Epizod II. Ineksprymable zdrady

Twardy chleb służebny! Nadchodzi znamienny wieczór! Gościa jadą z daleka! Aura degrengolady!

Fluidy dekadencji krążyły samopas po wiekowej rezydencji, chociaż służba starała się jak mogła utrzymać ład i porządek w labiryncie korytarze, przestrzennych komnat, wykwintnych alkierzy, elewatorów, landszaftów, biedaszybów i innych zakamarków, świadczących o minionym dostatku oraz potędze sławnej familii, zglajszachtowanej w ostatnich czasach okrutnie rozpasaną demokracją.
Po trudach pracy, bezgranicznie oddana Państwu, służba lubiła się zbierać w gotyckiej przestrzeni, ogromnej pałacowej kuchni, gdzie zasiadali przy dębowym stole, będącym niemym świadkiem niejednej gawędy wieczornej i pełnego orgazmu. Prym, jak zwykle, wodził Walery, który bywał tu częstym gościem.
Teraz spożywał skromny posiłek złożony z tartinek z astrachańskim kawiorem, jajek czajczych z rakami, filetów z sarny a’ la Henri, także narogów sarnich, ragout baraniego po irlandzku, móżdżku cielęcego ” au berre noir”, „vol-au-vent” takoż z cielęciny, ozorów w papilotach, sztufady ” boeuf a’ la mode”, turbota „au gratin”, muli „a’ la Bordelaise” oraz budyniu z raków z zielonym groszkiem.
Kucharka Gabrysia dobrze gospodarzyła zapasami Hrabiostwa i zawsze znalazły się okruchy z pańskiego stołu dla Walerego, obsługi kuchni, pokojowych, sufrażystek, ogrodnika z dziećmi i powinowatymi, stajennych i oborowych, dojarek, pomywaczek, tajskich masażystek, listonosza, pułku dragonów stacjonującego nieopodal w miasteczku i samej Gabrysi.
Właśnie robiła na stole miejsce dla deseru, ale Walery stanowczo odmówił.
– Kochana Gabrysiu, nie kłopocz się więcej. Sama widzisz, że już ten skromny posiłek mi wystarczy. Sił mi dodaje sama myśl, że mogę wiernie służyć Jaśnie Panu i Jaśnie Pani…
Zamieszał nabierką do mleka w wiadrze stojącym u jego nóg i zaczerpnął Chateau Lafite z rocznika 1787, popijając obficie nieco pikantną przekąskę.
-Ale cóż… – ciągnął dalej otarłszy rękawem usta – Pan do koryta nie trafia… Pani Hrabina co rusz zapytuje mnie o „aluzje”, a za każdym razem chodzi jej o coś innego…We wsi krowa się ocieliła, a kury gdaczą na nieszczęście…
– Powiadacie pierdoły, Walery złoty! – zaśmiała się Gabrysia – Jaśnie Pan, prawdać, nieco osowiały, ale hodowlą się zajął i co rusz sam do obór zagląda… Pani rozkwita, gdy baron na podjeździe…Nawet Nataszka nie kradnie tyle, co zwykle – Spojrzała na wymizerowanego atmosferą napiętą, jak guma arabska, lokaja i w lot pojęła jego potrzeby duchowe.
– Nuże! Rozchmurz lico i wyprzęgaj się z pludrów, bo ja cię sama rozpludrzę!
Gabrysia zakrzątnęła się przy stole i jęła uprzątać prostą, saską porcelanę, na której spożywała swoje przaśne posiłki pałacowa służba. – Jak się postarasz, to będzie dokładka z deserem, ale nie taka na pańskie stoły, ino nasza, proletariacko – chłopska, ludowa!
Oj, tak, tak ! – Walery pokraśniał z zadowolenia po marksistowsku na samo wspomnienie o znakomicie serwowanych dokładkach kucharki na dębowym stole. Korzystała znich znakomita większość okolicznych wieśniaków, za wyjątkiem jej męża, który wieśniakiem nie był, lecz stangretem.

