Epizod III. Meandry niewierności.

Garderoba wysoko urodzonych! Rozterki i intrygi! Niepewność Hrabiego! Gehenna oczekiwania!

Kowal ze ślusarzem starannie dopasowywali na Hrabinie gorset, najnowszego kroju i spawu. Owa część garderoby z wielkim ekspensem sprowadzona do kraju rudowęglowcem zza oceanu, a później barką rzeczną, nie chciała leżeć jak trzeba. Licznym poprawkom, odgłosom kucia blachy i jazgotu wiertarki udarowej nie było końca.
-Nicik się obluzował, pani Hrabino – konfidencjonalnie chrząknął kowal Mateusz upuszczając z wdziękiem dziesięciofuntowy młot na perski dywan – Ale my to naprawimy, dobrodziejko nasza…Dawaj trójeczkę gwintowaną, Felek!
Ślusarz Felicjan podał śrubę, którą kowal wprawnie kręcił we właściwe miejsce swymi grubymi, jak wiejskie dowcipy, palcami.
Rodziny obu rzemieślników od wielu pokoleń służyły rodowi Przeniewierskich jako kowale, ślusarze, konfidenci, rajfurzy i łamistrajki.
Ich plebejskim honorem była wierność Państwu Przeniewierskim oraz dyskrecja, dlatego tak chętnie korzystano z ich usług w pałacu przy różnych okazjach, tak jak teraz, kiedy niesforny gorset stawiał opór szerokimi na dwa cale klamrami, zapinkami, zatrzaskami, zębatkami zapadkami antydefloracyjnymi oraz haczykami z nierdzewnej stali od Kruppa. Z fiszbinowymi żebrowaniami, stelażami, a także pilastrami na wzór joński, poszło już znacznie łatwiej i rzemieślnicy, zadowoleni ze swojego dzieła mogli po pewnym czasie otrzeć pot z czoła zaspokajając pragnienie wodą z wazonu na kwiaty. Hrabina w swej niezmierzonej łaskawości, zezwoliła im także napić się też trochę dwudniowej deszczówki z cebrzyka.
Potem, odprawiła obu poczciwców, mających jeszcze łzy wdzięczności w oczach, łabędzim gestem dłoni i powróciła do dalszych czynności, bo czas biegł nieubłaganie.
Czas, by nałożyć „dessous.
Ale to nie było najbardziej palące zagadnienie w owej chwili, należało bowiem je dobrać, a najsamprzód, odszukać.
Zaczęła zatem rozmyślać o „culotte” najstosowniejszych przy takich okazjach, jak wykwintna kolacja w gronie przyjaciół domu i jego Pani.
Czy może najwłaściwszymi będą te, haftowane w mieście Arras ze scenami polucji Jowisza w objęciach białego nosorożca w delirium?
A może, owe jedwabne dzieło japońskich mistrzów, ofiarowane prababce Hrabiny przez samego Mikado podczas mszy żałobnej za duszę cesarzowej Anny?
Czy może, najlepszym rozwiązaniem będzie nałożenie tych czarnych, koronkowych cudeniek, przysłanych jej kiedyś omyłkowo przez Antoniusza Alojzego, z wszytymi diamentowymi literkami, które układały się w napis: MOJEMU ROBERCIKOWI – FOREVER – ANTONIUSZ?
Ostatecznie przywdziała ciepłe, barchanowe reformy, znalezione w szafce posługaczki. W nich, robiła na baronie piorunujące wrażenie za każdym razem.
Z doborem odpowiedniej sukni nie było aż tak wiele zachodu.
Przez ukryte w ścianie swej sypialni drzwi, weszła do Sali Sukien i podążyła za pierwszą strzałką w prawo.
