Epizod VIII. (cz.1. i 2.) Egzema upadku

Zapisane na skórze! Ludowe opowieści! Pazerne pazury!

Ja, Lolo Verschwender, kupiec…
Nieznajomy przerwał, jeszcze raz spojrzał na stłoczonych wokół stołu, chętnych wysłuchania opowieści, karczemnych gości i rzekł znad okularów.
– Nazywam się Jan Loser, mówię teraz, bom się jeszcze nie przedstawiał swoim wybawicielom. Uczciwy ze mnie człek, chociaż grzeszny.
Chciał mówić dalej, ale gwar podnieconych głosów mu nie pozwolił.
– Dobra! Dobra!
– Który puścił bąka!?
– Świnia!
– No, nie bądź taki.
– Przestań! Weź te łapy! Dzisiaj boli mnie głowa!
– Czytajże wreszcie!
– Dzban ci odbierzem, jak nie zaczniesz czytać!
Ten ostatni argument przekonał ostatecznie gawędnika. Pochylił się nad manuskryptem i jął powoli, acz wyraźnie sylabizować, wodząc swoim spracowanym, chłopskim palcem
po nierównych linijkach tekstu.

Ja, Lolo Verschwender, kupiec i głupiec – jedyny spośród ośmiu dzielnych mych druhów, który jeszcze przy zdrowych zmysłach pozostał, zapisuję te słowa ku przestrodze i na pamiątkę okrutnej przygody.
Wyprawiliśmy się w pięć wozów zaprzężonych w mocarne byki, pojone ciemną dywidendą i karmione najlepszą paszą wielkich koncernów. Jechaliśmy na zwyżki pokryte przez wrzosy oraz te dziewicze, bujające w górze, ku którym dzielne byki łby podnosiły i radośnie ryczały. Przemierzaliśmy krainę zwaną Sesją i wszystko szło dobrze, aż stanęliśmy pod wieczór rozbić obóz, bo nocami Sesja całkowicie zamiera. Porachowaliśmy zyski, oczekujące nas niebawem i spokojnie zasnęliśmy w swoich wozach nawet nie szukając hotelu, bo karaluchy tameczne – sławne i zajadłe na ludzi, szkolone przez wredną konkurencję. Nad ranem krzyk przeraźliwy wrwał mnie ze snu. Oto moi towarzysze stali nad bykami, leżącymi kopytami do góry. Padnięte, sponiewierane, z wywalonymi jęzorami, ślepiami wybałuszonymi, pogwałcone i wywałaszone. Cały towar diabli wzięli, albo lepiej diabeł, bośmy go rychło ujrzeli, jak podążał ku nam z doliny, sadząc olbrzymie susy. Niedźwiedź szedł. Ale jaki niedźwiedź! Spasiony, ciężki, kosmaty – nad wyraz nieprzyjemny. Ślepiska miał przekrwione i żarłoczne, a z obrzydłej, wiecznie głodnej paszczy, na kilometr cuchnęło nieszczęściem. Wszyscy zamarli, a niegodziwy miszka podskoczył do nas nadspodziewanie zwinnie, stanął na dwóch łapach, ukłonił się, splunął obficie i powiedział ochryple.
– Witam Jegomościów.
Zamarliśmy, niektórzy nawet padli na kolana, bo nogi mieli jak z waty.
Niedźwiedź ujął się pod boki i patrząc na nas z góry, rzekł.
– Takeście sobie, chciwe klawesyny, myśleli, że na górkach Sesji majątek zrobicie. Otóż nie zrobicie.
I tupnął nogą.
Zatrzęsło. Zabłysło. Pociemniało. I znowu zabłysło. A potem cały świat szlag trafił.
Wszystko się zakręciło i odwróciło na podszewkę – gdzie przed chwilą była górka, zdająca się rosnąć w nieustannej, erekcyjnej hossie, tam rozwierała się jama, czeluść, dół śmierdzący zgnilizną i upadłością wieczystą. Gdzie łagodne zbocza, a jednak pnące się wytrwale ku górze – tam przepaść, Ultima Thule, nieskończona otchłań wsysająca całą materię wszechświata. Niebo było na dole, jak i wszystko – zaś nad głową: pustka, śmierć, przerażająca nicość, nie mająca innego imienia niż Zagłada.
