Epizod I. Niuanse memuarów

Wyuzdany botanicznie ogród! Rozbuchana biologicznie Hrabina! Hrabia znowu nie trafia! Memuarowe tajemnice buduaru!

Hrabina spoglądała więc w ogrodową dal, przez sprowadzone, aż z dalekiej Kielecczyzny, okno i konsumowała rustykalne widoki, na przemian z kolejnymi dawkami „żołądkowej gorzkiej”.
Rozmyślała o rozpalających ją gazach namiętności, buchających płomieniście w jej członkach i w członkiniach, rozkoszując się przy tym , przepyszną inkrustacją barw w bajecznym ogrodzie, gdzie egzotyczne lemoniady sąsiadowały z wyniosłymi anglosaskimi pokrzywami, sudańską kosodrzewiną i kwitnącą marchwią.
Jej wiecznie spragnione usta, wyzbywszy się opryszczki, domagały się nieustannie gorących pocałunków i drapieżnych pieszczot. Od wielu tygodni rządziła nią żądza, skrywana pod warstwami mediolańskich barwiczek i pudrów oraz masek weneckich.
– Przebóg…- westchnęła z neapolitańskim akcentem – długoż mi jeszcze tęsknicę nosić w mym gołębiu serca, w klatce, tak spragnionej Twego dotyku? Kiedyż ujrzę Cię znowu, mój lwie, Mój bohaterze…
Pomyślała też, przelotnie, o swym mężu, Antoniuszu Alojzym, któremu nigdy, czego była w pełni świadoma, nigdy nie dorówna subtelnością, taktem oraz obyciem w w sferach starej arystokracji.
Jednak, nie nazwisko , klejnot rodowy i dyplomy uniwersyteckie, królewskie, cesarskie i ukończenia korespondencyjnego kursu esperanto,
czynią z człowieka przedmiot pożądania i miłości bezgranicznej.
Nie jego kochała żywiołem namiętności.
Byt jej, zdał się nieznośną boleśnie depilacją wszystkich dni spędzonych pod wyniosłymi dachami rezydencji Przeniewierskich i nocy w jednym łożu z Hrabią, który chrapał.
Źle się czuła na tym pustkowiu, gdzie jeno huty, walcownie i niezbadane chaszcze robotniczych dzielnic, jak okiem sięgnąć.
Tylko ułamek rodowej ordynacji ostał się w tej dziczy.
Walery wsunął się bezszelestnie do bawialni i postawił na stoliku przy fortepianie wysmukłą butlę samogonu z rodowej winnicy.
– Czy Jaśnie Pan zasnął? – Zapytała Hrabina Pulcheria wyczuwając obecność lokaja, za swoimi delikatnymi jak sekwoja, plecami.
Wierny Walery chrząknął – Zdawać by się mogło, że tak, jaśnie pani, pomijając regularne torsje przez sen…
– Domniemywam, Walery, że Pan, znowu nie trafia do koryta.
– To prawda, jaśnie pani. Pan Hrabia od jakiegoś czasu ma z tym pewne problemy.
– Znowu nie trafia – zatrwożyła się i oparła o rzeźbioną kunsztownie w panegiryki i dystychy, framugę okienną – I to tak już trzeci miesiąc…Kiedyś trafiał za każdym razem…Nawet gości zadziwiał tą swoją zręcznością…Och! Jakież złe czasy nadeszły! Podaj puchar, Walery! Nie pusty! Tak, do pełna!
Hrabina wychyliła aromatyczną zawartość, po czym poprawiła fryzurę, która przeszło rok temu, skomponował na jej kształtnej bryle głowy, mistrz nożyc, brzytew i kastetu, Monsieur Boucher.
– Dobrze, że pomyślałeś, Walery, zawczasu, o przepłukaniu mych sponiewieranych ust, przed drugim śniadaniem…Czy…Czy teraz zrozumiał Walery moją aluzję?
– Pojąłem, jaśnie pani, lecz nadal nie znam znaczenia słowa „aluzja” – sługa pochylił się i zaczął zbierać z marmurowo-azbestowej posadzki płatki róż i używane kondomy.
– Niepokoję się o Jaśnie Pana – Hrabina rezolutnie zmieniła temat – od dłuższego czasu wydaje się być osowiały, milkliwy nieco i eteryczny…
Przerwał jej odgłos tłuczonego żyrandola i gromki głos Hrabiego, nieco zachrypnięty – Gdzie ty, kurwa jesteś, stary gadzie?! Walery, podaj i moje koryto, ty mendo! Szambojadzie jeden! Widzisz, co przez ciebie Pan narobił!? Butem pieprzonym stłukł pieprzony żyrandol!
Hrabina odesłała kamerdynera gestem wiotkiej dłoni i po chwili słychać było, jak Walery idzie na górę.
Pulcheria ponownie napełniła puchar.
_ Sante’, Mon Cher…- szepnęła, lecz nie swego męża, hulaszczego filozofa, miała na myśli.
Jej fiołkowo-amarantowe oczęta powędrowały znów do boskiej krainy imaginacyj.
Dopadła ją, skręcająca wiotką duszyczkę, niezmierna potrzeba pochylenia się nad własnym opłakanym losem i sięgnięcia po miłe wspomnienia i butelkę „żołądkowej gorzkiej”.
Najpierw jednak zwinnie wspięła się na drabinę wiodącą ku najwyższym półom i półkom, gdzie pęczniały nieskazitelnie złote grzbiety szeregu memuarów Hrabiny. Pisała niewiele, ot, żeby parę słów każdego dnia nasiąkniętego łzą przejrzystą, przelać po czasie zmarnowanym , straconym, odchodzącym w nicość. Przebiegła wzrokiem dwieście dziewięćdziesiąt osiem ekskluzywnych tomów i wybrała jeden. Ten ostatni, z końca ubiegłego tygodnia, który właśnie zamierzała uzupełnić, pełnymi refleksjami i cierpieniem słowami . Odszukała czterechsetną stronę.
Po chwili siedząc przy otwartej, czystej stronicy opatrzonej w prawym, górnym narożniku, błękitnym monogramem i serduszkiem koloru argentyńskiej cykorii, ujęła w dłoń swoją pióro zwane wiecznym i pociągnęła po kredowym papirusie pierwszy znak.

