kusiły w lśniących torbach kwiecistymi malunkami i napisami wykonanymi z dalekowschodnim kunsztem a zarazem prostotą. Na półmiskach pyszniły się dobrze wyleżakowane kiełbasy zwyczajne w palecie barw, jakiej nie powstydziłby się Tycjan. Zwinięte, piętrząc się kaskadami zwojów, zachęcały mieniącym się przepysznym fioletem, ultramaryną i wszystkimi odcieniami zieleni, jakby las pradawny przybył na szlachetne dworzyszcze, by swą dziką bujnością uwiecznić ucztę. W salaterkach, na rozłożonych płachtach ekskluzywnych tygodników i prawicowych gazet rozpościerała się żyzna wyżyna wymyślnych surówek z brukwi, lebiody, ćwikły, kartoflanych obierzyn i innych warzywnych frykasów, doprawionych nektarem prawdziwej, wiejskiej kiszonki. Na miejscu poczesnym znalazły się tace z chlebem gliniastym, jak ziemia, która go urodziła, bladym jak niebo marcowe i twardym, jak ludzie, którzy ten kraj od wieków zamieszkali. Nie brakło i ryb w kraju morza zimnego, często miotanego sztormami, odzianego w strzępiaste koronki wzburzonych, słonych fal. Podano je w wykwintnych blaszankach o dyskretnie uchylonych wieczkach. Czegóż tam nie było. I błękitek w naturalnym sosie, i byczki w sosie pomidorowym, śledzie w oleju, szprot w zalewie, mintaj w tomacie, a nade wszystko flaczki z kalmarów w sosie, którego smak i aromat przywoływał na myśl ciemną wodę z dna ładowni wysłużonych, oceanicznych frachtowców. W owym urodzaju
wszelakiego dobra, godnych uczt lukullusowych smakołyków, wybijała się swą dyskretną urodą, pokrajana na apetyczne plastry serwolatka i salcesony z najlepszych roczników, co znamionowała leciutka mgiełka szlachetnej pleśni na wędlinach. Nie brakło też napojów godnych strawy.
Najwykwintniejsze wina zagraniczne i rodzime tworzyły nieprzebrany tłum rozmaitych flaszek. W surowych, ciemnych butlach oczekiwała wyborna, radziecka „Czerniła” zrodzona w dalekich, kołchozowych cysternach
pełnych niezbadanej zawartości. Siarkowane wyborne „Harnasie”, „Mocne Tury”, „Leliwy”, „Arizony”, „Kordiały Specjalne”, „Lanckorony” i inne mocne gatunki najprzedniejszych win ojczystych, barwną gromadą zapraszały do biesiady. Obok stały dumnie lżejsze, szklane oddziały. „Cza Cza”, „Czar Okęcia”, „Granat”,
„Liwa”, „Karioka”, najpierwszej świeżości, jeszcze ze szlachetnym, mętnym osadem na dnie. Do sali wtoczono także, przy powszechnym aplauzie, „Beczułki Babuni” i ustawiono w kącie sali obok aluminiowych tac z plastikowymi kubkami.

Opublikowano Epizod VI. Leguminy rozwiązłości (cz.1.) | Możliwość komentowania Epizod VI. Leguminy rozwiązłości (cz.1.) została wyłączona

Epizod V. Awangarda krwi błękitnej

Wieczór dystyngowany! Rozpusta i wyuzdanie pod maską bon ton’u! Zagadkowe wydarzenia! Przekleństwo Przeniewierskich!

Hrabina tymczasem pilnie nasłuchiwała odgłosów z zewnątrz, lecz poza charakterystycznym tokowaniem głuszców, odgłosami godowymi łosi i leszczy oraz porykiwaniem gajowego Saloda, który po pijanemu wszedł w jałowiec. Póki co, nie było słychać charakterystycznego stukotu kół powozów zajeżdżających na pałacowy podjazd. Na ile potrafiła, Hrabina Pulcheria, stała nieruchomo przy oknie, bawiąc się perłami i małżowinami wszytymi na swą wspaniałą suknię.
Wreszcie, jakiś ruch się zaczął u wylotu drogi wiodącej wśród starodawnych drzew do siedziby Przeniewierskich.
Jakby umówione na tą szczególną chwilę, zaczęły się pojawiać lśniące czernią lakieru eleganckie powozy, karawany, automobile a nawet, lokomobile.
Z gestem wielkopańskim, elita narodowa kierowała się, krwią szlachetną dyktowanym instynktem, ku miejscu historycznemu i sławnemu, jakby duchy wielkich władców, którzy przecie mogli tu być, wskazywały drogę. Hrabina odruchowo napiła się „żołądkowej gorzkiej”, a Hrabia oczekujący piętro wyżej, zwymiotował na barwne ilustracje otwartych „Ptaków Ameryki” John’a James’a Audubon’a. Rozbawił go ten fakt poprzez intelektualne skojarzenie, niedostępne zwykłym śmiertelnikom i zanosząc się, między innymi od śmiechu, podszedł do lustra
– Nooo! – rzekł sam do siebie przejrzawszy się w kryształowym zwierciadle. – Otom jest gotów iść na wyzwanie przeznaczeniu.
Strój był wyborny, staranny i dystyngowany. Hrabia prezentował się okazale, czako było aż nadto widoczne, spodnie dobrze opięte, a agażanty okrywały dyskretnie wąskie arystokratyczne dłonie. W szczególnych okolicznościach, a te takimi były, Hrabia okazywał niezwykłą, niemalże pedantycznie perfekcyjną staranność w doborze stroju i odpowiednich do niego dodatków. W oczach Hrabiego Antoniusza Alojzego płonął ogień, podsycony jeszcze na progu szklaneczką spirytusu.
Naprzód! – wydał dziarską komendę, przekroczył próg i wyszedł z biblioteki.
W holu zastał oczekującą na niego Hrabinę Pulcherię w towarzystwie Nataszki. Walery stał u drzwi wraz z dwiema pokojówkami, a orkiestra symfoniczna sprowadzona specjalnie z Sankt Petersburga, stroiła instrumenty, słychać było charakterystyczną kakofonię dźwięków, szczęk przeładowywanych kałasznikowów, uzupełnianych pośpiesznie magazynków i szelest kart partytur. Państwo wyszli na ganek, a za nimi ustawiły się pokojówki niższej rangi, kilka bezdomnych kurtyzan i wierzycieli, paru rosłych parobków w stringach oraz dwóch czarnoskórych, nubijskich niewolników z wachlarzami z piór ptaka moa. Orkiestra zagrała tusz – piątą symfonię Mahlera, kiedy pierwsze pojazdy zatrzymywały się na onyksowych płytach podjazdu i zaczęli z nich wychodzić zaproszeni goście.
– Pan Senator Miron Kiłowienko bez małżonki – anonsował Walery za pomocą mosiężnej tuby. – Zdecydowanie woli chłopców… Silne skłonności
do hipochondrii i hipokryzji…Maść biała…Czterokrotnie wygrywał wybory w tym Wielką Pardubicką trzykrotnie…Obecnie senator piątej kadencji Najjaśniejszej Republiki…
– Witamy panie senatorze – Hrabina podała smukłą dłoń mężowi stanu – To prawdziwy dla nas zaszczyt gościć tak znakomitą osobistość…
Och, Pani Hrabina jak zwykle aż nadto łaskawa dla skromnego sługi narodu – senator zgiął swój długi tułów zbliżając szczoteczkę ryżych wąsów do urękawicznionej ręki Hrabiny – doprawdy, nadmiar łaskawości…
– Nie pierdol, tylko właź, bo inni czekają w kolejce – przywitał Kiłowienkę Hrabia – Masz być dzisiaj grzeczny i nie dobierać się do stajennych, jak ostatnio. No!
Nubijczyk poprowadził gościa w głąb holu, a tymczasem Państwo witali już, przybyłe luksusową lokomobilą, Panny, Klempę i Łoszę Przyjeździeckie. Hrabia na ich widok splunął a Hrabina lekko się odsunęła.
– Bez komentarzy, Walery – uprzedził sługę Hrabia – Wszyscy je dobrze znają! Nadawaj następnych!
Panny Przyjeździeckie były oczarowane serdecznym przyjęciem i szeleszcząc swymi zawieszonymi na krynolinach sukniami, pożeglowały dalej w asyście pokojowej, z czego były serdecznie rade.
I tak, raz za razem sznur gości przed wejściem rzedniał, a wnętrza pałacowych sal zaczęły wypełniać się śmiechem, inwektywami i gwarem ożywionych rozmów. Pewną niespodziankę sprawił generał Wykręt-Wkrętnicki, który na przyjęcie przybył w towarzystwie swego osobistego spowiednika ubranego w regulaminową sutannę. Generał był w swoim ulubionym zielonym mundurze z licznymi dziurami po kulach karabinowych i szrapnelach. Generalskie ordery w skrzynce relikwiarzowej, pamiątce z wyprawy krzyżowej na Adrianopol, niósł spowiednik.
– Ładna koloratka – zainteresował się Hrabia – gdzie pan taką nabył?
– W Twoje ręce Ojcze, los swój powierzam – szepnął spowiednik generała, złożywszy modlitewnie dłonie – Twój sługa…
– Nie znam tej firmy – przerwał gospodarz i zwrócił się do siwego wojaka – A co pan generał ? A ten tutaj…Nowy adiutant jakiś?
– Ha! – jowialnie huknął generał z wyraźnym chabarowskim akcentem – Ot, nasłali swołocz z kurii! Na dywizyjnego duszpasterza, znaczy sia!
Wojsku w głowach moncić miłością bożą zamierzał, ot co! A ja go awansował i swoim przybocznym spowiednikiem uczynił, Ha! Pod ręku zawsze mam ja go, bo i grzechy moji musi znać ze szczegółami jak regulamin! Mało pali! Czasami zagada… A piji jak smok!
– O! – Hrabia spojrzał na spowiednika z większą sympatią – zawsze coś, chociaż nieco monotematyczny…
– Jak siem rozkrenci to zobaczysz Hrabia, jaki to ananas! – Generał pociągnął za sobą spowiednika i zniknął w głębi pałacowego holu.
– Prawdziwy oficer i dżentelmen – skwitował Hrabia ukradkiem pociągając jakiś płyn przez rurkę przemyślnie poprowadzonej rękawem aż do niemałego, płaskiego zbiorniczka ukrytego w wewnętrznej kieszeni kamizelki.

