Epizod V. Awangarda krwi błękitnej

Wieczór dystyngowany! Rozpusta i wyuzdanie pod maską bon ton’u! Zagadkowe wydarzenia! Przekleństwo Przeniewierskich!

Hrabina tymczasem pilnie nasłuchiwała odgłosów z zewnątrz, lecz poza charakterystycznym tokowaniem głuszców, odgłosami godowymi łosi i leszczy oraz porykiwaniem gajowego Saloda, który po pijanemu wszedł w jałowiec. Póki co, nie było słychać charakterystycznego stukotu kół powozów zajeżdżających na pałacowy podjazd. Na ile potrafiła, Hrabina Pulcheria, stała nieruchomo przy oknie, bawiąc się perłami i małżowinami wszytymi na swą wspaniałą suknię.
Wreszcie, jakiś ruch się zaczął u wylotu drogi wiodącej wśród starodawnych drzew do siedziby Przeniewierskich.
Jakby umówione na tą szczególną chwilę, zaczęły się pojawiać lśniące czernią lakieru eleganckie powozy, karawany, automobile a nawet, lokomobile.
Z gestem wielkopańskim, elita narodowa kierowała się, krwią szlachetną dyktowanym instynktem, ku miejscu historycznemu i sławnemu, jakby duchy wielkich władców, którzy przecie mogli tu być, wskazywały drogę. Hrabina odruchowo napiła się „żołądkowej gorzkiej”, a Hrabia oczekujący piętro wyżej, zwymiotował na barwne ilustracje otwartych „Ptaków Ameryki” John’a James’a Audubon’a. Rozbawił go ten fakt poprzez intelektualne skojarzenie, niedostępne zwykłym śmiertelnikom i zanosząc się, między innymi od śmiechu, podszedł do lustra
– Nooo! – rzekł sam do siebie przejrzawszy się w kryształowym zwierciadle. – Otom jest gotów iść na wyzwanie przeznaczeniu.
Strój był wyborny, staranny i dystyngowany. Hrabia prezentował się okazale, czako było aż nadto widoczne, spodnie dobrze opięte, a agażanty okrywały dyskretnie wąskie arystokratyczne dłonie. W szczególnych okolicznościach, a te takimi były, Hrabia okazywał niezwykłą, niemalże pedantycznie perfekcyjną staranność w doborze stroju i odpowiednich do niego dodatków. W oczach Hrabiego Antoniusza Alojzego płonął ogień, podsycony jeszcze na progu szklaneczką spirytusu.
Naprzód! – wydał dziarską komendę, przekroczył próg i wyszedł z biblioteki.
W holu zastał oczekującą na niego Hrabinę Pulcherię w towarzystwie Nataszki. Walery stał u drzwi wraz z dwiema pokojówkami, a orkiestra symfoniczna sprowadzona specjalnie z Sankt Petersburga, stroiła instrumenty, słychać było charakterystyczną kakofonię dźwięków, szczęk przeładowywanych kałasznikowów, uzupełnianych pośpiesznie magazynków i szelest kart partytur. Państwo wyszli na ganek, a za nimi ustawiły się pokojówki niższej rangi, kilka bezdomnych kurtyzan i wierzycieli, paru rosłych parobków w stringach oraz dwóch czarnoskórych, nubijskich niewolników z wachlarzami z piór ptaka moa. Orkiestra zagrała tusz – piątą symfonię Mahlera, kiedy pierwsze pojazdy zatrzymywały się na onyksowych płytach podjazdu i zaczęli z nich wychodzić zaproszeni goście.
– Pan Senator Miron Kiłowienko bez małżonki – anonsował Walery za pomocą mosiężnej tuby. – Zdecydowanie woli chłopców… Silne skłonności