Jął zatem, Walery, gorliwie się szarpać ze srebrnymi guzami bogato szamerowanej liberii, rozpinając ją gwałtownie, acz sprawnie.. Po chwili, z iście chłopską rują, uchwycił Gabrysię wpół. Męża jej, szczęśliwie wtenczas nie było w majątku, został bowiem posłany w powozie, z paroma pleczystymi pachołami uzbrojonymi w kartaczownice i ze sforą krwiożerczych pekińczyków naprzeciw spodziewanym gościom. Mieli czekać na rozstajach, przy ruinie gospodarki, albowiem w okolicy pojawiło się stado wolontariuszy, w niespotykanej o tej porze liczbie, a wściekle zajadłych.
Nic dziwnego więc, że Walery z plebejskim rozpasaniem zadość czynił Gabrysi na sławetnym stole, bez obaw, że chudy stangret Helmut znowu się zadziwi stając niespodzianie w progu kuchni…
A jednak, nie! Nie wolno!
Elegancka kotara z aksamitu, haftowana w różę i fluksje, wydaje się być stosowną kurtyną dyskretnego, ale zdecydowanego ukrycia sceny, idącej w swej obsceniczności, wyżętej z z elegancji i smaku oraz zanadto zezwierzęconej w swym trywialnym biologizmie.
Kiedy, epizodycznie pojawiający się Autor, przy pomocy wspomnianej kotary zasłaniał niewygodny epizodzik, Hrabina będąca w bawialni, poprawiała właśnie brokatowe story i zraszała je najprzedniejszymi pachnidłami marki „Duchi Kałchoza”, przy pomocy niklowanego, parowego pulweryzatora.
Nataszka w międzyczasie ulotniła się z kolejną srebrną łyżeczką, otrzymawszy, wypełnione najrozmaitszymi szczegółami dyspozycje, od swej Pani..
Zaległy godziny popołudniowe, wypełnione oczekiwaniem i niekończącymi się opisami przyrody. W rezydencji zapanował pozorny spokój, przed burzą, kiedy Gabrysia, poprawiając kokardę z biskwitów na sukience, powiedziała
– Walery, to twój nowy rekord, błyskawico moja!
Jej tęczówki znamionowała rozkosz.
Trzeba było jednak zabrać się do roboty.
Pomocnice, szlachcianki ze zlicytowanego zaścianka, zatrudniono przy kuchennych pracach, polegających na dostarczaniu plotek i robieniu bałaganu. Potrawy i tak, przy takich okazjach dowożono furgonami, gotowe, z miasta.
Właśnie nadjechał jeden z nich wypełniony część potraw i grupę herbowych kuchennych, które swym szczebiotem wprowadzały ożywczy powiew w zastygłe mury Przeniewierza.
Walery uszedł czym prędzej, doglądać kolejnych dostaw wiktuałów, które wymagały jeno obróbki termicznej, niekiedy dodania ozdób, a przede wszystkim spróbowania. Jadło grzano na wielkim piecu, o którym mawiano, taka była miejscowa legenda, że spłonęła w nim żywcem rzucając się w piekielną otchłań, Hrabina Elwiralda Przeniewierska, dowiedziawszy się o zdradzie swego męża Hrabiego Windykatora Przeniewierskiego, prapradziadka Hrabiego Antoniusza Alojzego. Fakt, że nieszczęsna miała ręce związane na plecach o niczym przecież nie świadczył.
Piec był ciągle czynny, ale Hrabina Pulcheria nie zamierzała z niego korzystać w tak mało wytworny sposób.
Znajdowała natomiast wielkie ukontentowanie z narastającego zamieszania wokół gorączkowego oczekiwania na gości, mogących niebawem się zjeżdżać, przerywanego tylko odgłosami gęsto tłuczonego przy takich okazjach szkła i twarzy oraz wystrzałów z wiwatówek, arkebuzów, hakownic, jak również ejakulacji . Ukontentowana była także długim przymierzaniem różnych strojów na wieczór, ale nadal była niezdecydowana. Jej złość narastała z każdą minutą upływającą w rytmie miarowego tykania zegara, który niegdyś zdobił fasadę meczetu w Buczaczu. Czas biegł jak goniec przed stadem rozwścieczonych kochanek w ciąży.

avatar

Informacje o Alter

Budżetowy pasożyt spod znaku Koziorożca. Miejsce zamieszkania - Polska, czyli nigdzie. Interesują go ludzie i ich historie. Ulubiony tytuł - "Komedia ludzka". Ale tylko tytuł.
Ten wpis został opublikowany w kategorii Epizod II. Ineksprymable zdrady.. Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

Możliwość komentowania jest wyłączona.