Epizod IX. Stypa Wenery (cz.1 i 2)

Epizod IX. Stypa Wenery (cz.1.)

Wspominki żałobne! Kir w Przeniewierowie!Epistoła na stole!
Niewątpliwa niemoc barona!

Mgły październikowe zaglądały do majątku w Przeniewierowie coraz częściej. Błądziły po polach ryżowych, biwakowych polanach, opuszczonych klepiskach i pałacowym ogrodzie, niby inspektorzy z jakiegoś jesiennego ministerium, zaglądający do obór, chlewików, chłopskich chałup oraz pod spódnice etatowych konfidentek, ciężko tyrających na służbie u spasionych krwią chłopską i flandryjskimi salcesonami, dziedziców. Wiatr przeciągle niezrozumiale śpiewał żałobne pieśni na rozległych równinach i pagórach, bowiem lato stało się przeszłością, pochowaną w smętnym grobowcu szarzyzny i częstej pluchy . Wsłuchiwały się weń stłoczone nad brzegami rzek oraz smętnych bajor, stada ibisów i skarabeuszy, nim wzbijały się
w przestworza na swych mocarnych skrzydłach, w coroczną podróż do dalekiej Afryki, by tam służyć terrorystom, ajatollahom oraz miejscowym dyktatorom, jako wyciory armatnie albo przyciski do świętych papirusów.
Jakże zmieniał się krajobraz okolicy!
Jakież przechodził nieoczekiwane metamorfozy, zaskakujące przemiany w nieuchronnym rytmie przyrody, dotykany niewidzialną dłonią Natury, która i tak przecież nie ma nic lepszego do roboty.
Dlatego to, różnobarwny dywan liści, rozrzutnie szafujący kolorami, rozpościerał się obficie w pałacowym parku, w cienistym ogrodzie i na zapuszczonym nieco w ostatnim czasie, podjeździe do rezydencji
w Przeniewierowie. Cebula w ogrodzie już zwiędła, afgański koper nabrał rdzawej barwy, angielskie pokrzywy przestały parzyć, ale nie ogrodnik z posługaczką. Tylko miejscowy oset wybujał wysoko ponad kosodrzewinę i chwiał się w gwałtownych porywach wiatru.
Hrabina ziewnęła i wyjrzała na panoszącą się jesień za oknem. Książka, którą znalazła na bibliotecznej półce znużyła ją bardziej niż ostatni stosunek z Walerym.
– Och, Izabelo! Ty głupia suko! Dlaczego nie dałaś Stasiowi? – westchnęła – Taka kasa
na ciebie czekała, a ty, głupia krowo, nawet nie dałaś się pomacać!
Z niesmakiem zamknęła opasły tom egzotycznego romansu. Zawiodła się na lekturze. Nie dość, że głupi tytuł – „Kukiełka”, czy jakoś tak, to jeszcze autorem był tępy Prusak. Od razu wiadomo, że Prusak. Bez polotu, bez nuty mięsistego erotyzmu i pociągającego afrodyzjaku nieokiełznanej perwersji miłosnych uniesień, które tak uwielbiała. Skąd się, w ogóle, znalazła ta książka w bibliotece? Pewnie Antoniusz Alojzy przywlókł tomisko z jakiejś libacji w podejrzanym salonie literackim, albo ofiarował mu jeden z jego chłoptasiów – poeta lub filozof.
Antoniusz Alojzy – rozmarzyła się bez specjalnego wzruszenia – Jaki on właściwie był?
Nierozszyfrowana osobowość, szybująca na najwyższym poziomie inteligencji, a jednocześnie, grubiański prostak, lubujący się w odpychających i trywialnych utworach Mahlera, Strawińskiego czy Szostakowicza, czytający wiersze i dzieła filozoficzne, gardzący komiksami erotycznymi, które przecież stanowią najwyższe osiągnięcie współczesnej literatury. Nie znosiła jego wsiowych nawyków czytania Nietsche’go przed śniadaniem, chyba bardziej, niż notorycznego podbierania ulubionego trunku hrabiny – „żołądkowej gorzkiej”.
Właśnie!
Sięgnęła po karafkę i napełniła onyksowo – pumeksowy puchar. Dotknęła swymi pąsowymi ustami jego brzegów, wprawnie wychylając zawartość. Ekspansywne ciepło rozeszło się po pożądającym rozkoszy ciele arystokratki. Targnęła nią rodowa czkawka, którą bezzwłocznie opanowała kolejną dawką ulubionego napoju.
Rozparta pociągająco bezwstydnie w wyściełanym skórą jelenia olbrzymiego, fotelu, zamyśliła głęboko,
co zdarzyło jej się ostatnio podczas pierwszej menstruacji albo komunii.
Cóż, Antoniuszu. Odszedłeś. Ale zanim to nastąpiło, bezpowrotnie wygasł koksownik namiętności. W niebyt odeszła gorejąca miłość, jak kelner, który nie otrzymał obiecanego napiwku. Przez całe życie przebywałeś na innych poziomach bytu, w innej rzeczywistości, jakże daleko od świata w którym egzystowała hrabina Pulcheria.
Zagadka osobowości, sfinks dzisiejszych czasów, nieposkromiony i szlachetny Don Kichot, miast mieczem, wojujący ujmującym sposobem bycia i nieskazitelną postawą dżentelmena; zastawiający się nie – tarczą, lecz swoim wysłużonym korytem i niedoścignioną erudycją – oto najkrótszy szkic portretowy, tragicznie rozerwanego samobójcy. On – wytrawny łowca, każdego roku polujący na bezludziu autostrad Mongolii
na małpy wąskonose, które śmiertelnie powalał swoją potężną, włochatą trąbą, ułożony na takie okazje, jego myśliwski mamut. To hrabia, ukryty w gęstwinie perzu arboretum, potrafił jednym, celnym strzałem z kuszy, przygwoździć do wiotkiego pnia sekwoi, dwóch kłusowników naraz. Niecelnymi strzałami trafiał zazwyczaj pojedynczych kłusowników i babiny zbierające nielegalnie grzyby na terenie pańskiej posiadłości.
To właśnie on – zaczajony z wiatrówką i z pistoletem na wodę ognistą, kładł pokotem na okolicznych, podmokłych rżyskach, wściekłe watahy krwiożerczych nornic i lemingów. Dowody jego myśliwskich przewag, widniały dumnie w gablotach i na ścianach pałacowego holu, budząc bezbrzeżny zachwyt oglądających trofea, gości. Były tam i lwy workowate, i hieny jaskiniowe, uchatki japońskie, egzemplarze homo habilis, mamuta kolumbijskiego, rogi hrabiego, mastodonta amerykańskiego, a nawet – triceratopsa, chociaż ten obrzydliwy Wolta, śmiał powątpiewać w autentyczność tego trofeum, opierając swoje bezczelne twierdzenia na tak wątłych podstawach, jak wytłoczony na rogu, maleńki napis „Made in China”.
Antoniusz Alojzy – myśliwy, oficer Jego Cesarskiej Mości, birbant, filozof i poeta, chociaż stworzył tylko jeden wiersz, a właściwie dwuwiersz, który wołowymi literami kazał namalować nad wejściem do folwarku
w Borsuczynie:

PRACUJ DŁUGO A ŚPIJ KRÓTKO.
BĘDZIE JADŁO Z MOCNĄ WÓDKĄ.

Takim był hrabia – dziedzic, ale Pulcheria nie kochała go przecież już od dawna. Na bardzo długo przedtem, zanim poznała barona, jej ukochanego – Perwersego.
Na pewno, nie!
Nie kochała Antoniusza Alojzego!
W sumie, miała hrabiego za skończonego dupka, który wcale nie miał głowy do interesów. Jego inwestycje były chybione, jak kroki, które stawiał po pijanemu. Kiedy sobie pomyślała, że gdyby nie szczęśliwe, cudowne zrządzenie losu, związane z niedawnym odkryciem na folwarcznych nieużytkach, wartych fortunę, gigantycznych złóż wysokogatunkowej jodyny, to byłaby bez środków do życia. A teraz? Teraz dopiero może zacząć żyć! Nigdy nie była bardziej zamożna. Dobrze, że Antoniusza szlag trafił, bo przepuściłby wszystko na tancerki z lupanarów, biesiady literackie, dysputy filozoficzne i utracjuszowskie eskapady po szemranych muzeach i galeriach obrazów.
Z satysfakcją napiła się „żołądkowej gorzkiej”, a jej słowiczy umysł, dziwaczną parabolą poszybował w inne obszary. Pomyślała, że warto by zmienić strój żałobny i ująć nieco ciemnych kolorów ze swojego stroju, chociaż baron uwielbiał ją oglądać w czarnych majtkach.
– Mały, liliowy dodatek z suszonych, sprasowanych meksykańskich krewetek na pewno nie zawadzi – medytowała w skupieniu – Albo parę piór z zadów syryjskich strusi w kapeluszu, albo może, złote buciki hiszpańskie, walające się bezużytecznie w lochach. Ech! Tyle kłopotu z tym Antoniuszem Alojzym. Żeby to jeszcze zszedł jak należy – na zaawansowany syfilis, na który uczciwie zapracował przez wszystkie minione lata lub żeby mu pękła maleńka żyłka w mózgu od czytania wierszy współczesnych poetów i filozoficznych dyrdymałów.
Nic
z tego. Musiał się, cholernik, wysadzić w powietrze. Romantyk w najgorszym wydaniu – włoska opera na dwóch nogach! Egocentryczny błazen! Na złość mi to zrobił! – Hrabina pogardliwie wydęła usta
– Niechby się otruł albo przebił sztyletem, nawet zapił, uczony bydlaczek. Byłby trup i byłoby
co do trumny włożyć. A tak… – Pulcheria łyknęła „żołądkowej gorzkiej”, która pobudzała jej rozkojarzoną fantazję i przyjemnie kołysała w rytmie lumpenproletariackiego tanga – Nawet znajomy sędzia Panfil
nie chce wydać aktu zgonu, bo nie ma ciała. Na kawałeczki cię rozszarpało, sprytny i złośliwy Antoniuszu – uśmiechnęła się przebiegle – Lecz jestem cierpliwa, poczekam jeszcze tych parę miesięcy i wtedy, ja, Pulcheria Margot Przeniewierska z domu, de Joujou, jako niepocieszona wdowa, przejmę całą schedę po tobie, panie jaśnie upierdliwy hrabio.
Jej bogaty, wewnętrzny monolog przerwał jakiś hałas na podjeździe, ostre dźwięki parowego klaksonu
i odgłosy nadjeżdżającej z impetem, lokomobili.
Hrabina, po paru bezskutecznych próbach, ujęła w dłoń alabastrowy dzwoneczek i potrząsnęła
nim energicznie.
Po dłuższej chwili, w drzwiach pojawił się Walery z widocznymi na policzku śladami karminowej szminki, gdyż właśnie pomagał Gabrysi w kuchni skubać wielkopolskie szuszwole na obiad.