Uciekłem, anim nie wiedział jak, ani dokąd. Pustka, pył szary, mgła roztartych na proszek nadziei inwestycyjnych, Słyszę, że Misza jest niedaleko – a czego się dotknie – pada z hukiem, rozlatuje na drobne, marnieje. Teraz chowam się w małej niszy bankowej i notuję te słowa, choć rylec się ślizga, kamień jest oporny, a każde włókienko nerwów drży w śmiertelnej obawie. Ale wiem, że jest blisko, że nadchodzi. Słyszę go. Sapie. Bździ. Idzie i niszczy. Nadciąga burzyciel.

– I tu się pisanie kończy, moi dobrzy ludkowie – Loser, zwinął zapisaną skórę, trzy razy nań nasmarkał starodawnym zwyczajem i schował zwitek do pludrów z lubością przez chwilę
w nich mieszając – Ale to nie koniec opowieści, albowiem to, co nastąpiło później, nawet
z odległej perspektywy mego przysiółka, rzędu parchatych czworaków, albo jak zawistni powiadają, osiedla wykwintnych willi w stylu rustykalnym, wyglądało strasznie. Niedźwiedź zaczął pojawiać się w mieście. Znać, poszedł za tropem nieszczęsnych kupców i trafił, psia jego mać, swoim węchem nieomylnym wiedziony, do miasta. Najpierw zaczęto widywać go nocami jak sapiąc, rozglądał się ciekawie, a gdzie przeszedł – zostawała dziura na pół łokcia pełna łajna i smród się ciągnął za nim, niby nakaz komorniczy za moim, Panie świeć nad jego zbankrutowaną duszyczką, wujaszkiem Kundziem. Niedźwiedzisko, przechadzało się spacerkiem na zadnich łapach, zaglądało tu i tam, coś do siebie gadało, zapisywało w grubym notesie, podliczało i się podśmiechiwało, mlaskało przy tym i czochrało się brudnymi pazurami po swoim wzdętym, obleśnym żywocie, albo lepiej rzec – wrednym kałdunie. A o świtaniu, na szlaku misiowych, nocnych przechadzek, lament się podnosił wniebogłosy i okrutne wyrzekania. To jęczeli sklepikarze, sprzedawcy, proboszczowie, łapiduchy, kupczykowie przekrętni i nieprzekrętni, mamki z mamoną, panienki z rabatem i wszyscy, którzy jakoweś sprawy zarobkowe prowadzili. Każdy budził się rano oskubany do czysta, wyssany z czego miał, ogołocony. O! Dobre słowo! Ogołocony, jak szwedzki stół w kirgiskim hotelu klasy lux. Nawet burdelmamy się żaliły, że nie tylko młodość, ale i świeżą dziewiczość, sam kwiatostan dziewczęcej niewinności, utraciły bezpowrotnie po takiej misiowej rejzie.. Ale czy to akurat niedźwiedzia była zasługa, tego na pewno, nie wiem. Jako było, tako było, ale przepadło, rozpadło się, ulotniło się eterycznie, wysublimowało. Było – nie ma. Niedźwiedzisko zaś, zrobiło się bezczelne i wyuzdane w swojej niecnocie. Już nie po nocach, ale w biały dzień dopadało spokojnych mieszczan. A to, wszystkie buty szewcom na podszewkę wywróciło i jeszcze napaskudziło do środka, tak, że już tylko wyrzucić albo spalić. A to, gospodyniom zupę na chrabąszczach, prosto z garów na piecu, niepomne waru i na war nieczułe wypijało, siorbiąc i obrzydle mlaskając. To znowuż wszystkie banki i kantory w mieście, w górę czarodziejsko uniósłszy, zamieniło w obłoki pierzaste, chmurzyska czyli wodną parę i rozganiało na cztery wiatry, albo i więcej, bo od wiatrów, to miszka – specjalista, fachman – oberbździciel. Pouciekali kupcy, bo towar nogi dostał i zamieszkał w lasach oraz na cuchnących mokradłach, wertepach, na torfowiskach i giełdowych pobojowiskach. Powychodziły za mąż, czym prędzej, wszystkie panny, żeby cnotę stracić jak się należy, w stadle, a nie przez niedźwiedzią pazerność i złodziejstwo, w chwili lekkomyślnego gapiostwa lub przez sen. Która nie wyszła, a nie zaszła w międzyczasie, także w zarośla, na mokradła i w bagna się wyniosła, podkasawszy spódnice, damskim, wyciągniętym kłusem, a nawet galopem. Namnożyło się od razu w okolicy, nimf błotnych i bagiennych panien, leśnych dziewic i puszczańskich niedajek, puszczalskich szyszkozmorek,
i pazernych na chłopów, omszałych paprotnic. Strach do lasu iść, ale jeszcze większe, goleniowe dygoty
u tych, co w grodzie pozostali.