Dzień był znowuż okropny. Buty uwierają, wódką ciepława, a Walenty to kompletna fujara. Hrabia znowu zrobił się na sztywniaczka, może wreszcie wykituje, jak przepowiada mamusia. Boję się tylko, żeby nie zmienił testamentu, bo wtedy dopiero się narobi.
Muszę być miła i ostrożna.

Hrabina zaczerpnęła powietrza i nieco eliksiru z flaszy. Śpieszyła się z pisaniem, więc pominęła skomplikowaną procedurę z nalewaniem do zawsze niepewnych w takich chwilach naczyń i taktownie pociągnęła do oporu z szyjki. Wena powróciła ustokrotniona niezwykłą mocą najlepszego gatunkowo trunku.

Hrabina zamyśliła się…

Spojrzała na plafon przedstawiający igraszki bachantek z Syfonem na tle alg i powróciła do pisania.
Ciekawe kto tym razem będzie perłą wieczoru? Mam nadzieję, że ten muzyk, którego polecił mi pan Radca, dobrze gra na fortepianie,
bo ten ostatni, był zupełną niedojdą i nie potrafił zagrać porządnego kawałka już po spożyciu literka.

Hrabina zamyśliła się – A jeżeli baron nie będzie mógł przyjechać, albo znowu będzie zajęty jakimś pojedynkiem, lub tłumieniem chłopskiego powstania na Podkarpaciu? Och! żeby tylko nic się nie wydarzyło! A czasy takie niespokojne!

Około południa Hrabia otworzył jedno oko, będąc na tyle przezornym, by nie próbować tego z drugim i siadł sprężyście na łożu, tak jak za dawnych czasów, kiedy jako młody oberkatzenjammermajor służył w k.u.k. Kaiserschwantzbrigade. Jego wierne koryto leżało odwrócone do góry dnem. Pościel była usłana różnymi lepkimi substancjami, lecz nie zasłana. proweniencji owych substancji wolał nie dociekać. Jego szlachetny umysł nie zniósłby ohydy trywialnej prawdy obnażonej z całą okrutną, bezwzględną oczywistą oczywistością. Wolał odszukać swe złocone pantofle i targany dziedziczną migreną, jak uderzeniami ukulele lub waltorni, zsuwał się po balustradzie na dół, ku bibliotece.
Tylko jedno mogło zahamować jego tętniące cierpienie.
Na hebanowym stole oczekiwało od dawna zapasowe koryto, litr ekskluzywnego spirytusu z zamorskich pomme de terre i bigos a’ la carusella. Po pierwszej szklance powróciła nostalgia i świadomość podłego bytu nieszczęsnego dziedzica kolosalnych tradycji historii rodu oraz obciążonej dziedzicznie hipoteki.
Splunął elipsoidalnie przez poręcz rokokowego fotela wprost na pierś rzeźby krasnala autorstwa Celliniego wykonanej z najlepszych włoskich gipsów. Antoniusz Alojzy czuł do małości spraw trywialnych dystans i dysonans.
– Walery! – głos Hrabiego odbił się od ścian i powrócił – przestań pieprzyć Jaśnie Panią i podaj mi gazety najświeższe!
– Jestem…Jaśnie Panie… – Walery jeszcze w progu dopinał spodnie – Jaśnie Pani wyjaśniała mi właśnie empirycznie znaczenie słowa „aluzja”…
– Ch… mnie to obchodzi! – Jak zawsze precyzyjny Hrabia, nalał sobie nieomylnie do szklanki – Podaj mi najświeższy ” Głos Błot Poleskich”,
„Wasz Dziennik” i coś z filozofii … Oooo! „Chlewnię Eschatologiczną”.
– Pani Hrabina zapytuje też Jaśnie Pana, czy nie ma Jaśnie Pan przypadkiem, numeru ” Le Cinema Couchon”? – Walery umiejętnie uzupełnił ubytki w rżniętej w kwieciste eruktacje, szklanicy Pana.
– Jaśnie Pani nie czyta! – kategorycznie stwierdził Antoniusz Alojzy – Jej zdolności ograniczają się do lektury etykiet na perfumach i likierach.
A teraz spierdalaj, bo Jaśnie Pan jest , kurwa , pogrążony w medytacjach, melancholii, i ch… wie w czym jeszcze!
Kiedy tylko zamknęły się zamczyste drzwi za nietoperzą liberią Walerego, Hrabia jął łapczywie pochłaniać bigos przy pomocy platynowej sosjery oraz treść „Głosu Błot Poleskich”.
Na stronicach poświęconych bożkowi bogactw – Mammonowi, czarne litery niosły wieści hiobowe.
Giełdami wstrząsało, jak po ciepłej pomarańczówce.
Akcje, na których spodziewał się zarobić spory kapitał, spadały na łeb, na szyję.
Zarówno papiery Tuczarni Chomików na Grenlandii, stoczni w Ułan Bator, jak i Zjednoczonej Centroprawicy, zawiodły.
Jedynie fabryka ciupag i różańców w Irkucku , rokowała jakieś nadzieje. Giełdy w Suczawie, Trembowli, a nawet w Krynkach, musiano zamknąć na jakiś czas z powodu szalejącej różyczki.
Hrabia potarł znużone czoło i pośladki.
Wychylił się za oparcie fotela i akomodował przez jakiś czas.
Był sam.
Chytrym jaszczurczym susem, dopadł do półki z dziełami zebranymi po ostatniej libacji filozoficznej z rozpasanymi młodzieniaszkami.
Sięgnął głęboko, za opasły tom „Autobiografii” Sokratesa w oryginale i wyjął niepozorne, szmaciane zawiniątko.
Oto jego fetysz. Łza nieskazitelna pojawiła się na podługowatej fizjognomii Hrabiego .
Oto jego najsłodsza pamiątka chwil szczęśliwych, spędzonych sam na sam z ukochaną, niebiańską istotą, która tak blisko, a przecież tak daleko od regularnego spełniania fantazji dzikiego pożądania, wymieszanego z finezyjną tkliwością i delikatnością, uczucia.