– Jaśnie Pani wzywała? – zapytał.
– A jak myślisz? – zirytowała się arystokratka – Przecież nie startuję w konkursie dzwonników!
Po pierwsze: kto przyjechał? A po drugie: karafka z trunkiem jest prawie pusta!
– Ale loda, jaśnie pani sobie, na pewno, nie życzy? – Walery starał się być domyślny.
– Nie. Jest za zimno – Hrabina dopiła resztę wódki – Idź już i zobacz, kto zacz.
Walery wycofał się ze stosownym ukłonem i bezszelestnie zamknął za sobą drzwi komnaty. Zszedł szybko
po zabytkowych, świecących świeżą politurą schodach do holu i uchylił drzwi wejściowe.
Na zewnątrz, przy lokomobili pod parą, stał pochylony w głębokim ukłonie, stary Chińczyk w stroju mandaryna, z herbem barona Perwersego Mierzwicza na piersiach.
– Z czom ty prijechał k’nam? – zapytał, w jedynym sobie znanym, azjatyckim języku, Walery.
– Graf Mierzwicz prisiłajet pis’mo waszej grafini – odparł płynnie skośnooki posłaniec – Izwinietie,
moj akcent, ja iz Szanghaja.
Jeszcze raz wykonał głęboki ukłon, co odwzajemnił Walery, wyjął z obszernego rękawa szkatułkę, a z niej gruby pakiet z pergamońskiego pergaminu opatrzony czerwoną, lakową pieczęcią i podał go lokajowi.
Po chwili lokomobila, dudniąc, chrzęszcząc i dymiąc z komina, zniknęła wśród drzew pałacowej alei,
a Walery z listem udał się do swojej pani. Po drodze, wziął z chłodni litrową flaszę, najprzedniejszej „żołądkowej gorzkiej”.
Zastał Hrabinę przy oknie.
Stała zwrócona profilem, a jesienne, blade światło dnia oświetlało jej pastelową, niczym reklama płynu
do czyszczenia toalet, delikatną fizys.
– No co? – zapytała, nie spuszczając wzroku z ogrodowych krzewów oksymoronów i akrostychów, które właśnie teraz, na przekor nadchodzącym chłodom jesieni, rozbuchały wielobarwnym kwieciem, rozsyłając na wszystkie strony odurzający aromat, wabiący muchy ścierwnice i karaluchy. Pomiędzy wielopalczastymi liśćmi, energicznie śmigały wypięte pośladki ogrodnika pomiędzy odzianymi w walonki nogami, hożej posługaczki. Hrabina nasyciwszy swe oczy widokami tajników potężnej przyrody, odwróciła się i oburącz, przyniesiony
na tacy, potężny pakiet pergaminu.
Odprawiła szybkim gestem dłoni, sługę, rzuciła się na sofę, co się jej skutecznie udało za trzecim razem i bezzwłocznie przystąpiła do lektury epistoły od kochanka. Kiedy poczuła delikatesowy materiał piśmienniczy, który dotykała wypielęgnowana dłoń kochanka, natychmiast poczuła niezmierną suchość w ustach i drapanie w gardle, od razu ugaszony pucharem „żołądkowej gorzkiej” oraz rozpłoniła się niczym nenufar rzucony na rozkołysane fale erotycznych żądzy, sporadycznie ostatnio i w niedostateczny sposób zaspokajanych, gdyż Waleremu słowo „Kamasutra” kojarzyło się wyłącznie z marką japońskich rowerów.

„Najdroższa!!!

Najdroższa! Najdroższa! Najdroższa! Najdroższa!

Hrabina nerwowo przerzuciła następne sto czterdzieści trzy strony listu swą zwilgotniałą z emocji, a także, od rozlanego trunku, dłonią i powróciła do czytania.