A w mieście?
Rejwach straszliwy i gwałt się podniósł, zamieszki, zapaski i podpaski uliczne na całego, moi dobrodzieje. Wozy Straży Dobrego Obyczaju z ministrancką posługą, jeździły w te i nazad, polewając święconą przez jaśnie oświeconego margrabiego i jego biskupów, wodą. Chłodziły sakramencko, gęstniejące tłumoki oraz tłumki bez tłumaczenia, żeby tłum stłumić, zgasić, prześwięcić, zindywidualizować, ujednostkowić, spersonalizować oraz wyprostować każdemu drogę do domu, zmywszy głowę i sprawiwszy łaźnię, jak się patrzy. Kto oporny i na święconą wodę odporny, temu różdżki czarodziejskie, w delikatnych, lecz sprawnych dłoniach, szkolonych w magii trabantów i ministrantów, wypisywały na grzbiecie, tudzież na piszczelach, a nieraz i na licu, dokładną mapę plastyczną Wyżyny Abisyńskiej z przyległościami. Końca nieszczęść jednak ciągle nie było widać, mgła niepewności jutra zasnuła przyszłość, a nikt jej przepowiedzieć nie potrafił, bo wróżki się wyniosły albo pobankrutowały, ponieważ niedźwiedzisko pożarło wszystkie talie tarota, szklane kule, kruki, papugi, czarne, gadające koty, a nawet fusy, bo i fusom, nienasycona bestia nie przepuściła, więc nie było z czego wróżyć.
Takie to nieszczęście nad nieszczęściami z okrutnym niedźwiedziem, moi dobrodzieje.
Mawiają jednak niektórzy, ale po cichu, rozglądając się ostrożnie na boki, że to bujda i że miszki nie ma, i nigdy nie było. Niby, że to jaśnie oświecony margrabia i jego biskupi sobie wymyślili, aby mieć na kogo zwalić winę za własne grzechy, niedołęstwo, tudzież chciwość, skoligaconą z pałacową niekompetencją. Alboż można im wierzyć, takim mącicielom – warchołom?
Azaliż święci biskupi mieli by kłamać?
Miałby – li łgać, jaśnie oświecony, szlachetnego rodu, prowadzony nieomylną Manus Dei, margrabia?
Niepodobna, ale mówię o tym, bo i takie głosy słychać, jak nieśmiało z kątów popiskują.

Nagadawszy się do woli, Loser przyciągnął dzban ku sobie i jął gasić pragnienie w rytmie disco polo. Jego opowieść, pełna była słusznych ideowo, ludowo – proletariackich symboli, podszyta niepiśmienną tradycją gawęd sławnego, włościańskiego bajarza z gór, Junga Freuda, co to chodził od chałupy do chałupy i przygrywając sobie na góralskim klawesynie,
opowiadał stare klechdy za pajdę razowca z bykowcem, a jednocześnie niewinna i szlachetna w swojej prostocie, jak komputery ATARI, wykuwane w samotnych kuźniach pod Laskiem Bulońskim, przy akompaniamencie modlitewnych psalmów dobiegających z krzaków, nuconych mormorando przez pobożnych eremitów, od których tam się roi.
– A to ci dopiero! – rzekł Mateusz i splunął przed się.
– Wciórności! – zawtórował Felicjan i splunął za się.
– Psia mać nieuczesana! – splunął w bok pańszczyźniany Antek, ale trafił we własny rękaw – Psia mać, zakręcona!
Drugi pańszczyźniany chłop podniósł się ciężko z siedziska i powlókł do szynkwasu, by zamówić najtańszy napitek z wiadra.