Rzucił więc w sarkofag niepamięci swe finansowe porażki, kiedy do policzków swych , wychudłych jak pugilares po wizytach w podrzędnych zamtuzach – przytulał Ów przedmiot delikatny, a intymny zarazem. Oto jedwabne ineksprymable, zdarte z podłego mandaryna podczas powstania bokserów w Kitaju i przywiezione jako łup wojenny, które służyły mu wiernie od dziesiątków lat. Nikomu ich nie powierzał – nawet swemu ojcu, nawet praczce. A teraz stały się relikwiarzem i talizmanem najmilszym. Od nogawek, szczególnie ku tułowiu, widniały liczne pieczęcie miłosnych wyznań jego najdroższej. Wytłoczone było drukiem ust, znakami szminki, którą sam jej podarował. Rozwinął zawiniątko i długo się sycił jego widokiem, oraz spirytusem.

Tymczasem Hrabina Pulcheria od dwóch godzin obmyślała w salonie nową kompozycję kwiatową oraz miłosne. Towarzyszyła jej zaufana pokojowa, Nataszka, która i w jednym i w drugim była niezastąpiona.
_ Jaśnie Pani, czy pan baron będzie dziś także na kolacji? – zapytała z nadreńskim zaśpiewem.
– Imaginuj sobie, że tak, droga Nataszko i Hrabina oblała się pąsem i nalewką z rzekotki drzewnej, którą degustowała ze szklanki – Ach, jakże dawno nie otrzymałam żadnej wieści od barona! Niedługo miną dwadzieścia dwie godziny i jedenaście minut…
– Jakże musi Pani cierpieć przez czas tak długi – Nataszka zręcznie ukryła za dekoltem kolejną srebrną łyżeczkę – Oskomę tak wstrzymywać, to niezdrowo na cerę.
Poczciwa dziewczyna, legitymująca się nieskazitelnymi referencjami z kurii arcybiskupiej oszczędzała, jak umiała, na swój posag. Była już nawet po słowie z gajowym Salodem, który w obliczu chwilowego braku lasu, zajmował się dorywczo kuplerstwem i zoofilią.
Znać było, że lektura frankofońskich romansów i nauki pobierane u wielu sutenerów, nie poszły na marne.
W wypełnionym kwiatami, kwiatonami oraz ukwiałami pokoju unosił się wyrazisty świąd rui, porubstwa i wysublimowanej duchowości.

avatar

Informacje o Alter

Budżetowy pasożyt spod znaku Koziorożca. Miejsce zamieszkania - Polska, czyli nigdzie. Interesują go ludzie i ich historie. Ulubiony tytuł - "Komedia ludzka". Ale tylko tytuł.
Ten wpis został opublikowany w kategorii Epizod I. Niuanse memuarów.. Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

Możliwość komentowania jest wyłączona.