Najdroższa! Pisałbym tak w nieskończoność nieskończoności, do samego końca tego dziwnego świata, gdyby nie zaczęła omdlewać moja niebiańsko delikatna i piękna dłoń. Pisałbym od upadlającego upadłego, niczym Syzyf, dźwigający w nieskończoność pianino Hery na sześćdziesiąte piętro Olimpu, pisałbym tak, nawet gdyby zgasło słońce – posłałbym po nowe i pisał dalej. Dla Ciebie! Dla Ciebie, moje Ty słodkie gniazdeczko rozkoszy, Moja rozbuchana tchnieniem Wenery, Gołębiczko! Truflo pożądania! Emanacjo seksualnej trzęsiączki!

– Co on pił? – pomyślała z trwogą Pulcheria – Chyba nic z tego, co mu ofiarowałam
z zapasów Antoniusza? Przebóg! Byle tylko nie płyn hamulcowy do starodawnych „Wartburgów”!

Moja erupcjo wykwintnych kwiatostanów! Jakże mi Ciebie brakuje! Spoglądam w zwierciadło i widzę swe, nieustająco pociągające ciało, ale jakby przywiędłe, przygaszone, jak niedopałek cygara pod brutalnym kamaszem przeznaczenia. To dlatego, że tak długo już nie dane mi cię dotykać ,niuniać, kandyzować, oblewać lukrem miłości, pieścić i dopieszczać. U mnie nowości wiele, ale nic dobrego. Czarne chmurzyska nad majątkiem. Symptomaty nader widoczne i dotkliwe. Kosmetyki, pachnidła, barwiczki, szminki, sztuczne pukle i rzęsy, tipsy, brylantowe muszki, depilatory, mazidła, pudry – czyli wszystko to, co niezbędne na co dzień, w życiu prawdziwego mężczyzny – drożeje z dnia na dzień. Nikt nie wie dlaczego, nawet lokaj i Chińczyk, choćby ich prać batogiem, a piorę, nie powiedzą. Może i nie wiedzą, ale prać lubię. Domyślam się burzy, ale jeszcze nie grzmi, tylko pomrukuje, a pomruki, niby odgłosy wulgarnej defekacji, docierają do mej pracowni – garderoby, trzęsą różowymi mebelkami
i rozrzucają na łożnicy moje najdelikatniejsze, jedwabne szlafroczki ( no i Twój, moja Ty, namiętna Fląderko z Morza Rozkoszy).
Tak więc, lucerno kwiecista, jedyne com wydusił z niechętnego do zwierzeń otoczenia,, com wyczytał w żurnalach i czegom się sam domyślił, bo jestem przecie genialny chronicznie – to sama groza nadciągająca z Niewiadomoskąd. Już mi gęsia skóreczka wyskoczyła! Przebóg! I pryszcz na lewym pośladku!
Powracam do pisania. Wierny Huo Liu ( mój Chińczyk z Szanghaju) właśnie ofiarnie wyssał swoimi wprawnymi, azjatyckimi ustami, wrednego pryszcza.
Sama wiesz teraz, jakie to nieszczęścia mnie dotykają w czasach teraźniejszych.
Cóż rzec. Jakież to szczęście, że dzielni górnicy natrafili na jodynę w przeniewierskich włościach. Niebywale się raduję z Twej radości, wyrażając swoją, tym bardziej, że dochody
z moich dóbr zmizerniały tak, że po radości ani śladu, dopóki nie dowiedziałem się o Twym wielkim szczęściu, kiedy to znowu radość zawitała na moje jagody.
Czymże ja bez Ciebie jestem, moja Poduszeczko Nieustającego Orgazmu – moje byłe dochody właściwie toż to są już, właściwie, odchody.

– Pił! Pił coś wrednie okropnego! – pomyślała z nutką zazdrości Hrabina, bo ona nigdy nie miała takiego odjazdu, niezależnie od tego, co wypiła – zobaczymy, co dalej.

Cóż, wysychają nikłe strumyki, zasilające wątle, moją, ciągle pustawą, szkatułę. Nic nie idzie w handlu – ani dziewczynki ani chłopcy. O hodowli chomików, do której mnie namówił, Nieodżałowany Hrabia, nawet nie wspomnę. Nie chcą się rozmnażać stworzonka. Wszystkim się mnożą, a mi nie chcą. Wprawdzie, niektórzy podpowiadają, że to dlatego, iż osobno trzymam samczyki i samiczki, ale ja nie ufam doradcom. Sami kłamcy i oszuści!
Alboż to można teraz komuś zaufać?
Ale nie! Ufam jednej, Jedynej Istocie, którą miłuję, jak lustrzane odbicie własne!
Tobie! Tylko Tobie, Wieżo Rozkoszy! Ufam Tobie!
Niestety, generalnie w mym władztwie
Kompletna ruina. Chłopskie dzieci potaniały okropnie i kupcy płacą za nie połowę dawnej ceny. Mówią, przechery, że podaż zbyt duża, a magazynować bez końca, się nie da, ze względu na koszta. A ja mam to w swojej pudernicy!
Szkaradna zmowa marnych dusigroszy, gotowych skoczyć do gardła, by nadarzającej się okazji! Przecie ja mam wydatki! Moje myśli ciągle krążą wokół tego!
No i, oczywiście, wokół, i nie tylko wokół, Twojej ślicznej, prześlicznej, mniam, mniam, Osóbki, Najdroższa!