do hipochondrii i hipokryzji…Maść biała…Czterokrotnie wygrywał wybory w tym Wielką Pardubicką trzykrotnie…Obecnie senator piątej kadencji Najjaśniejszej Republiki…
– Witamy panie senatorze – Hrabina podała smukłą dłoń mężowi stanu – To prawdziwy dla nas zaszczyt gościć tak znakomitą osobistość…
Och, Pani Hrabina jak zwykle aż nadto łaskawa dla skromnego sługi narodu – senator zgiął swój długi tułów zbliżając szczoteczkę ryżych wąsów do urękawicznionej ręki Hrabiny – doprawdy, nadmiar łaskawości…
– Nie pierdol, tylko właź, bo inni czekają w kolejce – przywitał Kiłowienkę Hrabia – Masz być dzisiaj grzeczny i nie dobierać się do stajennych, jak ostatnio. No!
Nubijczyk poprowadził gościa w głąb holu, a tymczasem Państwo witali już, przybyłe luksusową lokomobilą, Panny, Klempę i Łoszę Przyjeździeckie. Hrabia na ich widok splunął a Hrabina lekko się odsunęła.
– Bez komentarzy, Walery – uprzedził sługę Hrabia – Wszyscy je dobrze znają! Nadawaj następnych!
Panny Przyjeździeckie były oczarowane serdecznym przyjęciem i szeleszcząc swymi zawieszonymi na krynolinach sukniami, pożeglowały dalej w asyście pokojowej, z czego były serdecznie rade.
I tak, raz za razem sznur gości przed wejściem rzedniał, a wnętrza pałacowych sal zaczęły wypełniać się śmiechem, inwektywami i gwarem ożywionych rozmów. Pewną niespodziankę sprawił generał Wykręt-Wkrętnicki, który na przyjęcie przybył w towarzystwie swego osobistego spowiednika ubranego w regulaminową sutannę. Generał był w swoim ulubionym zielonym mundurze z licznymi dziurami po kulach karabinowych i szrapnelach. Generalskie ordery w skrzynce relikwiarzowej, pamiątce z wyprawy krzyżowej na Adrianopol, niósł spowiednik.
– Ładna koloratka – zainteresował się Hrabia – gdzie pan taką nabył?
– W Twoje ręce Ojcze, los swój powierzam – szepnął spowiednik generała, złożywszy modlitewnie dłonie – Twój sługa…
– Nie znam tej firmy – przerwał gospodarz i zwrócił się do siwego wojaka – A co pan generał ? A ten tutaj…Nowy adiutant jakiś?
– Ha! – jowialnie huknął generał z wyraźnym chabarowskim akcentem – Ot, nasłali swołocz z kurii! Na dywizyjnego duszpasterza, znaczy sia!
Wojsku w głowach moncić miłością bożą zamierzał, ot co! A ja go awansował i swoim przybocznym spowiednikiem uczynił, Ha! Pod ręku zawsze mam ja go, bo i grzechy moji musi znać ze szczegółami jak regulamin! Mało pali! Czasami zagada… A piji jak smok!
– O! – Hrabia spojrzał na spowiednika z większą sympatią – zawsze coś, chociaż nieco monotematyczny…
– Jak siem rozkrenci to zobaczysz Hrabia, jaki to ananas! – Generał pociągnął za sobą spowiednika i zniknął w głębi pałacowego holu.
– Prawdziwy oficer i dżentelmen – skwitował Hrabia ukradkiem pociągając jakiś płyn przez rurkę przemyślnie poprowadzonej rękawem aż do niemałego, płaskiego zbiorniczka ukrytego w wewnętrznej kieszeni kamizelki.