Stąpając delikatnie znajomym i dobrze spenetrowanym szlakiem, dotarła do upatrzonego rzędu olśniewających kreacji, jedynego, na szczęście, materialnego owocu, małego wypadu ze stajennym do Monte Carlo.
Na chybił trafił zdjęła z wieszaka przepiękną suknię wieczorową z niewyprawionej skóry renifera, zdobionej kunsztownie porożem samicy.
Po krótki namyśle odłożyła ją jednak na bok.
Przecież baron to wielki miłośnik żywej zwierzyny i honorowy Prezes Stowarzyszenia na Rzecz Uproszczenia Damskiego Stroju!.
Więc, może stylizowana na pełnopłytową zbroję krzyżowca, sukienka uszyta w hinduskiej rękodzielni z delikatnego muślinu będzie odpowiednia? A do tego wierna replika trzynastowiecznego hełmu garnczkowego?
Nie. W nim już była na raucie u Himmelhergotschaftów! Wybuchłby niebywały skandal towarzyski!
W końcu wzrok jej padł na stojącą wyczekująco w kącie, zapomnianą i niepełną, butelkę „żołądkowej gorzkiej”.
Nad flaszą wisiała samotnie, skromna, wyszywana platynową nicią, jedwabna suknia wieczorowa, obszytą perłami i małżowinami w asyście topazów, rubinów oraz z piórami nielotów u ramion.
– Znak niebios – szepnęła Hrabina i natychmiast przepłukała usta trunkiem wprost z butelki, a następnie powtórzyła tą czynność zdecydowanie śmielej.
– Manus Dei – powtórzyła, pąsowymi, jak nalepka na keczupie, usteczkami – prawdziwy znak Niebios…
Na szczęście ta suknia, jako jedyna była względnie czysta.
– Przy świecach i po pijaku nikt nie zauważy – rozanielona Hrabina udała się bezzwłocznie do swych apartamentów i zadzwoniła na garderobianą oraz Nataszkę.
Przyszła tylko ta druga, ponieważ garderobiana od trzech miesięcy przebywała w Paragwaju, dokąd uciekła ze strażakiem wiejskim w porywie dzikiej namiętności. Hrabina Pulcheria natychmiast zażądała sprawdzonego leku na melancholię, w postaci oszronionej karafki sądeckiej wiśniówki wzmocnionej najczystszym spirytusem.
Ból głowy ustał, lecz nie Hrabina. Po dłuższej chwili wstała z dywanu i ujęła omyłkowo lorgnon zamiast kieliszka.
– Czy Jaśnie Pan u siebie – zapytała mimochodem,
– Zdaje się, że Jaśnie Pan szykuje się na przyjęcie gości – odrzekła Nataszka – Wezwał Walerego z listą zaproszonych gości.
Hrabina wyjęła egipskiego, długiego papierosa z etui wykonanej ze skóry diabła tasmańskiego i nasadziła go na długą na łokieć, porcelanową cygarniczkę.
Nataszka zręcznie się uchyliła.
– Jaśnie Pani życzy sobie mojej pomocy?
– Owszem, Nataszko,,,Z grubsza już wiesz, co masz robić – Pani zaciągnęła się głęboko wonnym dymem z kraju mumii – Miej baczenie na wszystko i wszystkich dookoła…Szczególnie na Jaśnie Pana Hrabiego…Informuj mnie o wszystkim. Co do innych gości, to, jak wiesz, będzie pan prezes Liczman z małżonką, którego podejrzewam, że w swej chorobie zwanej kleptomanią, podkrada podczas swych wizyt u nas, srebrne łyżeczki i sztućce…Tasak też zniknął… Straszna przypadłość – westchnęła.