– Co on, kurwa mać, wychlał, niebożę? – Hrabina odłożyła lorgnon na stoliczek i dała sobie spokój z czytaniem na dzisiaj. Zostało jeszcze sporo stron epistoły, a ją już zaczęły szczypać amarantowe oczęta, a cudnej śliczności, niby ze szlachetnego betonu wyrzeźbiona szyja, zdrętwiała. Ukryty w niej, doświadczony przełyk, także się czegoś gwałtownie domagał.
Suszyło niczym samum na gorącej pustyni Placu Defilad w Warszawie.
Sięgnęła po kielich „żołądkowej gorzkiej”. Pomyślała też, że warto by udzielić Waleremu kolejnej lekcji techniki hinduskich sposobów kopulacji. Lud był bowiem bardzo zaniedbany, więc to na elicie społecznej, spoczywał odwieczny obowiązek moralny, kształcenia go oraz empirycznego poszerzania horyzontów intelektualnych plebejuszów .
Ciężko westchnęła i napiła się znowu.
Praca u podstaw.
Praca organiczna.
Nigdy nie doceniony i niespłacony trud szlachetnie urodzonych.
Sięgnęła po alabastrowy dzwoneczek i energicznie nim potrząsnęła.

Epizod IX. Stypa Wenery (cz.2.)

Dygoty wewnętrzne barona! Widmo niedźwiedzia krąży nad światem! Engagement syna wozignoja!

Hrabinie nie było lekko powrócić do lektury listu barona.
Już to, z powodu dręczących ją niejasnych przeczuć, co do dalszej części epistoły, już to,
ze względu na ból w biodrach, wprawdzie rozkoszny, bo przywołujący na myśl miejsce
koło kominka, gdzie na wyprawionej skórze tyfusa plamistego, uczyła Walerego pozycji miłosnych, ze szczególnym uwzględnieniem starohinduskiego układu, znanego jako „rosomak buszujący w kiszonych ogórkach” oraz szczególnie podniecający i zakazany przez kościół mormoński – „jest pan aresztowany i cokolwiek pan powie może zostać użyte przeciwko niemu”.
Jęknęła cichutko, schodząc po kunsztownie rzeźbionych, lśniących niby spocone pośladki buszmeńskich tragarzy, schodach. Chęć zapoznania się ze słowami, które napisała ukochana ręka oraz napicia się czegoś konkretnego, była silniejsza od znużenia.
Musiała koniecznie przeczytać wieści od lubego i mało ją obchodziło, czy Walery samodzielnie uwolni się
z kajdanek, przykuty do kominowego filara.
Zresztą, kluczyk i tak chyba został u Perwersego od ostatniego razu. Ostatni raz!
W jej wnętrzu zarżała ognista klacz niewieściej namiętności.
Och! Baron Perwersy!
Niczym prestidigitator, napełniła błyskawicznie puchar i bezzwłocznie go opróżniła.
„Żołądkowa gorzka”, jak zwykle, czyniła cuda, niczym dryjakiew.
Sfatygowane lędźwie przestały dokuczać, a perspektywa lektury pozostałych stu czternastu stron listu stała się mniej przerażająca od smutnej konieczności regularnej depilacji piersi.
Na szczęście baron roztropnie podzielił kolejne części swej epistoły na rozdziały , opatrzone tytułami. Starannie przejrzała bogaty spis treści.

I. Biedny, ja biedny
II. Okropne wągry;
III. Moje nowe odzienie i pudry;
Hrabina ziewnęła bezwiednie.

Baron poświęcił tym zagadnieniom ponad połowę nieprzeczytanych jeszcze kartek. Przerzuciła je pospiesznie, dobrze wiedząc, co jej ukochany mógł napisać i niezawodnie napisał, gęsto zraszając stronice łzami wylewanymi nad własnym losem
i niesprawiedliwościami Fortuny.
O! To coś ciekawego.

XXIV. Miszka straszny w kraju straszy;

Pulcheria poprawiła się w ekskluzywnym fotelu wykonanym z jednego pnia agawy, inkrustowanego perłopławami i pływami.

„Koszmar! Koszmar! Koszmarrrr! Czego się nie dowiedziałem od wrednej i leniwej służby, nie wyczytałem
w zakłamanych i obelżywych żurnalach / nie będę chyba ich kupował, o mnie ani trochę, od przeszło kwartału, nawet słówkiem nie wspomnieli/, to usłyszałem od będącego przejazdem, w gościnie u mnie, Pana Senatora Mirona Kiłowienko. Pan Senator, bardzo łaskaw, spożył wykwintną /jak to u mnie/ wieczerzę
i spędził wieczór w moim towarzystwie, a noc, chłopca stajennego. Wydawał się bardzo nieswój, ale nie wynurzał się zbytnio przy kolacji . Nazajutrz, po śniadaniu, kiedy to, jak każdego ranka, batożę, dla sportu i zdrowej gimnastyki, niesforne służące, towarzyszył mi, a nawet pomagał. Mile rozgrzany, udał się w moim towarzystwie na mały spacer wokół przydomowej katowni i placu egzekucji. Tam, rozglądając się jednak nieznacznie na boki, stał się jakby rozmowniejszy. Opowiedział o przerażającym potworze, który pogrążył miasta Jaśnie Oświeconego Margrabiego. Odarł
z bogactw, obrócił w perzynę kwitnący handel i rzemiosło, ludziska na ulice pchnął, a niepokój zasiał taki, że aż mi włoski się podnoszą / sama wiesz gdzie, mogą mi się włoski niesforne podnosić Moja Wielka Ważko Miłosnych Uniesień/ i nawet wiatr przebiega po pludrach, chociaż dzisiaj nie wieje, a okna kazałem szczelnie pozamykać.