Tak oto, witano dostojnych gości z należną każdemu czcią i zgodnie z wyszukanymi zasadami savoir vivre’u wpojonymi uczestnikom przyjęcia już od dzieciństwa a nawet wcześniej,i rozwijanymi niebywale poprzez etyczne samodoskonalenie elity społecznej.
Goście wkraczali w dostojne mury z godnością, za wyjątkiem wiceministra Wolty, którego z godnością wniesiono i od razu umieszczono w skrytce na szmaty i szczotki pod schodami wiodącymi do kuchni.
Hrabina jednak była coraz bardziej nerwowa, gdyż Ten, którego tak gorączkowo wyglądała ciągle nie nadjeżdżał.
Wreszcie, ba drodze pojawili się dwaj starozakonni, piesi sygnaliści, przyodziani w barwy herbu Płaziniec. Wpadli kłusem na drogę wiodącą do pałacu wygrywając hejnał powitalny. Za nimi pojawiła się poczwórna, złocista lektyka z kataryniarzem na dachu, wygrywającym Mszę h – mol
Jana Sebastiana Bacha na swym mechanicznym instrumencie.
Baron Perwersy Mierzwicz herbu Płaziniec, nie mógł zajechać w gościnę z większym przepychem i wytwornością.
Jego lektyka wzbudziła westchnienia zachwytu i zazdrości zgromadzonego przed pałacem, tłumu.
Baron lekko wyskoczył z jej wnętrza, nagrodził kostkami cukru chińskich tragarzy i zwrócił się swym orlim profilem ku witającym go pod marmurowym tympanonem wejścia, gospodarzom.
Hrabina pobladła, a Hrabia zwymiotował na ratlerka marszałkowej Klaustrofobii Kluczborskiej, na co korpulentna dama nie zwróciła uwagi, również zafascynowana bajecznym widokiem barona.
Wspaniały był.
Odziany w atłasowe pantalony w błyskawice srebrno – szare, z fontaziem platynowym na prawej łydce, a jego łososiowy kaftan z mintajami pokryty arabeskami, okrywał śnieżnobiałą nocną koszulę zawiązaną u lewego boku w gordyjski węzeł. Wąskie, sportowe biodra barona spięte były szerokim strażackim pasem skórzanym, ozdobionym okazałym, malinowym kutasem z frędzlami. Szpada florencka połyskiwała nieskazitelnie złocistymi refleksami.
– Ja cie pier…. – pomyślał Hrabia – Szykuje się na grubsze polowanko na moją starą…Bon chance, panie baronie…
Hrabina nadal uśmiechała się blado, Hrabia zbierał ciągle myśli, więc pierwszy ozwał się baron Perwersy.
Silnie grasejował, co było jeszcze jednym dobitnym dowodem na jego niezmiernie arystokratyczne pochodzenie i krew błękitną w najlepszym gatunku.
– Phoszę wybaczyć łaskawi gospodarze, jeśli cień gnomonu przekroczył już wyznaczoną ghanicę, naznaczoną rhączką w pozłocie dnia hozjaśnioną, na kahcie zaphoszenia.
Tu skłonił się dwornie ku Hrabinie.
– Cny gospodarzu – baron zwrócił się do Hrabiego, który akurat wycierał usta rękawem – niech mi będzie wolno wyhazić swą hozkosz z takiego zaszczytu, jakim jest przebywanie w pośhód przedstawicieli Pahnasu, gdzie zwykły pahias nie sięga nawet wzhokiem. Oto stan hycehski w całej khasie. Dumny i potężny. Niezłomny i szlachetny. Wypełniony ideami i piękny sam w sobie.
Hrabia celowo głośno puścił bąka, chcąc przerwać tyradę, ale baron zdawał się być niewzruszonym w postanowieniu wygłoszenia całej mowy, której uciążliwie i mozolnie uczył się na pamięć od trzech dni, robiąc sobie tylko krótkie przerwy na oglądanie serii fotografii nagiej Hrabiny, będące pamiątki z ostatniej schadzki, oraz depilację piersi i dolnych partii swego nieskazitelnie męskiego tułowia.

avatar

Informacje o Alter

Budżetowy pasożyt spod znaku Koziorożca. Miejsce zamieszkania - Polska, czyli nigdzie. Interesują go ludzie i ich historie. Ulubiony tytuł - "Komedia ludzka". Ale tylko tytuł.
Ten wpis został opublikowany w kategorii Epizod V. Awangarda krwi błękitnej.. Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

Możliwość komentowania jest wyłączona.