Tak oto, witano dostojnych gości z należną każdemu czcią i zgodnie z wyszukanymi zasadami savoir vivre’u wpojonymi uczestnikom przyjęcia już od dzieciństwa a nawet wcześniej,i rozwijanymi niebywale poprzez etyczne samodoskonalenie elity społecznej.
Goście wkraczali w dostojne mury z godnością, za wyjątkiem wiceministra Wolty, którego z godnością wniesiono i od razu umieszczono w skrytce na szmaty i szczotki pod schodami wiodącymi do kuchni.
Hrabina jednak była coraz bardziej nerwowa, gdyż Ten, którego tak gorączkowo wyglądała ciągle nie nadjeżdżał.
Wreszcie, ba drodze pojawili się dwaj starozakonni, piesi sygnaliści, przyodziani w barwy herbu Płaziniec. Wpadli kłusem na drogę wiodącą do pałacu wygrywając hejnał powitalny. Za nimi pojawiła się poczwórna, złocista lektyka z kataryniarzem na dachu, wygrywającym Mszę h – mol
Jana Sebastiana Bacha na swym mechanicznym instrumencie.
Baron Perwersy Mierzwicz herbu Płaziniec, nie mógł zajechać w gościnę z większym przepychem i wytwornością.
Jego lektyka wzbudziła westchnienia zachwytu i zazdrości zgromadzonego przed pałacem, tłumu.
Baron lekko wyskoczył z jej wnętrza, nagrodził kostkami cukru chińskich tragarzy i zwrócił się swym orlim profilem ku witającym go pod marmurowym tympanonem wejścia, gospodarzom.
Hrabina pobladła, a Hrabia zwymiotował na ratlerka marszałkowej Klaustrofobii Kluczborskiej, na co korpulentna dama nie zwróciła uwagi, również zafascynowana bajecznym widokiem barona.
Wspaniały był.
Odziany w atłasowe pantalony w błyskawice srebrno – szare, z fontaziem platynowym na prawej łydce, a jego łososiowy kaftan z mintajami pokryty arabeskami, okrywał śnieżnobiałą nocną koszulę zawiązaną u lewego boku w gordyjski węzeł. Wąskie, sportowe biodra barona spięte były szerokim strażackim pasem skórzanym, ozdobionym okazałym, malinowym kutasem z frędzlami. Szpada florencka połyskiwała nieskazitelnie złocistymi refleksami.
– Ja cie pier…. – pomyślał Hrabia – Szykuje się na grubsze polowanko na moją starą…Bon chance, panie baronie…
Hrabina nadal uśmiechała się blado, Hrabia zbierał ciągle myśli, więc pierwszy ozwał się baron Perwersy.
Silnie grasejował, co było jeszcze jednym dobitnym dowodem na jego niezmiernie arystokratyczne pochodzenie i krew błękitną w najlepszym gatunku.
– Phoszę wybaczyć łaskawi gospodarze, jeśli cień gnomonu przekroczył już wyznaczoną ghanicę, naznaczoną rhączką w pozłocie dnia hozjaśnioną, na kahcie zaphoszenia.
Tu skłonił się dwornie ku Hrabinie.
– Cny gospodarzu – baron zwrócił się do Hrabiego, który akurat wycierał usta rękawem – niech mi będzie wolno wyhazić swą hozkosz z takiego zaszczytu, jakim jest przebywanie w pośhód przedstawicieli Pahnasu, gdzie zwykły pahias nie sięga nawet wzhokiem. Oto stan hycehski w całej khasie. Dumny i potężny. Niezłomny i szlachetny. Wypełniony ideami i piękny sam w sobie.
Hrabia celowo głośno puścił bąka, chcąc przerwać tyradę, ale baron zdawał się być niewzruszonym w postanowieniu wygłoszenia całej mowy, której uciążliwie i mozolnie uczył się na pamięć od trzech dni, robiąc sobie tylko krótkie przerwy na oglądanie serii fotografii nagiej Hrabiny, będące pamiątki z ostatniej schadzki, oraz depilację piersi i dolnych partii swego nieskazitelnie męskiego tułowia.

Opublikowano Epizod V. Awangarda krwi błękitnej. | Możliwość komentowania Epizod V. Awangarda krwi błękitnej została wyłączona

Epizod IV. Kawalkada zgorszenia.

Goście Hrabiostwa! Kloaka kultury! Metamorfozy Hrabiego! Garderoba rasowego dżentelmena!