Hrabina rozmarzyła się wyobrażając sobie owe pludry, a także srogi wiatr w nich hulający
i w arystokratycznym zamyśleniu, wpadła w czkawkę, którą jęła natychmiast unicestwiać „żołądkową gorzką”. Za trzecią próbą, podstępna dolegliwość przycichła, a Pulcheria mogła, aczkolwiek mocno osłabiona, kontynuować lekturę.

Ów potwór, wedle tajnych, ministerialnych raportów /cicho sza…tajemnica najwyższej sekretności/ spisywanych pokątnie w Tajnych Kancelariach i dyktowanych półgębkiem przez nadzwyczajnie upoważnionych Osobistym Dekretem Jaśnie Oświeconego Margrabiego, Tajnych Radców Szóstej Rangi/, miał być Szpionem, Dywersantem, nasłanym nikczemnikiem przez wroga, Zaplutym Karłem Reakcji, przeklętym po tysiąckroć Wołkiem Zbożowym
na jasnym łanie łona Naszej Ojczyzny /powtarzam słowo w słowo, co zapamiętałem
z monologu Pana Senatora/, ohydną Modliszką rodzaju nieokreślonego, nasłaną Nie Daj Bóg Z Samego Piekła, albo, co gorsza, z Zagranicy. Bardzo się Pan Senator denerwował, kiedy to mówił. Widziałem kropelki potu na jego czole, chociaż przed południem wcale nie było
za gorąco oraz mogłem założyć moje ulubione jedwabne kimono haftowane w złociste naparstnice
i skolopendry kaukaskie, najlepszą, japońską modą.
Mówił mi Senator, że to Niedźwiedź brunatny, srogi, obleśny, nikczemny i poszukiwany w całym państwie. Szukają też sztukmistrzów, którzy mieli go jako pierwsi do miasta przywieźć w swoim taborze.
Ale, ani Miszki, ani kuglarzy. Huncwoty!
Nikt nie wie gdzie te łotry, ale plotek tyle, że wydaje się, iż wszędzie linoskoki się czają
i zajadłe niedźwiedzie brunatne.
Strach do wanny wchodzić. Panika, gdy w południe czas oczy otworzyć we własnym łożu!
Przerażenie bierze, kiedy trzeba pod łóżko sięgnąć po nocniczek, albo do szafy po szlafrok
w beżowe króliczki. Albo w biedronki. Wiesz które.
Mogą przecież i tam się czaić owe stwory. Sprężyć się do stalowego ataku. Zakamuflować się.
Sądzę, że może coś mi grozić! Na pewno! Przecież Elity są jego celem, a ja jestem samym uosobieniem piękna arystokratycznej krwi i kwintesencją teraźniejszego rycerstwa.
Obawiam się więc bardzo!
Zrozumiałem niepokój Pana Senatora i sam zacząłem się rozglądać na wszystkie strony.
Lękam się i drżę na widok każdego futra. Psy, koty, kobiety z brodą, a nawet tresowane łasice, kazałem ogolić, bo i zrobiłem się bardziej ostrożny i przewidujący.
Ale czy to co pomoże, na knowania podstępnego, diabelskiego nasienia!?
Okropne! Doprawdy, straszne!

Tchu czasem brakuje, tętni w skroniach. Konam – myślę wtedy, wiedziony potworną obawą.
Ale nie.
Coś mnie szarpie i objawia się olśniewające światło.
To płoną wszystkie żyrandole w sypialni. A nade mną, skulonym na łożu, stoi mój żółtoskóry lokaj.
To on właśnie zdarł ze mnie kołdrę.
Chińczyk tłumacz i prosi żebym zawsze pierzynę zdejmował z głowy, kiedy zasypiam.
Łatwo mu mówić, nikczemnemu synowi Państwa Środka. Nie on jest celem spisku!
Kto by go tam chciał wyeksmitować z tego świata!
Bodaj, czy, w ogóle, są zaświaty dla Kitajców. Nawet wieczna równina w Niebiesiech, byłaby dla nich zbyt ciasna i mało przestrzenna.
Tak więc moja Najsłodsza Brzoskwinko, źle, źle bardzo!