Wszyscy byli niezwykle podekscytowani i poruszeni przedziwną opowieścią odratowańca, mieniącego się Janem Loserem, pobitym na golfowym polu i tam cudem odratowanym.
Frycek powrócił za kontuar do nawijania robaków, które piekł jako szaszłyki drobiowe i kręcił z niedowierzaniem głową.
– Niepodobna, żeby taki stwór aż tu zawędrował. Niech on sobie daleko jada, byle nie zaglądał biednemu Fryckowi do kuchni i tu nie jadał, ludojad.
Ujął chochlę leżącą na brudnej szmacie przy wiadrze i szczodrze napełnił, czekającemu cierpliwie chłopu, dwa drewniane kufle Chateau Petrus, ciemnowiśniową cieczą, wydającą wyczuwalną woń arabskiej kawy, jeżyn, wiśni oraz onuc Frycka. Ta ostatnia, była zasługą roztargnionej Isztar, która parę dni wcześniej omyłkowo wyprała rzeczone onuce w wiadrze z napitkiem, co zresztą trunkowi specjalnie nie zaszkodziło, podobnie jak częściom garderoby karczmarza.
Grajek powrócił na swoje miejsce koło pieca i jął wygrywać z prostacką wprawą, wulgarną sonatę g – mol, wymyśloną przez niejakiego Jasia Sebasia, miejscowego, wiejskiego pastucha nierogacizny, zwanego w okolicy Bachem, bo po pijanemu zawsze upadał na pysk w największe błoto. Pańszczyźniani, Antek oraz jego towarzysz, Kuba, stuknęli się kuflami i krzywiąc się nieco, jęli opróżniać ich zawartość. Mateusz z Felicjanem siedli naprzeciwko Losera i w milczeniu przyglądali się, jak ten wyciąga za pazuchy nędzną, platynową papierośnicę i grzebie w niej w poszukiwaniu zapomnianego niedopałka. Odszukawszy kikut zapleśniałego cygara, znalezionego w wychodku, zapalił go ostrożnie, podzieloną na osiem części zapałką. Zaciągnął się dymem, zakasłał lekko i wbił wzrok w powałę, gdzie zwisały na konopnych sznurkach, powiązane w tuziny, upolowane latem przez gospodynię, fallusy.
Zapadła cisza, przerywana tylko rzępoleniem niestrudzonego grajka i rzężeniem zarzynanych w obórce świstaków, szykowanych na gulasz.

Etykieta czworaków! Nawroty wspomnień lat młodych! Przyjaźń wykuta
w znoju!

Karczemni goście zastygli, niby jakieś toporne rzeźby prymitywistów, w mrocznej aurze monotonnej beznadziei słotnego, jesiennego popołudnia, co bardzo przypominało żywy obraz pod tytułem „Wieczerza wigilijna trędowatych na Sumatrze”. Frycek nawijał robaki
na długie patyki, a z podwórza dochodziły przeraźliwe kwiki i przedśmiertne rzężenie świstaków oraz marynarskie przekleństwa Isztar, towarzyszące odgłosom sekatora, którym odcinała łby mordowanym zwierzakom.
– Jakież to ordynarne – jęknął zbolałym głosem Frycek – A tyle wydałem na podręczniki dobrych manier. Na kursy ją zapisałem. Chodziła na lekcje, nawet w nocy. Czytała i ćwiczyła, do upadłego. I nic. Jakbym grosiwo w kibel wpuścił.
Z niesmakiem rzucił nawinięte robaki na prawie pełną tacę smakołyków.
Chłopi pokiwali smętnie głowami, ale nie odezwali się ani słowem. Wiedzieli swoje, na ten temat, a nawet więcej, niż tylko na ten..
Muzykant nieoczekiwanie ocknął się z odrętwienia, wiedziony jakimś artystycznym przeczuciem, bo niemal w tym samym momencie rozwarły się drzwi karczmy. Oczom obecnych najpierw rzuciły się w oczy długie, w miarę proste, nogi w czarnych pończochach, potem coś w rodzaju sukienki nie sięgającej jednak wystających kolan, następnie zgrabna kibić i obiecujący, wcięty dekolt, z trudem utrzymujący w ryzach rozpasane piersi.