Długo czekał Hrabia Antoniusz Alojzy na tą chwilę, cały nieskończenie długi tydzień.
Teraz miało się to wreszcie skończyć.Przeszedł parę kroków po bibliotece.
Jego zniszczone hulaszczym trybem życia, mięśnie nadal były jędrne i elastyczne, ale daleko im było do sprawności z gwardyjskich czasów, kiedy to kilkaset przysiadów podczas spełniania toastów było fraszką, dla młodego podówczas gołowąsa z dobrym rodowodem.
Teraz portowe spelunki, lunapary i zamtuzy, dla których był szczodrym mecenasem, stały się jego prawdziwą przystanią na rozkołysanym oceanie życia, pędzonego pośród licznych burz, tajfunów i sztormów oraz rzadkich chwil ciszy morskiej.
Nieobce mu były ohydne szynki wielkich portów, gdzie różnokolorowy i różnojęzyczny tłum lokatorów ciasnych kajut, wysypawszy się na twarde nabrzeże, natychmiast rzucał się w ciemny nurt zaspokajania skrywanych żądz i niecnych zamiarów. Pękały zatem w szwach podejrzane czytelnie, galerie sztuki nowoczesnej spod ciemnej gwiazdy, biblioteki o mrocznych zakamarkach, teatry awangardowe serwujące obrzydliwą pornografię umysłową i spelunki literackie, gdzie degeneraci wyzuci z resztek godności, gotowi byli się upodlić i zejść do poziomu najniższych ewolucyjnie istot, byleby móc się nasycić widokiem podłych malowideł Picassa, Klee albo Chagalla, czy posłuchać obrzydliwych jazgotów Strawinskiego, nazywanych przez tych nieszczęśników, muzyką. Gotowe były, owe, podobne chińskim opiumistom, ludzkie wraki, czołgać się przed jakimś szemranym pisarzem albo poetą, w psiej nadziei, na dostrzeżenie, dotknięcie szaty, choćby przelotne spojrzenie rzucone w ich kierunku przez knajackiego Mistrza. W takiej ohydnej, pełnej intelektualnej zgnilizny i zwyrodniałej rozpusty umysłu, kloace europejskiej kultury, z upodobaniem lubowali się nurzać zepsieli intelektualiści, zdziry filozoficzne, z wykształceniem uniwersyteckich lafirynd, plugawi apasze i kazirodcy prawdziwej sztuki, kanibale własnej tradycji i zaprzańcy, włóczący się po ciemnawych korytarzach pinakotek, z kieszeniami wypchanymi kastetami i cytatami Vasariego.

…i spelunki literackie, gdzie degeneraci…

Hrabia znał dobrze wszystkie te miejsca, ale od czasu, kiedy poznał JĄ, istotę niebiańską o czach nasyconych pełnią słońca mazowieckich nizin społecznych, o ustach pełnych, jak owoc mandragory, kuszący swą dorodną obfitością, powziął niezłomny zamiar, porzucić autodestrukcyjny tryb życia, dotąd pędzony w szalonym wirze niespełnionych marzeń i niedoznanej dotąd mocy prawdziwego uczucia. I oto wielkie uczucie nadeszło JEJ tanecznym krokiem, kołyszące się niczym primabalerin, uwodzące spojrzeniem i rozbuchaną kobiecością, gustownie i skromnie okrytą prostymi szatami. Wszystko w niej było radosne, bezpośrednie i świeże, jak sińce nad ranem po weselnej bójce.
Gwałtowny poryw miłości targał odtąd Hrabią dniem i nocą, obijał o romańskie, gotyckie i renesansowe mury rezydencji, nie oszczędzając też secesyjnych. Bronił się przed tym uczuciem, próbował tego na początku, ale wiedział od razu, że ulegnie, bo serce wołało wielkim głosem – oto ONA Antoniuszu Alojzy! Co ty się k…. jeszcze zastanawiasz, głupi kut….! Opatrzność obdarzyła cię, fi..ie, łaską czystej miłości! Ty głupi skur……!
Hrabia wysłuchał z radością niebiańskiego głosu bijącego z zaświatów i odtąd jego życie stało się wewnętrznie inne.
Wszystkie rzeczy, nawet koryto, zaczęły mu się objawiać w nowych barwach. Zaczął odczuwać radość z obserwacji życia prostego ludu, niedoli prostych magistrów, zmagań w codziennej harówce zapracowanych po łokcie jurnych asystentów na uczelniach licznie rozsianych w okolicy i radosnych twarzy krzepkich wieśniaczek idących wesoło po mszy niedzielnej do supermarketu. Fascynowały go najbardziej trywialnie prozaiczne czynności zwykłych ludzi, jak pławienie czarownic,obrzezywanie dziewcząt, podawanie tradycyjnych popłuczyn gościom czy duszenie świekry. To ONA miała na Hrabiego ten wpływ zbawienny, wyrażający się przypływami tkliwości i drżeń rozkosznych, fal żądzy rozlewającej się szeroko i panującą nad umysłem Hrabiego. Odnalazł wreszcie swe szczęście.
Szukał go przez życie całe po świecie szerokim,odwiedzając lądy dalekie – od przeogromnych przestrzeni dzikiej Opolszczyzny, przez pampy i pampersy obu Ameryk, lodownię tundry i poczekalni dworcowych w styczniu, przez śmiertelnie niebezpieczne labirynty slumsów Nairobi, faveli Rio de Janeiro, hoteli robotniczych Pułtuska i domów akademickich w okresie juwenaliów. Przemierzając pustynię Gobi oraz Saharę i intelektualne pustkowia różnych stowarzyszeń twórczych, nigdzie nie napotkał swej bratniej, ukochanej duszy, o której instynktownie wiedział, że istnieje i czeka na spotkanie.
Oto odnalazł JĄ, prawie na wyciągnięcie ręki, lecz, o ironio, nadal była praktycznie nieosiągalną, nie ze względu na odległości w milach, lecz z zupełnie innych powodów.
Kiedyś jednak musiał się przełom dokonać, ponieważ dalsze tłamszenie w sobie takiego wewnętrznego ognia stało się niepodobieństwem.
Pamiętał słowa, które wyrzekł w samotności, dumając przy wieczornych świecach przed obrazem przedstawiającym błogosławionego Perwersjusza. Słowa dające mu siłę do walki o własne szczęście, dźwięczące, jak nadzieja na lepsze jutro – A ja to pierdolę!
Powtarzał je i teraz, nakładając stosowne do okoliczności, obcisłe spodnie huzarskie, koloru różowego ze złotymi lampasami, dopięte sprzączkami i odpowiednio wzmocnione skórą aligatora. Wybrał też do stroju hiszpański pas jedwabny z czterema plisami skierowanymi do góry, zapinanym na rzepy zatrzaski. Obraz zręcznie na nim wyhaftowany przez niedoścignionych w swym kunszcie, mongolskich pastuchów, wyobrażał uroczyste trzepanie dywanów na Alasce. Na to wdział kamizelkę wizytową z seledynowej piki zaopatrzoną w duże klapy, co było dyskretną aluzją do stanu finansów jej właściciela. Srebrzysta koszula z flamandzkimi, obfitymi agażantami dopełniała nieskazitelnego smaku oraz bezbłędnego gustu Hrabiego. Przez chwilę wahał się jeszcze nad doborem krawata, bądź muszki, ale oba warianty odrzucił, przypomniawszy sobie o dręczącej go guli. Wybrał koloratkę, co było najszczęśliwszym rozwiązaniem i eleganckim dopełnieniem całości stroju. Na koniec nałożył na głowę wysokie na półtora łokcia ułańskie czako, z czubem piór wydartych z zadów strusi syryjskich, przez co gatunek wymarł. Ale nie takie drobiazgi zaprzątały obecnie głowę arystokraty. Stanął dumnie przed całościennym lustrem i napił się odruchowo spirytusu wprost z karafki.
Godnie się prezentował i dostojnie, jak przystało na potomka szlachetnego rodu. Podszedł sprężyście do koryta.
Na wszelki wypadek wolał zwymiotować na zapas, niżby miało to nastąpić podczas wylewnego witania gości, a zwłaszcza panien Przyjeździeckich
Uporawszy się a eruktacjami, zsunął czako z czoła i opadł zmęczony na fotel.
Jeszcze nikogo nie ma, choć goście mogą przecież przybyć w każdej chwili.
Teraz należy cierpliwie czekać, aż turkot kół powozów na podjeździe, sygnałówki laufrów, naszczekiwania psów i lament rozjeżdżanych bab na drodze do pałacu, nie obwieszczą długo oczekiwanych gości.