Pulcheria zadrżała.
To tak! – straszna myśl przeszyła ją, jak sopel lodu, który wpada znienacka w zbyt luźne dessous – spisek!
Nic już nie będzie takie samo, jak kiedyś. Żegnajcie, beztroskie przechadzki po parku, wśród pnących się niebotycznych, krzaczastych koprów, sękatej rzeżuchy i porzuconych majtek posługaczki. Żegnaj, beztroskie barłożenie się po ciemku, na olbrzymim łożu, pośród myśli wzniosłych, pełnych patriotycznego zapału i lekkiego świądu erotycznych uniesień.
Westchnęła i napełniła puchar do pełna.
Nawet pić jej się za bardzo nie chciało. Miała jednak silną wolę i się przemogła.
Poszło gładko, jak zwykle.
Musi być silna. Wszystko jest przecież na jej głowie. Przeniewierowo, folwarki, kopalnia jodyny, w której dopiero co ruszyło wydobycie, no i moc formalności związanych
z prawnym uznaniem Antoniusza Alojzego za kompletnego nieboszczyka.
Czytała list dalej, z wypiekami na twarzy, które pod wpływem emocji, ewoluowały niepokojąco szybko w rozległą opryszczkę. Bezzwłocznie zdezynfekowała swój organizm. Ale nawet błogie ciepło rozlewające się po jej uroczych trzewiach, nie było w stanie rozgrzać mrozu skuwającego, wylęknione serce.
Baron przepowiadał wielki kataklizm, na podstawie wnikliwej obserwacji swego otoczenia, na które się składały jego apartamenty, ze szczególnym uwzględnieniem garderoby, katowni sportowej i /co hrabinę interesowało najbardziej/ opinii dość licznych gości w rezydencji barona.
Pulcheria pomyślała, że dawno już nikt jej nie odwiedził. Nie licząc tego młodego junaka
z podbitym okiem, którego zarekomendowała jej Nataszka, do pracy biurowej w kancelarii kopalni jodyny pod Borsuczynem. Ciekawy prostaczek. Jak mu tam było? Janek, Janek Loser, czy jakoś tak.
Hrabina uśmiechnęła się, przywołując z pamięci scenę, kiedy angażowała tego biednego przybłędę, niewątpliwie ukaranego już dostatecznie przez zły los, jak mówi jej pokojowa. Kiedy to było? Dwa? Nie, trzy tygodnie temu.
Akurat Perwersy bawił wówczas w Przeniewierowie, żeby dokończyć robótki ręczne, które oboje uwielbiali.
Wtedy właśnie, kłębek nici koloru delikatesowego denaturatu niespodziewanie wyskoczył z dłoni i zatoczywszy przedziwną parabolę, wpadł pod kanapę. Jednocześnie, hrabina i baron, rzucili się na kolana, żeby odnaleźć zgubę. Szukali bardzo długo, co można tłumaczyć na kilka sposobów, także, zamiłowaniem do sztuki snycerskiej, bowiem nogi kanapy były pięknie rzeźbione. To jednak nie one wywoływały lube drżenie poszczególnych członków barona, chociaż były zdecydowanie prostsze i mniej sękate. Odnaleźli bardzo wiele interesujących rzeczy, przyjemnych w dotyku, ale nie kłębek. I nie dosłyszeliby zapewne pukania do drzwi salonu, gdyby nie było ono odpowiednio natarczywe, wspomagane wystrzałami z wiwatówki, którą pokojowa zabierała ze sobą przy takich okazjach.
Minęła dobra chwila, zanim Pulcheria zajęła pozycję wyjściową i mogła swoim aksamitnym altem, wskazujący na arystokratyczne pochodzenie, polipy gardła oraz zaawansowany alkoholizm, zapytać – Czego tam?!
– To ja. Nataszka – odezwał się głos zza drzwi – ja względem tego młodzieńca do pracy.
– Niech wejdzie – zrezygnowanym głosem przyzwoliła hrabina.
Wspólnie z baronem, powróciła do wyszywania.
Obrazek, miał w zamyśle przedstawiać tradycyjne polowanie na czarownice. Na leśnej, rozbuchanej zielenią i kwieciem łące, stado zajadłych mnichów – kapucynów, osaczyło obiekt polowania, gdy z cienistych chaszczy właśnie wyłaniali się myśliwi z krucyfiksami
w dłoniach, gotowymi do zadania śmiertelnego ciosu wszetecznicy.
A Pulcheria i baron, wyszywali chmurki, gdy właśnie uciekł im przeklęty kłębek.
– Chrzanić niebo, Perwersy – mruknęła hrabina – bierzemy się za mnichów. I zobaczymy kogo przyprowadziła Nataszka.
Do komnaty weszła wierna pokojowa , a w ślad za nią wsunął się nieśmiało Loser, mnąc
w ręku borsalino z piórkiem, wypożyczone od gajowego Saloda. Wieśniaczy garnitur
od Armaniego był wytarty ale czysty i schludny, a oborowe gumiaki lśniły jak lustro.
Hrabina przybliżyła do oczu lorgnon, a drugą dłonią ujęła puchar, napełniony niezwłocznie przez szarmanckiego w każdym milimetrze, barona.
– Hę? – przez szkła wyzierały jej oczęta niby szmaragdy zanurzone w przejrzystej żelatynie
– Hę? – powtórzył baron, modląc się w duchu, by Hrabina nie się domyśliła, że ma przeklętą erekcję.
Ta podła Nataszka, specjalnie założyła bardzo krótką, ażurową spódniczkę, haftowaną w podniecające flądry i samonośne, czarne pończochy do połowy ud.
– Eee – Loser głośno i zamaszyście wytarł nos rękawem marynarki – tego…Eee…
– Ty nienohmalny – zawyrokował Perwersy – nienohmalny głupek
– Jesteście wiejskim głupkiem, dobry człowieku? – hrabina zaszczebiotała jak siostra miłosierdzia albo zacna burdelmama handlująca niedoświadczonymi parlamentarzystkami.
– To niegłupi człek, jaśnie pani, ale wylękniony, doświadczony ciężko przez los i do tego jest taki wylękniony przed waszym majestatem – sprawę wzięła w swoje ręce Nataszka – To niby jeno wyedukowany syn wozignoja, ale umie czytać, pisać, prowadzić podwójną księgowość, podwójne życie, półwiecznego Trabanta, uczciwą kobietę do moralnego upadku, uprawę buraków ćwikłowych, opium i marihuany, sklep ze śmieciowymi akcjami , popularny bar dla lesbijek, dom publiczny dla bezpańskich kotów, kampanię wyborczą socjaldemokratów, kurę na smyczy, krowy na pastwisko, ogólną buchalterię, leniwe życie, naukową polemikę
z wyznawcami zoroastryzmu, babciny palec do nosa i…