– Nuuuu! Prosieeeemy! Prosieeeemy! – zgodnie zawyli chórem biesiadujący, zgłodniałymi, głosami watahy wyposzczonych wilków, która w styczniowym lesie, przydybała proboszcza
z ministrantami – Uuuuh! Proooosieeeemyyy!
Nataszka, bo to ona była, śmiało przeszła przez izbę, zmiatając kurz z podłogi przypiętymi
z tyłu sukienki, strusimi piórami, pokazała rezolutnie środkowy palec dłoni podnieconym chamom i podeszła do szynkwasu.
– Witaj Frycek! – powitała gospodarza – Ester w domu?
– A gdzieżby miała być – stęknął oberżysta, wskazując dłonią umazaną robaczym śluzem na wejście do zaplecza gospody.
Jakby na potwierdzenie jego słów, z czeluści dobiegł straszny rumor i jakieś nieczłowiecze odgłosy.
– Jak mi jeszcze raz będziesz, ścierwo jedno, uciekało spod sekatora, to cię zapierodolę młotkiem – słychać było, że Estera nie jest w wiosennym nastroju. Tępy łomot
i przedśmiertny kwik świstaka dowodził, że bynajmniej nie żartowała.
– Estero, skarbie! Pozwól do mnie! Przyjechała paniusia Nataszka z Przeniewierowa!

– Frycek postawił na ladzie dwie niegdyś czyste szklanice i ciemną butlę Glenfarclas 1955.
Tani i niewymyślny, acz smaczny trunek, trzymał specjalnie dla bywałych gości.
Takim też gościem była zaufana pokojówka hrabiny Pulcherii.
Nataszka zaglądała dość często do gospody, chociaż nie chwaliła się w pałacu tymi odwiedzinami, podobnie jak swoją przydrożną i bogatą, karierą lafiryndy we wczesnej młodości, kiedy to poznała swojego długodystansowego narzeczonego Saloda, a także trudniące się podówczas profesjonalnie oferowaniem płatnych, wenusowych uciech, Gabrysię oraz Esterę.
Żona gospodarza pojawiła się w progu, jak furia albo prowincjonalny anioł śmierci, z zakrwawionym młotkiem w dłoni i pianą na wydatnych ustach. Czarne włosy miała zmierzwione oraz srogi grymas na twarzy, lecz na widok starej znajomej, natychmiast się rozjaśniła. Wspomnienie lat spędzonych na płatnej rozpuście i wspólne okradanie oraz zarażanie rzeżączką klientów, wywołało miły uśmiech rozmarzenia na jej licu. Także Nataszka szeroko się uśmiechnęła i czule wyściskała umazaną krwią, koleżankę.
Towarzystwo siedzące przy ławach, z wielkim zainteresowaniem obserwowało całe zdarzenie, a świergot niewieścich głosów jeszcze bardziej rozpromienił i rozgrzał ponure pomieszczenie, niczym płonąca raca wrzucona w spodnie nieuważnego piromana. Grajek zaczął wygrywać pieśni Karłowicza i co gorsza, także je śpiewać, a chłopi, jakby żwawiej zaczęli popijać tanie trunki, rzucając głośno mięsistymi, niczym zadki zapaśników sumo, dowcipami, których nikt, poza opowiadającym nie rozumiał. Dawało to znakomitą okazję
do udzielania zawiłych objaśnień treści anegdoty, a także licznych komentarzy, dosadnych i do cna, ludowych – żywcem wyjętych z uczonych ksiąg, w tym także z „Życia seksualnego dzikich”, czy dzieła: „Choroby skórne i weneryczne. Tom I – III”.
– Och, moja droga! Przecież my się od początku lata się nie widziałyśmy. Takie nieszczęście w pałacu. Biedny pan Hrabia – trajkotała Estera prowadząc pod rękę Nataszę do wolnej ławy w kącie – usiądź sobie i chlapnij tego samogoniku, a ja za chwileczkę wrócę. Tylko sprawdzę, czy klatki ze świstakami pozamykane i larwy zakluczone w obórce. No i trochę się ogarnę, bo cała jestem pobrudzona od tego gówna.
Zanim Nataszka zdążyła cokolwiek odpowiedzieć, zniknęła na zapleczu, głośno trzaskając drzwiami. Nie pozostało nic innego, jak rozejrzeć się i cierpliwie poczekać.