– Oj, tak – zawtórowała Nataszka -I to tak, zupełnie bezinteresownie.
– No właśnie – ciągnęła Hrabina – z kolei, marszałkowa Kluczborska miewa niekiedy ekstrawaganckie zachowania, co wynika z jej nonkonformizmu i świadomego epatowania manifestacyjnym sprzeciwem wobec istniejącego porządku polityczno-ekonomicznego oraz pogłębiającej się dychotomii moralnej społeczeństwa…Rozumiesz, moja droga, co mam na myśli?
– Znaczy, mam pilnować, kiedy pani marszałkowa już się upije, żeby nie zadzierała sukien, nie nacierała się kawiorem i nie tańczyła na stole.
– Domyśliła się pokojowa.
– Exactement, Nataszko…Życzę sobie, żeby odpoczywała tam, gdzie zawsze oraz nie wprowadzała w towarzystwo zbędnej konsternacji i zamieszania…
– Rozumiem, że w schowku na szczotki szmaty pod schodami do kuchni? – przypomniała sobie pokojowa – Ale tam zazwyczaj odpoczywa pan wiceminister Wolta, a i Jaśnie Pan lubi sobie zajrzeć…
– Nieważne – ucięła temat Hrabina – Zmieszczą się z pewnością wszyscy. A teraz podaj mi coś do picia i słuchaj dalej..
Kiedy ugasiła już pragnienie łykiem balsamicznej wiśniówki, usiadła na sofie i mówiła dalej.
– O wiadomej godzinie, kiedy nastrój zrobi się już swobodniejszy, podasz dyskretnie liścik panu baronowi…Mnie już wówczas nie będzie wśród gości…Comprenez vous, ma cher?
– Oui, Madame – odrzekła Nataszka, zaskakując sama siebie znajomością języka francuskiego – Wszystko tak, jak ustalone…
Hrabina podeszła do inkrustowanej drogocennym granitem i bazaltem sekretery. Nacisnęła ukryty guziczek i wtedy z lekkim trzaskiem, otwarła się tajemna szafka. Antoniusz Alojzy nie wiedział o wielu małych sekrecikach Hrabiny, także i o tej, jednej z licznych, skrytce w starożytnym meblu. Były tam, lube listy od barona, rodzinne fotografie pornograficzne, wkładki ortopedyczne do butów i inne miłe pamiątki, jak na przykład – tylne siedzenie z wyścigowego roweru na którym całowała się pierwszy raz z baronem, mały bungalow i bumerang za pomocą którego polowała na Aborygenów na Antypodach. Był też mały głaz znad Niagary, zdechła jaszczurka, której nie udało się odratować zeszłej jesieni, połowa „bursztynowej komnaty” (drugą przechowywał papa Hrabiny) i tym podobne, miłe sercu damy pamiątki, łączące sentyment z niewielką użytecznością, ale stanowiące wielką wartość dla wrażliwej duszy i wysublimowanej istoty.
Wyjęła ze schowka maleńki, papierowy pakiecik i podała z nabożną czcią służącej.
– W twoje ręce mój los i przyszłość powierzam – szepnęła wzruszona Hrabina. Targnął nią szloch, uciszony nalewką z rzekotki drzewnej i kęs marcepanowego bambusa.
– Teraz już idź…Pamiętaj…W twoich rękach wszystko…Módl się za pomyślność… – Szepnęła Hrabina przymykając oczy w przeczuciu nadchodzących rozkoszy.
– Już się modlę – odrzekła Nataszka.
Schowała srebrną nabierkę do ponczu za dekolt i wyszła.