Opublikowano Epizod IV. Kawalkada zgorszenia. | Możliwość komentowania Epizod IV. Kawalkada zgorszenia. została wyłączona

Epizod III. Meandry niewierności.

Garderoba wysoko urodzonych! Rozterki i intrygi! Niepewność Hrabiego! Gehenna oczekiwania!

Kowal ze ślusarzem starannie dopasowywali na Hrabinie gorset, najnowszego kroju i spawu. Owa część garderoby z wielkim ekspensem sprowadzona do kraju rudowęglowcem zza oceanu, a później barką rzeczną, nie chciała leżeć jak trzeba. Licznym poprawkom, odgłosom kucia blachy i jazgotu wiertarki udarowej nie było końca.
-Nicik się obluzował, pani Hrabino – konfidencjonalnie chrząknął kowal Mateusz upuszczając z wdziękiem dziesięciofuntowy młot na perski dywan – Ale my to naprawimy, dobrodziejko nasza…Dawaj trójeczkę gwintowaną, Felek!
Ślusarz Felicjan podał śrubę, którą kowal wprawnie kręcił we właściwe miejsce swymi grubymi, jak wiejskie dowcipy, palcami.
Rodziny obu rzemieślników od wielu pokoleń służyły rodowi Przeniewierskich jako kowale, ślusarze, konfidenci, rajfurzy i łamistrajki.
Ich plebejskim honorem była wierność Państwu Przeniewierskim oraz dyskrecja, dlatego tak chętnie korzystano z ich usług w pałacu przy różnych okazjach, tak jak teraz, kiedy niesforny gorset stawiał opór szerokimi na dwa cale klamrami, zapinkami, zatrzaskami, zębatkami zapadkami antydefloracyjnymi oraz haczykami z nierdzewnej stali od Kruppa. Z fiszbinowymi żebrowaniami, stelażami, a także pilastrami na wzór joński, poszło już znacznie łatwiej i rzemieślnicy, zadowoleni ze swojego dzieła mogli po pewnym czasie otrzeć pot z czoła zaspokajając pragnienie wodą z wazonu na kwiaty. Hrabina w swej niezmierzonej łaskawości, zezwoliła im także napić się też trochę dwudniowej deszczówki z cebrzyka.
Potem, odprawiła obu poczciwców, mających jeszcze łzy wdzięczności w oczach, łabędzim gestem dłoni i powróciła do dalszych czynności, bo czas biegł nieubłaganie.
Czas, by nałożyć „dessous.
Ale to nie było najbardziej palące zagadnienie w owej chwili, należało bowiem je dobrać, a najsamprzód, odszukać.
Zaczęła zatem rozmyślać o „culotte” najstosowniejszych przy takich okazjach, jak wykwintna kolacja w gronie przyjaciół domu i jego Pani.
Czy może najwłaściwszymi będą te, haftowane w mieście Arras ze scenami polucji Jowisza w objęciach białego nosorożca w delirium?
A może, owe jedwabne dzieło japońskich mistrzów, ofiarowane prababce Hrabiny przez samego Mikado podczas mszy żałobnej za duszę cesarzowej Anny?
Czy może, najlepszym rozwiązaniem będzie nałożenie tych czarnych, koronkowych cudeniek, przysłanych jej kiedyś omyłkowo przez Antoniusza Alojzego, z wszytymi diamentowymi literkami, które układały się w napis: MOJEMU ROBERCIKOWI – FOREVER – ANTONIUSZ?
Ostatecznie przywdziała ciepłe, barchanowe reformy, znalezione w szafce posługaczki. W nich, robiła na baronie piorunujące wrażenie za każdym razem.
Z doborem odpowiedniej sukni nie było aż tak wiele zachodu.
Przez ukryte w ścianie swej sypialni drzwi, weszła do Sali Sukien i podążyła za pierwszą strzałką w prawo.
Stąpając delikatnie znajomym i dobrze spenetrowanym szlakiem, dotarła do upatrzonego rzędu olśniewających kreacji, jedynego, na szczęście, materialnego owocu, małego wypadu ze stajennym do Monte Carlo.
Na chybił trafił zdjęła z wieszaka przepiękną suknię wieczorową z niewyprawionej skóry renifera, zdobionej kunsztownie porożem samicy.
Po krótki namyśle odłożyła ją jednak na bok.
Przecież baron to wielki miłośnik żywej zwierzyny i honorowy Prezes Stowarzyszenia na Rzecz Uproszczenia Damskiego Stroju!.
Więc, może stylizowana na pełnopłytową zbroję krzyżowca, sukienka uszyta w hinduskiej rękodzielni z delikatnego muślinu będzie odpowiednia? A do tego wierna replika trzynastowiecznego hełmu garnczkowego?
Nie. W nim już była na raucie u Himmelhergotschaftów! Wybuchłby niebywały skandal towarzyski!
W końcu wzrok jej padł na stojącą wyczekująco w kącie, zapomnianą i niepełną, butelkę „żołądkowej gorzkiej”.
Nad flaszą wisiała samotnie, skromna, wyszywana platynową nicią, jedwabna suknia wieczorowa, obszytą perłami i małżowinami w asyście topazów, rubinów oraz z piórami nielotów u ramion.
– Znak niebios – szepnęła Hrabina i natychmiast przepłukała usta trunkiem wprost z butelki, a następnie powtórzyła tą czynność zdecydowanie śmielej.
– Manus Dei – powtórzyła, pąsowymi, jak nalepka na keczupie, usteczkami – prawdziwy znak Niebios…
Na szczęście ta suknia, jako jedyna była względnie czysta.
– Przy świecach i po pijaku nikt nie zauważy – rozanielona Hrabina udała się bezzwłocznie do swych apartamentów i zadzwoniła na garderobianą oraz Nataszkę.
Przyszła tylko ta druga, ponieważ garderobiana od trzech miesięcy przebywała w Paragwaju, dokąd uciekła ze strażakiem wiejskim w porywie dzikiej namiętności. Hrabina Pulcheria natychmiast zażądała sprawdzonego leku na melancholię, w postaci oszronionej karafki sądeckiej wiśniówki wzmocnionej najczystszym spirytusem.
Ból głowy ustał, lecz nie Hrabina. Po dłuższej chwili wstała z dywanu i ujęła omyłkowo lorgnon zamiast kieliszka.
– Czy Jaśnie Pan u siebie – zapytała mimochodem,
– Zdaje się, że Jaśnie Pan szykuje się na przyjęcie gości – odrzekła Nataszka – Wezwał Walerego z listą zaproszonych gości.
Hrabina wyjęła egipskiego, długiego papierosa z etui wykonanej ze skóry diabła tasmańskiego i nasadziła go na długą na łokieć, porcelanową cygarniczkę.
Nataszka zręcznie się uchyliła.
– Jaśnie Pani życzy sobie mojej pomocy?
– Owszem, Nataszko,,,Z grubsza już wiesz, co masz robić – Pani zaciągnęła się głęboko wonnym dymem z kraju mumii – Miej baczenie na wszystko i wszystkich dookoła…Szczególnie na Jaśnie Pana Hrabiego…Informuj mnie o wszystkim. Co do innych gości, to, jak wiesz, będzie pan prezes Liczman z małżonką, którego podejrzewam, że w swej chorobie zwanej kleptomanią, podkrada podczas swych wizyt u nas, srebrne łyżeczki i sztućce…Tasak też zniknął… Straszna przypadłość – westchnęła.
– Oj, tak – zawtórowała Nataszka -I to tak, zupełnie bezinteresownie.
– No właśnie – ciągnęła Hrabina – z kolei, marszałkowa Kluczborska miewa niekiedy ekstrawaganckie zachowania, co wynika z jej nonkonformizmu i świadomego epatowania manifestacyjnym sprzeciwem wobec istniejącego porządku polityczno-ekonomicznego oraz pogłębiającej się dychotomii moralnej społeczeństwa…Rozumiesz, moja droga, co mam na myśli?
– Znaczy, mam pilnować, kiedy pani marszałkowa już się upije, żeby nie zadzierała sukien, nie nacierała się kawiorem i nie tańczyła na stole.
– Domyśliła się pokojowa.
– Exactement, Nataszko…Życzę sobie, żeby odpoczywała tam, gdzie zawsze oraz nie wprowadzała w towarzystwo zbędnej konsternacji i zamieszania…
– Rozumiem, że w schowku na szczotki szmaty pod schodami do kuchni? – przypomniała sobie pokojowa – Ale tam zazwyczaj odpoczywa pan wiceminister Wolta, a i Jaśnie Pan lubi sobie zajrzeć…
– Nieważne – ucięła temat Hrabina – Zmieszczą się z pewnością wszyscy. A teraz podaj mi coś do picia i słuchaj dalej..
Kiedy ugasiła już pragnienie łykiem balsamicznej wiśniówki, usiadła na sofie i mówiła dalej.
– O wiadomej godzinie, kiedy nastrój zrobi się już swobodniejszy, podasz dyskretnie liścik panu baronowi…Mnie już wówczas nie będzie wśród gości…Comprenez vous, ma cher?
– Oui, Madame – odrzekła Nataszka, zaskakując sama siebie znajomością języka francuskiego – Wszystko tak, jak ustalone…
Hrabina podeszła do inkrustowanej drogocennym granitem i bazaltem sekretery. Nacisnęła ukryty guziczek i wtedy z lekkim trzaskiem, otwarła się tajemna szafka. Antoniusz Alojzy nie wiedział o wielu małych sekrecikach Hrabiny, także i o tej, jednej z licznych, skrytce w starożytnym meblu. Były tam, lube listy od barona, rodzinne fotografie pornograficzne, wkładki ortopedyczne do butów i inne miłe pamiątki, jak na przykład – tylne siedzenie z wyścigowego roweru na którym całowała się pierwszy raz z baronem, mały bungalow i bumerang za pomocą którego polowała na Aborygenów na Antypodach. Był też mały głaz znad Niagary, zdechła jaszczurka, której nie udało się odratować zeszłej jesieni, połowa „bursztynowej komnaty” (drugą przechowywał papa Hrabiny) i tym podobne, miłe sercu damy pamiątki, łączące sentyment z niewielką użytecznością, ale stanowiące wielką wartość dla wrażliwej duszy i wysublimowanej istoty.
Wyjęła ze schowka maleńki, papierowy pakiecik i podała z nabożną czcią służącej.
– W twoje ręce mój los i przyszłość powierzam – szepnęła wzruszona Hrabina. Targnął nią szloch, uciszony nalewką z rzekotki drzewnej i kęs marcepanowego bambusa.
– Teraz już idź…Pamiętaj…W twoich rękach wszystko…Módl się za pomyślność… – Szepnęła Hrabina przymykając oczy w przeczuciu nadchodzących rozkoszy.
– Już się modlę – odrzekła Nataszka.
Schowała srebrną nabierkę do ponczu za dekolt i wyszła.