Sącząc mocny trunek obserwowała rozochoconych wieśniaków, zabawiających się słonymi angdotami z życia seksualnego świętej Agaty, weneckich kastratów i psa Baskerville’ów. Rechot wydobywający się z fornalskich gardeł, znamionował sporą ilość wypitego trunku oraz dobry humor, jakże rzadki w owych ponurych czasach rozpasanego wyzysku i poniżenia ludzkiej godności. Pomyślała, że gdyby nie hrabina, musiałaby do dzisiaj zaspokajać
za marne pieniądze, prymitywne żądze tych niedomytych prostaczków. W głębi duszy gardziła pospólstwem, chociaż sama przecież była córką prostej polerowaczki medali
w pałacu prezydenckim, a ojciec mało ważnym posłem z ostatnich rzędów, wybieranym
nieodmiennie, z dalszych miejsc na liście kandydatów. W domu zawsze panował upierdliwy niedostatek. Lamborghini ciągle się psuło, komputery zawieszały, a ojciec z matką darli koty, żeby było co do garnka włożyć na niedzielę. Wyrwała się więc z domu przy pierwszej lepszej okazji, którym był pierwszy dzień nauki w szkole podstawowej i razem z koleżanką ze szkolnej ławki, Esterą, wyruszyły w daleki świat. Na szczęście dla rezolutnych uciekinierek, przygarnęła je do swej samotnej chaty, znana z filantropii, Madame Lenone, zwanej też, Babah Yagah, zawsze chętnie goszcząca wiele zagubionych dziewcząt w swoim domu, przez który przetaczały się dzień i noc, całe tabuny starych pierników. Dziewczęta poznały tam wiele sekretów wiedzy tajemnej oraz czary, formuły eliksirów, jadów i zaklęcia – zakazane, bo szkodliwe, wszeteczne, a mogące zgubę, naznaczonemu nimi, przynieść. Przydały się im też, wieloletnie praktyki innego rodzaju, będące, nad podziw skuteczną, trampoliną do lepszego życia.
Ech! – westchnęła z nostalgią z błyskiem w oku, zapożyczonym od arystokratek – Rajcownie bywało.
Upiła nieco ze szklanicy i zaczęła się uważniej przyglądać goszczącym w karczmie plebejuszom.
Rozpoznawała niektórych biesiadników, bo niektórzy czasami bywali w pałacu, a ich twarze wydawały się znajome, szczególnie jedna, człowieka siedzącego obok Mateusza i Felicjana, wywołała w jej doświadczonym, acz jeszcze nie do cna zużytym ciele, dziwny dreszcz emocji i falę wspomnień .
I on, rozpoznany, z zaskoczeniem przyglądał się fizjonomii młodej kobiety, o wypisanym na licu zamiłowaniu do lubieżności oraz cudzej biżuterii, starając się coś sobie przypomnieć, ale nie bardzo wiedział, kiedy tą niewiastę spotkał i w jakich okolicznościach. Ale to Nataszka pierwsza skojarzyła sobie młodego człowieka, przedstawiającego się jako Jan Loser – ów niedobitek, cudownie odratowany przez samarytańskich chłopów. To on, nieudaczny i ambitny, pański włazidupek, powodowany niepohamowaną ambicją wyrwania się do lepszego świata, luksusowych kobiet i jadła. Do tego wieczyście nieszczęśliwy, bo pechowy, jak Jonasz albo chrześcijański demokrata w Północnej Korei. Ale w sumie był dobrym człowiekiem, o sercu szczerym i otwartym i nawet bystry, jak na syna folwarcznego wozignoja. Miał też niezłe wykształcenie, ponad swój podły stan. Nie zanadto, bo czegóż oczekiwać po plebejuszu – jakiś marny, zamorski uniwersytet, Harolda, czy Harvarda. Nieważne.
Nataszka uśmiechnęła się niebiańsko, co czyniła tylko wtedy, gdy udało się jej ukraść coś naprawdę cennego, albo złapać atrakcyjnego amatora jej ciała.
Uniosła lekko prawą dłoń odzianą w długą, jedwabną rękawiczkę, którą ukradła swojej jaśniepani. Lewej nie mogła znaleźć. Zresztą, podobny problem miała hrabina, która od dawna poszukiwała prawej.