Hrabia tymczasem, na przemian, oglądał brudną chusteczkę do nosa, która przypominała mu mapę sztabową Pojezierza Drawskiego, bądź zerkał na listę zaproszonych gości.
– Jaśnie Pani znowu dopisała małe co nieco – warknął i cisnął kamionkowym kałamarzem w kierunku czarnofigurowej amfory attyckiej.
Nie w nią jednak trafił, lecz w porcelanową, chińską wazę z czasów cesarza Quianlong.
Nawet się ucieszył, bo nie lubił tego pstrokatego szkaradztwa. Zazwyczaj wrzucał do niej niedopałki cygar i zużyte skarpetki..
Natrętny, nieodłączny krwi hrabiowskiej, ból czaszki byłby go powalił, gdyby nie zbawienna porcja spirytusu, podana zawczasu przez, nieomal
jasnowidzącego, Walerego, który stał w pełnej oczekiwania postawie przy fotelu swego Pana.
– Kombinuje, k…. jego mać! Jak jasny ch.., kombinuje! – mruczał i spluwał do koryta stojącego na stoliczku obok.

Rży na sam widok…

– Ta stara pudernica myśli, że wywiedzie mnie w pole! – Spojrzał przebiegle na Walerego – Wiesz, co masz robić, stary koniu?!
– Tak, jest, Jaśnie Panie…Czuwać nad każdym krokiem Jaśnie Pani i nie spuszczać jej z oka…
– Właśnie! – Hrabia rzucił w starogrecką amforę kielichem, tym razem celnie – Pilnować jej kroku i nie spuszczać! Miej też oko na tego wrednego wnętra, barona…Rży na sam widok Jaśnie Pani i nie jest w stanie tego rżenia powstrzymać! Osioł jeden!
– Wnęter, Jaśnie Panie – poprawił usłużnie sługa – jak nader trafnie, raczył Pan Hrabia scharakteryzować pana barona, wnęter…
– Masz rację, stary koniu! Taki napalony, w d… je….! Ale nic to! Idź i działaj! Ja sam przywdzieję coś odpowiedniego na wieczór.
Walery wyszedł bezszelestnie, pozostawiając swego Pana z myślami i snującymi się leniwie wizjami niejasnej przyszłości.
Hrabia czułby do siebie głęboką pogardę, gdyby uległ jakiemuś chwilowemu załamaniu, żyjąc w trywialnej świadomości permanentnej zdrady swej żony.
Wiedział, że płomień dawnej miłości wygasł już dawno, a konkretnie podczas składania podpisu na dokumencie intercyzy przedślubnej.
Zazgrzytał platynową koronką zębów na samo wspomnienie tej żałosnej chwili, jakże niekorzystniej dlań materialnie.
Przepełniała go gorycz zmieszana z odrobiną filantropii.
– Puściłbym tą sukę z torbami!- Pomyślał marzycielsko – Ale ze dwie suknie bym jej w mordę rzucił na odchodne! Niechby pamiętała dobroć Antoniusza Alojzego Przeniewierskiego!
W istocie, obecna sytuacja była mu całkiem na rękę.
Plan dojrzewający długo, mógł się wreszcie zmaterializować, czyniąc dziedzica Przeniewierowa najszczęśliwszym z ludzi.
Rozerwałby teraz najchętniej uciskający go kołnierzyk, ale ten był już rozerwany od pewnego czasu. Spenetrował więc ostrożnie swymi długimi palcami miejsce na szyi.
Znowuż wyskoczyła mu arystokratyczna gula, jeszcze jedno, dziedziczne przekleństwo nieszczęsnego rodu.
Westchnął dogłębnie i powrócił do przeglądania listy gości.
Była sporządzona na wykwintnym pergaminie konstancińskim karolińską majuskułą. Niektóre nazwiska skreślono odręcznie, a obok pojawiły się nowe, dopisane charakterystycznym pismem Hrabiny, nieco drżącym, lecz eleganckim.
– Znowuż była pijana, jak sowa! _ Hrabia starał się przypomnieć twarze znanych mu osób z listy, zaproszonych na wieczorne przyjęcie.
– Narąbana! Narąbana, jak lokomobila pod parą!
Niektórych nazwisk nie kojarzył zupełnie, ale spirytus posiadał moc usuwania ciemnej mgły amnezji z jego umysłu.
– Baron…Jest.Sam go zaprosiłem, s…..syna! Liczman ze swoją megierą…Wolta. Oooo! Ten to się lubi napić! Dobrze… Kluczborska ze swoimi fanaberiami…Niech jej będzie…Kiłowienko…Kto następny? Aaaa! Dwie stare lesby, panny Przyjeździeckie…Też się upiją…To rzecz pewna…
Generałek…Niegroźny…
Przeglądał listę z niecierpliwością, w której nie było już złości, lecz wzrastające rozbawienie i świadomość kontroli nad sytuacją.
Wydawało mu się, że całkowicie przejrzał plan Hrabiny.
Nie będzie więc utrudniał jego materializacji, a wręcz przeciwnie. Pulcheria stała się jego atutem i mimowolnym sprzymierzeńcem.
Jego plan wydawał się być bliskim realizacji.

avatar

Informacje o Alter

Budżetowy pasożyt spod znaku Koziorożca. Miejsce zamieszkania - Polska, czyli nigdzie. Interesują go ludzie i ich historie. Ulubiony tytuł - "Komedia ludzka". Ale tylko tytuł.
Ten wpis został opublikowany w kategorii Epizod III. Meandry niewierności.. Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

Możliwość komentowania jest wyłączona.