Hrabia tymczasem, na przemian, oglądał brudną chusteczkę do nosa, która przypominała mu mapę sztabową Pojezierza Drawskiego, bądź zerkał na listę zaproszonych gości.
– Jaśnie Pani znowu dopisała małe co nieco – warknął i cisnął kamionkowym kałamarzem w kierunku czarnofigurowej amfory attyckiej.
Nie w nią jednak trafił, lecz w porcelanową, chińską wazę z czasów cesarza Quianlong.
Nawet się ucieszył, bo nie lubił tego pstrokatego szkaradztwa. Zazwyczaj wrzucał do niej niedopałki cygar i zużyte skarpetki..
Natrętny, nieodłączny krwi hrabiowskiej, ból czaszki byłby go powalił, gdyby nie zbawienna porcja spirytusu, podana zawczasu przez, nieomal
jasnowidzącego, Walerego, który stał w pełnej oczekiwania postawie przy fotelu swego Pana.
– Kombinuje, k…. jego mać! Jak jasny ch.., kombinuje! – mruczał i spluwał do koryta stojącego na stoliczku obok.

Rży na sam widok…

– Ta stara pudernica myśli, że wywiedzie mnie w pole! – Spojrzał przebiegle na Walerego – Wiesz, co masz robić, stary koniu?!
– Tak, jest, Jaśnie Panie…Czuwać nad każdym krokiem Jaśnie Pani i nie spuszczać jej z oka…
– Właśnie! – Hrabia rzucił w starogrecką amforę kielichem, tym razem celnie – Pilnować jej kroku i nie spuszczać! Miej też oko na tego wrednego wnętra, barona…Rży na sam widok Jaśnie Pani i nie jest w stanie tego rżenia powstrzymać! Osioł jeden!
– Wnęter, Jaśnie Panie – poprawił usłużnie sługa – jak nader trafnie, raczył Pan Hrabia scharakteryzować pana barona, wnęter…
– Masz rację, stary koniu! Taki napalony, w d… je….! Ale nic to! Idź i działaj! Ja sam przywdzieję coś odpowiedniego na wieczór.
Walery wyszedł bezszelestnie, pozostawiając swego Pana z myślami i snującymi się leniwie wizjami niejasnej przyszłości.
Hrabia czułby do siebie głęboką pogardę, gdyby uległ jakiemuś chwilowemu załamaniu, żyjąc w trywialnej świadomości permanentnej zdrady swej żony.
Wiedział, że płomień dawnej miłości wygasł już dawno, a konkretnie podczas składania podpisu na dokumencie intercyzy przedślubnej.
Zazgrzytał platynową koronką zębów na samo wspomnienie tej żałosnej chwili, jakże niekorzystniej dlań materialnie.
Przepełniała go gorycz zmieszana z odrobiną filantropii.
– Puściłbym tą sukę z torbami!- Pomyślał marzycielsko – Ale ze dwie suknie bym jej w mordę rzucił na odchodne! Niechby pamiętała dobroć Antoniusza Alojzego Przeniewierskiego!
W istocie, obecna sytuacja była mu całkiem na rękę.
Plan dojrzewający długo, mógł się wreszcie zmaterializować, czyniąc dziedzica Przeniewierowa najszczęśliwszym z ludzi.
Rozerwałby teraz najchętniej uciskający go kołnierzyk, ale ten był już rozerwany od pewnego czasu. Spenetrował więc ostrożnie swymi długimi palcami miejsce na szyi.
Znowuż wyskoczyła mu arystokratyczna gula, jeszcze jedno, dziedziczne przekleństwo nieszczęsnego rodu.
Westchnął dogłębnie i powrócił do przeglądania listy gości.
Była sporządzona na wykwintnym pergaminie konstancińskim karolińską majuskułą. Niektóre nazwiska skreślono odręcznie, a obok pojawiły się nowe, dopisane charakterystycznym pismem Hrabiny, nieco drżącym, lecz eleganckim.
– Znowuż była pijana, jak sowa! _ Hrabia starał się przypomnieć twarze znanych mu osób z listy, zaproszonych na wieczorne przyjęcie.
– Narąbana! Narąbana, jak lokomobila pod parą!
Niektórych nazwisk nie kojarzył zupełnie, ale spirytus posiadał moc usuwania ciemnej mgły amnezji z jego umysłu.
– Baron…Jest.Sam go zaprosiłem, s…..syna! Liczman ze swoją megierą…Wolta. Oooo! Ten to się lubi napić! Dobrze… Kluczborska ze swoimi fanaberiami…Niech jej będzie…Kiłowienko…Kto następny? Aaaa! Dwie stare lesby, panny Przyjeździeckie…Też się upiją…To rzecz pewna…
Generałek…Niegroźny…
Przeglądał listę z niecierpliwością, w której nie było już złości, lecz wzrastające rozbawienie i świadomość kontroli nad sytuacją.
Wydawało mu się, że całkowicie przejrzał plan Hrabiny.
Nie będzie więc utrudniał jego materializacji, a wręcz przeciwnie. Pulcheria stała się jego atutem i mimowolnym sprzymierzeńcem.
Jego plan wydawał się być bliskim realizacji.