Wreszcie i Loser doznał iluminacji, poderwał się ze swojego miejsca, po czym nieco chwiejnie zaczął zmierzać ku Nataszce, demonstrującej w uśmiechu idealny model ludzkiego uzębienia, który był zazwyczaj przeznaczony dla najhojniejszych klientów, a także licznej rzeszy pleczystych samców zatrudnionych w pałacu oraz w folwarkach. Zdarzało się, że w chwili krańcowo desperackiej potrzeby, nie odpuszczała też stetryczałemu eremicie, zamieszkującemu obszerną dziuplę wiekowego kasztanowca w pałacowym parku.
– Lola! Ty tutaj teraz łapiesz okazje?! – wylewnie wyściskał się ze znajomą, która nie była najszczęśliwsza z takiej formy powitania – Tu ludzie dobrzy, ale fortuny nie zarobisz, myszeńko!
Wreszcie usiadł, a Nataszka syknęła jak żmija – Zamknij mordę złociutki, bo stracisz coś więcej niż głos. Teraz nie jestem żadna Lola, tylko Natasza, ewentualnie panna Nataszka, jasne?! I nie rób siary, kochany, bo już na dzień dobry, będzie awantura.
Mężczyzna wyraźnie speszony nerwowo wysmarkał się w rękaw, który z kolei staranie wytarł o nogawkę spodni.
– Excuse moi, ma cheri. Nie wiedziałem, aniele złoty. Wiele wody upłynęło w wannach nikczemników, którym służył. Wiele lasów wycięto, gdzieśmy bywali podziwiać godowe pląsy winniczków. Wielem podróżował i dawnom już nie bywał w tych stronach urokliwych. Zły los mnie rzucił w okolice nieprzyjazne, srogie i okrutne. Ale fortuna, daj bóg i co tam jeszcze, wreszcie się odwraca ku mnie frontem, bom dotąd tylko tyły jej widział, kurz za kitą i gówno miałem. Oto, serdeczni ludzie mnie odratowali od niechybnego końca doczesnej wegetacji, przygarnęli i napoili. Ale sam nie wiem, oj, nie wiem, będzie dalej. Ani referencji, ani legitymacji, ani promyka nadziei nie ma na lodowato – mrocznym horyzoncie niezbadanej równinie przyszłych zdarzeń. Ciemności spowijają drogę przede mną. Może tam przepaść przepaścista? Może zdradliwe, jadowite ciernie i miny przeciwpiechotne tam czekają? Teraz jednak, kiedym cię w spotkał, jak dobrą wróżkę, łatwiej mi spoglądać przed siebie. Ot, co.
– Pierdoła, to ty zawsze byłeś – Nataszka zapaliła cigarillo, które przywłaszczyła z zapasów świętej pamięci, hrabiego – ale nie zmieniłeś się wcale. Kompletny niedołęga życiowy. Dupek wszystkich dupków. Ale zawsze cię lubiłam i nadal chyba jeszcze lubię. Nawet nie wiem dlaczego.
– Nalała sobie pół szklanicy wieśniaczej whisky i pociągnęła solidny łyk, wywołując pełne niekłamanego podziwu, spojrzenie rozmówcy – I tak sobie myślę, że dzisiaj jest twój dobry dzień, chłoptasiu.
Loser aż otworzył usta ze szczęścia. W takiej beznadziejnej chwili pojawiła się prawdziwa dobra wróżka, która dobrze go znała i w dodatku była prawdziwą akrobatką w łożnicy. W głowie też miała wszystko poukładane, jak należy.
Chciał coś powiedzieć, ale nie zdążył.
– A ten, to kto? – Estera pojawiła się znienacka przy ławie, energicznie siadając obok obojga
i ostro pociągnęła wprost z butelki. Rozległ się bulgot, jak z zatkanego zlewu – Nataszko, to twój nowy epuzer?
Zmrużyła oczy i wydała serię dźwięków, jak jej zarzynane świstaki.
– Loooser! Loserek! Ty wałachu astrachański! Co ty tutaj robisz?!
Nataszka krótko wyjaśniła, co się wydarzyło.