Opublikowano Epizod III. Meandry niewierności. | Możliwość komentowania Epizod III. Meandry niewierności. została wyłączona

Epizod II. Ineksprymable zdrady

Twardy chleb służebny! Nadchodzi znamienny wieczór! Gościa jadą z daleka! Aura degrengolady!

Fluidy dekadencji krążyły samopas po wiekowej rezydencji, chociaż służba starała się jak mogła utrzymać ład i porządek w labiryncie korytarze, przestrzennych komnat, wykwintnych alkierzy, elewatorów, landszaftów, biedaszybów i innych zakamarków, świadczących o minionym dostatku oraz potędze sławnej familii, zglajszachtowanej w ostatnich czasach okrutnie rozpasaną demokracją.
Po trudach pracy, bezgranicznie oddana Państwu, służba lubiła się zbierać w gotyckiej przestrzeni, ogromnej pałacowej kuchni, gdzie zasiadali przy dębowym stole, będącym niemym świadkiem niejednej gawędy wieczornej i pełnego orgazmu. Prym, jak zwykle, wodził Walery, który bywał tu częstym gościem.
Teraz spożywał skromny posiłek złożony z tartinek z astrachańskim kawiorem, jajek czajczych z rakami, filetów z sarny a’ la Henri, także narogów sarnich, ragout baraniego po irlandzku, móżdżku cielęcego ” au berre noir”, „vol-au-vent” takoż z cielęciny, ozorów w papilotach, sztufady ” boeuf a’ la mode”, turbota „au gratin”, muli „a’ la Bordelaise” oraz budyniu z raków z zielonym groszkiem.
Kucharka Gabrysia dobrze gospodarzyła zapasami Hrabiostwa i zawsze znalazły się okruchy z pańskiego stołu dla Walerego, obsługi kuchni, pokojowych, sufrażystek, ogrodnika z dziećmi i powinowatymi, stajennych i oborowych, dojarek, pomywaczek, tajskich masażystek, listonosza, pułku dragonów stacjonującego nieopodal w miasteczku i samej Gabrysi.
Właśnie robiła na stole miejsce dla deseru, ale Walery stanowczo odmówił.
– Kochana Gabrysiu, nie kłopocz się więcej. Sama widzisz, że już ten skromny posiłek mi wystarczy. Sił mi dodaje sama myśl, że mogę wiernie służyć Jaśnie Panu i Jaśnie Pani…
Zamieszał nabierką do mleka w wiadrze stojącym u jego nóg i zaczerpnął Chateau Lafite z rocznika 1787, popijając obficie nieco pikantną przekąskę.
-Ale cóż… – ciągnął dalej otarłszy rękawem usta – Pan do koryta nie trafia… Pani Hrabina co rusz zapytuje mnie o „aluzje”, a za każdym razem chodzi jej o coś innego…We wsi krowa się ocieliła, a kury gdaczą na nieszczęście…
– Powiadacie pierdoły, Walery złoty! – zaśmiała się Gabrysia – Jaśnie Pan, prawdać, nieco osowiały, ale hodowlą się zajął i co rusz sam do obór zagląda… Pani rozkwita, gdy baron na podjeździe…Nawet Nataszka nie kradnie tyle, co zwykle – Spojrzała na wymizerowanego atmosferą napiętą, jak guma arabska, lokaja i w lot pojęła jego potrzeby duchowe.
– Nuże! Rozchmurz lico i wyprzęgaj się z pludrów, bo ja cię sama rozpludrzę!
Gabrysia zakrzątnęła się przy stole i jęła uprzątać prostą, saską porcelanę, na której spożywała swoje przaśne posiłki pałacowa służba. – Jak się postarasz, to będzie dokładka z deserem, ale nie taka na pańskie stoły, ino nasza, proletariacko – chłopska, ludowa!
Oj, tak, tak ! – Walery pokraśniał z zadowolenia po marksistowsku na samo wspomnienie o znakomicie serwowanych dokładkach kucharki na dębowym stole. Korzystała znich znakomita większość okolicznych wieśniaków, za wyjątkiem jej męża, który wieśniakiem nie był, lecz stangretem.

Jął zatem, Walery, gorliwie się szarpać ze srebrnymi guzami bogato szamerowanej liberii, rozpinając ją gwałtownie, acz sprawnie.. Po chwili, z iście chłopską rują, uchwycił Gabrysię wpół. Męża jej, szczęśliwie wtenczas nie było w majątku, został bowiem posłany w powozie, z paroma pleczystymi pachołami uzbrojonymi w kartaczownice i ze sforą krwiożerczych pekińczyków naprzeciw spodziewanym gościom. Mieli czekać na rozstajach, przy ruinie gospodarki, albowiem w okolicy pojawiło się stado wolontariuszy, w niespotykanej o tej porze liczbie, a wściekle zajadłych.
Nic dziwnego więc, że Walery z plebejskim rozpasaniem zadość czynił Gabrysi na sławetnym stole, bez obaw, że chudy stangret Helmut znowu się zadziwi stając niespodzianie w progu kuchni…
A jednak, nie! Nie wolno!
Elegancka kotara z aksamitu, haftowana w różę i fluksje, wydaje się być stosowną kurtyną dyskretnego, ale zdecydowanego ukrycia sceny, idącej w swej obsceniczności, wyżętej z z elegancji i smaku oraz zanadto zezwierzęconej w swym trywialnym biologizmie.
Kiedy, epizodycznie pojawiający się Autor, przy pomocy wspomnianej kotary zasłaniał niewygodny epizodzik, Hrabina będąca w bawialni, poprawiała właśnie brokatowe story i zraszała je najprzedniejszymi pachnidłami marki „Duchi Kałchoza”, przy pomocy niklowanego, parowego pulweryzatora.
Nataszka w międzyczasie ulotniła się z kolejną srebrną łyżeczką, otrzymawszy, wypełnione najrozmaitszymi szczegółami dyspozycje, od swej Pani..
Zaległy godziny popołudniowe, wypełnione oczekiwaniem i niekończącymi się opisami przyrody. W rezydencji zapanował pozorny spokój, przed burzą, kiedy Gabrysia, poprawiając kokardę z biskwitów na sukience, powiedziała
– Walery, to twój nowy rekord, błyskawico moja!
Jej tęczówki znamionowała rozkosz.
Trzeba było jednak zabrać się do roboty.
Pomocnice, szlachcianki ze zlicytowanego zaścianka, zatrudniono przy kuchennych pracach, polegających na dostarczaniu plotek i robieniu bałaganu. Potrawy i tak, przy takich okazjach dowożono furgonami, gotowe, z miasta.
Właśnie nadjechał jeden z nich wypełniony część potraw i grupę herbowych kuchennych, które swym szczebiotem wprowadzały ożywczy powiew w zastygłe mury Przeniewierza.
Walery uszedł czym prędzej, doglądać kolejnych dostaw wiktuałów, które wymagały jeno obróbki termicznej, niekiedy dodania ozdób, a przede wszystkim spróbowania. Jadło grzano na wielkim piecu, o którym mawiano, taka była miejscowa legenda, że spłonęła w nim żywcem rzucając się w piekielną otchłań, Hrabina Elwiralda Przeniewierska, dowiedziawszy się o zdradzie swego męża Hrabiego Windykatora Przeniewierskiego, prapradziadka Hrabiego Antoniusza Alojzego. Fakt, że nieszczęsna miała ręce związane na plecach o niczym przecież nie świadczył.
Piec był ciągle czynny, ale Hrabina Pulcheria nie zamierzała z niego korzystać w tak mało wytworny sposób.
Znajdowała natomiast wielkie ukontentowanie z narastającego zamieszania wokół gorączkowego oczekiwania na gości, mogących niebawem się zjeżdżać, przerywanego tylko odgłosami gęsto tłuczonego przy takich okazjach szkła i twarzy oraz wystrzałów z wiwatówek, arkebuzów, hakownic, jak również ejakulacji . Ukontentowana była także długim przymierzaniem różnych strojów na wieczór, ale nadal była niezdecydowana. Jej złość narastała z każdą minutą upływającą w rytmie miarowego tykania zegara, który niegdyś zdobił fasadę meczetu w Buczaczu. Czas biegł jak goniec przed stadem rozwścieczonych kochanek w ciąży.

Opublikowano Epizod II. Ineksprymable zdrady. | Możliwość komentowania Epizod II. Ineksprymable zdrady została wyłączona

Epizod I. Niuanse memuarów

Wyuzdany botanicznie ogród! Rozbuchana biologicznie Hrabina! Hrabia znowu nie trafia! Memuarowe tajemnice buduaru!

Hrabina spoglądała więc w ogrodową dal, przez sprowadzone, aż z dalekiej Kielecczyzny, okno i konsumowała rustykalne widoki, na przemian z kolejnymi dawkami „żołądkowej gorzkiej”.
Rozmyślała o rozpalających ją gazach namiętności, buchających płomieniście w jej członkach i w członkiniach, rozkoszując się przy tym , przepyszną inkrustacją barw w bajecznym ogrodzie, gdzie egzotyczne lemoniady sąsiadowały z wyniosłymi anglosaskimi pokrzywami, sudańską kosodrzewiną i kwitnącą marchwią.
Jej wiecznie spragnione usta, wyzbywszy się opryszczki, domagały się nieustannie gorących pocałunków i drapieżnych pieszczot. Od wielu tygodni rządziła nią żądza, skrywana pod warstwami mediolańskich barwiczek i pudrów oraz masek weneckich.
– Przebóg…- westchnęła z neapolitańskim akcentem – długoż mi jeszcze tęsknicę nosić w mym gołębiu serca, w klatce, tak spragnionej Twego dotyku? Kiedyż ujrzę Cię znowu, mój lwie, Mój bohaterze…
Pomyślała też, przelotnie, o swym mężu, Antoniuszu Alojzym, któremu nigdy, czego była w pełni świadoma, nigdy nie dorówna subtelnością, taktem oraz obyciem w w sferach starej arystokracji.
Jednak, nie nazwisko , klejnot rodowy i dyplomy uniwersyteckie, królewskie, cesarskie i ukończenia korespondencyjnego kursu esperanto,
czynią z człowieka przedmiot pożądania i miłości bezgranicznej.
Nie jego kochała żywiołem namiętności.
Byt jej, zdał się nieznośną boleśnie depilacją wszystkich dni spędzonych pod wyniosłymi dachami rezydencji Przeniewierskich i nocy w jednym łożu z Hrabią, który chrapał.
Źle się czuła na tym pustkowiu, gdzie jeno huty, walcownie i niezbadane chaszcze robotniczych dzielnic, jak okiem sięgnąć.
Tylko ułamek rodowej ordynacji ostał się w tej dziczy.
Walery wsunął się bezszelestnie do bawialni i postawił na stoliku przy fortepianie wysmukłą butlę samogonu z rodowej winnicy.
– Czy Jaśnie Pan zasnął? – Zapytała Hrabina Pulcheria wyczuwając obecność lokaja, za swoimi delikatnymi jak sekwoja, plecami.
Wierny Walery chrząknął – Zdawać by się mogło, że tak, jaśnie pani, pomijając regularne torsje przez sen…
– Domniemywam, Walery, że Pan, znowu nie trafia do koryta.
– To prawda, jaśnie pani. Pan Hrabia od jakiegoś czasu ma z tym pewne problemy.
– Znowu nie trafia – zatrwożyła się i oparła o rzeźbioną kunsztownie w panegiryki i dystychy, framugę okienną – I to tak już trzeci miesiąc…Kiedyś trafiał za każdym razem…Nawet gości zadziwiał tą swoją zręcznością…Och! Jakież złe czasy nadeszły! Podaj puchar, Walery! Nie pusty! Tak, do pełna!
Hrabina wychyliła aromatyczną zawartość, po czym poprawiła fryzurę, która przeszło rok temu, skomponował na jej kształtnej bryle głowy, mistrz nożyc, brzytew i kastetu, Monsieur Boucher.
– Dobrze, że pomyślałeś, Walery, zawczasu, o przepłukaniu mych sponiewieranych ust, przed drugim śniadaniem…Czy…Czy teraz zrozumiał Walery moją aluzję?
– Pojąłem, jaśnie pani, lecz nadal nie znam znaczenia słowa „aluzja” – sługa pochylił się i zaczął zbierać z marmurowo-azbestowej posadzki płatki róż i używane kondomy.
– Niepokoję się o Jaśnie Pana – Hrabina rezolutnie zmieniła temat – od dłuższego czasu wydaje się być osowiały, milkliwy nieco i eteryczny…
Przerwał jej odgłos tłuczonego żyrandola i gromki głos Hrabiego, nieco zachrypnięty – Gdzie ty, kurwa jesteś, stary gadzie?! Walery, podaj i moje koryto, ty mendo! Szambojadzie jeden! Widzisz, co przez ciebie Pan narobił!? Butem pieprzonym stłukł pieprzony żyrandol!
Hrabina odesłała kamerdynera gestem wiotkiej dłoni i po chwili słychać było, jak Walery idzie na górę.
Pulcheria ponownie napełniła puchar.
_ Sante’, Mon Cher…- szepnęła, lecz nie swego męża, hulaszczego filozofa, miała na myśli.
Jej fiołkowo-amarantowe oczęta powędrowały znów do boskiej krainy imaginacyj.
Dopadła ją, skręcająca wiotką duszyczkę, niezmierna potrzeba pochylenia się nad własnym opłakanym losem i sięgnięcia po miłe wspomnienia i butelkę „żołądkowej gorzkiej”.
Najpierw jednak zwinnie wspięła się na drabinę wiodącą ku najwyższym półom i półkom, gdzie pęczniały nieskazitelnie złote grzbiety szeregu memuarów Hrabiny. Pisała niewiele, ot, żeby parę słów każdego dnia nasiąkniętego łzą przejrzystą, przelać po czasie zmarnowanym , straconym, odchodzącym w nicość. Przebiegła wzrokiem dwieście dziewięćdziesiąt osiem ekskluzywnych tomów i wybrała jeden. Ten ostatni, z końca ubiegłego tygodnia, który właśnie zamierzała uzupełnić, pełnymi refleksjami i cierpieniem słowami . Odszukała czterechsetną stronę.
Po chwili siedząc przy otwartej, czystej stronicy opatrzonej w prawym, górnym narożniku, błękitnym monogramem i serduszkiem koloru argentyńskiej cykorii, ujęła w dłoń swoją pióro zwane wiecznym i pociągnęła po kredowym papirusie pierwszy znak.

Dzień był znowuż okropny. Buty uwierają, wódką ciepława, a Walenty to kompletna fujara. Hrabia znowu zrobił się na sztywniaczka, może wreszcie wykituje, jak przepowiada mamusia. Boję się tylko, żeby nie zmienił testamentu, bo wtedy dopiero się narobi.
Muszę być miła i ostrożna.

Hrabina zaczerpnęła powietrza i nieco eliksiru z flaszy. Śpieszyła się z pisaniem, więc pominęła skomplikowaną procedurę z nalewaniem do zawsze niepewnych w takich chwilach naczyń i taktownie pociągnęła do oporu z szyjki. Wena powróciła ustokrotniona niezwykłą mocą najlepszego gatunkowo trunku.