– Aara! – Estera zalotnie poprawiła włosy za uszami, przy okazji płosząc kilka kohort zadomowionych tam od wielu miesięcy, wszy – To ty byku, narobiłeś dzisiaj tego bałaganu?! No, gdybym wiedziała, że to ty! Zmieniłeś się skarbeczku. Zewnętrznie, oczywiście. Kiedyś wyglądałeś jak chodzące nieszczęście, a teraz, jak półtora. Nawet przy normalnym świetle bym cię pewnikiem nie rozpoznała.
Obie panie zaśmiewały się dość długo, szczerze i do łez, pryncypialnie poklepując nieboraka po zgarbionych plecach.
Mężczyzna mruknął coś i uśmiechał się niemrawo, nie bardzo wiedząc, jak zareagować, na te wątpliwe komplementy. Jednak twarde życie tułacza i pańskiego włazidupka nauczyło go być pokornym oraz spolegliwym, kiedy tylko sytuacja tego wymagała.
– No, a co ciebie sprowadziło do starej kumpeli? – Estera pochyliła się ku Nataszce i ściszyła konfidencjonalnie głos – jakiś problem? Hrabina? Jej baron fanfaron? Lawstorant nawala?
– Trochę to, trochę tamto. Pogadamy, ale nie teraz – pokojowa rzuciła wymowne spojrzenie w kierunku ich towarzysza – to nasze babskie sprawy, Janeczku – pogłaskała po policzku Losera, który tylko westchnął – Potem to załatwimy Esterko. Teraz mogę wam trochę poopowiadać trochę pałacowych nowinek, bo ty Esterko, na pewno nie znasz wszystkich szczegółów. No więc, hrabiostwo Przeniewiercy postanowili urządzić wielkie przyjęcie. Zaprosili całe mnóstwo gości, a baron Perwersy też przyjechał…
Opowiadała długo. Na tyle długo, że słońce obijające się przez cały dzień nad chmurami, prawdopodobnie już zaszło i na zewnątrz zrobiło się zupełnie ciemno, kiedy Nataszka właśnie kończyła szczegółową relację z wydarzeń w pałacu. Jan Loser zdążył w międzyczasie, zasnąć i spaść pod ławę. Chłopi tymczasem z wolna się rozeszli i poczłapali niespiesznie do swoich nędznych zagród, Fryckowi zaś zaczęły się kończyć robaki do nawijania.
– I to by było w dużym skrócie chyba wszystko – Nataszka miała mocną głowę, ale i tak język jej się plątał po mocnym trunku – A i jeszcze ta cała jodyna! Może nasz Ptysio posłucha?
Z dużą wprawą kopnęła leżącego na podłodze.
Loser stęknął, chciał się podnieść, ale tylko wyrżnął głową w dębowe dechy, aż huknęło.
Wreszcie ukazał się obu białogłowom, gramoląc się mozolnie i przecierając zaspane oczy.
– Jesteś aby przytomny? – Nataszka badawczo zajrzała mu w kaprawe ślepka – No to słuchaj teraz uważnie. Szukasz zajęcia? Właśnie sobie pomyślałam, że może uda mi się wyjednać
u jaśnie pani jakąś posadę w pałacu dla ciebie. Po starej znajomości. W jodynie! Słyszysz, baranku boży?
Ester nalała mu do szklanicy nieco napitku.
Napił się odruchowo i zakrztusił.
Dolej mu jeszcze – wtrąciła Estera – Bo my musimy pogadać o swoich sprawach.
– Dzię..Dziękuję – wymamlał – Loser – jesteś prawdziwą dobrą.. Tego… Wróżką…

Następnie wychylił jednym haustem zawartość naczynia i znowuż był pijany. Chciał wstać, oparł się dłońmi o ławę, ale mu nie wyszło. Zamruczał niewyraźnie fragment jakiejś pieśni, na podobieństwo Fratelli d’Italia, po czym ponownie runął na ziemię.

avatar

Informacje o Alter

Budżetowy pasożyt spod znaku Koziorożca. Miejsce zamieszkania - Polska, czyli nigdzie. Interesują go ludzie i ich historie. Ulubiony tytuł - "Komedia ludzka". Ale tylko tytuł.
Ten wpis został opublikowany w kategorii Epizod VIII. Egzema upadku (cz.1 i 2.). Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

Możliwość komentowania jest wyłączona.