Hrabina zamyśliła się…

Spojrzała na plafon przedstawiający igraszki bachantek z Syfonem na tle alg i powróciła do pisania.
Ciekawe kto tym razem będzie perłą wieczoru? Mam nadzieję, że ten muzyk, którego polecił mi pan Radca, dobrze gra na fortepianie,
bo ten ostatni, był zupełną niedojdą i nie potrafił zagrać porządnego kawałka już po spożyciu literka.

Hrabina zamyśliła się – A jeżeli baron nie będzie mógł przyjechać, albo znowu będzie zajęty jakimś pojedynkiem, lub tłumieniem chłopskiego powstania na Podkarpaciu? Och! żeby tylko nic się nie wydarzyło! A czasy takie niespokojne!

Około południa Hrabia otworzył jedno oko, będąc na tyle przezornym, by nie próbować tego z drugim i siadł sprężyście na łożu, tak jak za dawnych czasów, kiedy jako młody oberkatzenjammermajor służył w k.u.k. Kaiserschwantzbrigade. Jego wierne koryto leżało odwrócone do góry dnem. Pościel była usłana różnymi lepkimi substancjami, lecz nie zasłana. proweniencji owych substancji wolał nie dociekać. Jego szlachetny umysł nie zniósłby ohydy trywialnej prawdy obnażonej z całą okrutną, bezwzględną oczywistą oczywistością. Wolał odszukać swe złocone pantofle i targany dziedziczną migreną, jak uderzeniami ukulele lub waltorni, zsuwał się po balustradzie na dół, ku bibliotece.
Tylko jedno mogło zahamować jego tętniące cierpienie.
Na hebanowym stole oczekiwało od dawna zapasowe koryto, litr ekskluzywnego spirytusu z zamorskich pomme de terre i bigos a’ la carusella. Po pierwszej szklance powróciła nostalgia i świadomość podłego bytu nieszczęsnego dziedzica kolosalnych tradycji historii rodu oraz obciążonej dziedzicznie hipoteki.
Splunął elipsoidalnie przez poręcz rokokowego fotela wprost na pierś rzeźby krasnala autorstwa Celliniego wykonanej z najlepszych włoskich gipsów. Antoniusz Alojzy czuł do małości spraw trywialnych dystans i dysonans.
– Walery! – głos Hrabiego odbił się od ścian i powrócił – przestań pieprzyć Jaśnie Panią i podaj mi gazety najświeższe!
– Jestem…Jaśnie Panie… – Walery jeszcze w progu dopinał spodnie – Jaśnie Pani wyjaśniała mi właśnie empirycznie znaczenie słowa „aluzja”…
– Ch… mnie to obchodzi! – Jak zawsze precyzyjny Hrabia, nalał sobie nieomylnie do szklanki – Podaj mi najświeższy ” Głos Błot Poleskich”,
„Wasz Dziennik” i coś z filozofii … Oooo! „Chlewnię Eschatologiczną”.
– Pani Hrabina zapytuje też Jaśnie Pana, czy nie ma Jaśnie Pan przypadkiem, numeru ” Le Cinema Couchon”? – Walery umiejętnie uzupełnił ubytki w rżniętej w kwieciste eruktacje, szklanicy Pana.
– Jaśnie Pani nie czyta! – kategorycznie stwierdził Antoniusz Alojzy – Jej zdolności ograniczają się do lektury etykiet na perfumach i likierach.
A teraz spierdalaj, bo Jaśnie Pan jest , kurwa , pogrążony w medytacjach, melancholii, i ch… wie w czym jeszcze!
Kiedy tylko zamknęły się zamczyste drzwi za nietoperzą liberią Walerego, Hrabia jął łapczywie pochłaniać bigos przy pomocy platynowej sosjery oraz treść „Głosu Błot Poleskich”.
Na stronicach poświęconych bożkowi bogactw – Mammonowi, czarne litery niosły wieści hiobowe.
Giełdami wstrząsało, jak po ciepłej pomarańczówce.
Akcje, na których spodziewał się zarobić spory kapitał, spadały na łeb, na szyję.
Zarówno papiery Tuczarni Chomików na Grenlandii, stoczni w Ułan Bator, jak i Zjednoczonej Centroprawicy, zawiodły.
Jedynie fabryka ciupag i różańców w Irkucku , rokowała jakieś nadzieje. Giełdy w Suczawie, Trembowli, a nawet w Krynkach, musiano zamknąć na jakiś czas z powodu szalejącej różyczki.
Hrabia potarł znużone czoło i pośladki.
Wychylił się za oparcie fotela i akomodował przez jakiś czas.
Był sam.
Chytrym jaszczurczym susem, dopadł do półki z dziełami zebranymi po ostatniej libacji filozoficznej z rozpasanymi młodzieniaszkami.
Sięgnął głęboko, za opasły tom „Autobiografii” Sokratesa w oryginale i wyjął niepozorne, szmaciane zawiniątko.
Oto jego fetysz. Łza nieskazitelna pojawiła się na podługowatej fizjognomii Hrabiego .
Oto jego najsłodsza pamiątka chwil szczęśliwych, spędzonych sam na sam z ukochaną, niebiańską istotą, która tak blisko, a przecież tak daleko od regularnego spełniania fantazji dzikiego pożądania, wymieszanego z finezyjną tkliwością i delikatnością, uczucia.

Rzucił więc w sarkofag niepamięci swe finansowe porażki, kiedy do policzków swych , wychudłych jak pugilares po wizytach w podrzędnych zamtuzach – przytulał Ów przedmiot delikatny, a intymny zarazem. Oto jedwabne ineksprymable, zdarte z podłego mandaryna podczas powstania bokserów w Kitaju i przywiezione jako łup wojenny, które służyły mu wiernie od dziesiątków lat. Nikomu ich nie powierzał – nawet swemu ojcu, nawet praczce. A teraz stały się relikwiarzem i talizmanem najmilszym. Od nogawek, szczególnie ku tułowiu, widniały liczne pieczęcie miłosnych wyznań jego najdroższej. Wytłoczone było drukiem ust, znakami szminki, którą sam jej podarował. Rozwinął zawiniątko i długo się sycił jego widokiem, oraz spirytusem.

Tymczasem Hrabina Pulcheria od dwóch godzin obmyślała w salonie nową kompozycję kwiatową oraz miłosne. Towarzyszyła jej zaufana pokojowa, Nataszka, która i w jednym i w drugim była niezastąpiona.
_ Jaśnie Pani, czy pan baron będzie dziś także na kolacji? – zapytała z nadreńskim zaśpiewem.
– Imaginuj sobie, że tak, droga Nataszko i Hrabina oblała się pąsem i nalewką z rzekotki drzewnej, którą degustowała ze szklanki – Ach, jakże dawno nie otrzymałam żadnej wieści od barona! Niedługo miną dwadzieścia dwie godziny i jedenaście minut…
– Jakże musi Pani cierpieć przez czas tak długi – Nataszka zręcznie ukryła za dekoltem kolejną srebrną łyżeczkę – Oskomę tak wstrzymywać, to niezdrowo na cerę.
Poczciwa dziewczyna, legitymująca się nieskazitelnymi referencjami z kurii arcybiskupiej oszczędzała, jak umiała, na swój posag. Była już nawet po słowie z gajowym Salodem, który w obliczu chwilowego braku lasu, zajmował się dorywczo kuplerstwem i zoofilią.
Znać było, że lektura frankofońskich romansów i nauki pobierane u wielu sutenerów, nie poszły na marne.
W wypełnionym kwiatami, kwiatonami oraz ukwiałami pokoju unosił się wyrazisty świąd rui, porubstwa i wysublimowanej duchowości.

Opublikowano Epizod I. Niuanse memuarów. | Możliwość komentowania Epizod I. Niuanse memuarów została wyłączona