Hrabina niespecjalnie uważnie słuchała, ale spodobało się jej słowo „majestat”, które na początku wyłowiła z potoku wymowy pokojowej.
– Wystarczy, Nataszko.
– Oui, Madame – służąca błysnęła zdolnościami lingwistycznymi i natychmiast przerwała litanię.
– A lubiż on być bathożonym? – zainteresował się baron, ciąglę jeszcze podniecony.
Ta piekielna Nataszka na pewno wyszywa i haftuje nie gorzej od Pulcherii.
Będzie musiał to sprawdzić przy pierwszej, nadarzającej się okazji. – No? Odpowiedz.
– Baron zapytuje – doprecyzowała pytanie hrabina – czy ten wieśniak jest zdolny do wzniosłego samopoświęcenia w imię szczytnej idei? Czy jest zdolny znosić trudy i ciężary znojnej pracy, z lubym uśmiechem na licu i czystym sercem, mając radosną świadomość, że służąc wiernie jaśnie pani, przybliżasz się do niechybnego zbawienia swojej parcianej duszyczki?
Loser nabrał nieco śmiałości i nieśmiało bąknął.
– Oj, tak, jaśnie pani. Byle tylko nie na golfowym polu. Ale od żadnej innej roboty się nie migam. Bez wazeliny wchodzę, tam gdzie trzeba, byle jaśnie państwu dogodzić jak należy.
– No to rhozumiem – baron pomyślał natychmiast o małej biseksualnej orgii. Zaraz jednak się opamiętał
i spojrzał ukradkiem na hrabinę. Podejrzewał ją od dłuższego czasu o czytaniu w myślach. Potem zerknął na swoje pludry. Wszystko w porządku.
– Topsze, topsze, mój wiejski głupku. A czy podołałbyś w pracować w znoju nad ciężkim od rhachunków księgami? Umiałbyś pieczęcie przykładać do szorhstkiego i nieprzyjemnego w dotyku, papierhu? A herhbatę parzyć swemu przełożonemu ekonomowi – ekonomiście, także byś umiał?
-A jakże, jaśnie panie! Tom przecie studiował w Harvardzie i herbatę parzę przednią. A i sam się parzyć
i naparzać potrafię niezgorzej. Certyfikaty się zapodziali na nierównych ścieżkach mego żywota, ale potwierdzić mogą to liczni świadkowie, jak obecna tutaj wasza pokojowa.
– Spodobał mi się ten parób – zdecydowała Hrabina i wypluła muchę, która się utopiła w pucharze z żołądkową gorzką.
– Przyjmuję cię na próbę, synu wozignoja. Jutro zameldujesz się w górniczej osadzie. Odpowiednie pismo zawiezie tam pocztylion.
Jeszcze spojrzała na barokowy korpus Losera. Coś jej podziało, że ich losy splotą się jeszcze, w dramatycznych okolicznościach.
Przebóg! Dawno nie doznała takiego uczucia.
– Co się dzieje, kurwa mać – eteryczna myśl przemknęła pod subtelną kopułą jej czaszki.
– Co się z tobą dzieje Pulcherio?
Szybko napełniła puchar.

Teraz, kiedy myślała o tamtym zdarzeniu, uśmiechała się leciutko, na ile tylko pozwalała
na to źle zamocowana proteza szczęki. Plik papieru z niepokojącym szelestem wolno zsunął się z jej kolan
i szeroko rozsypał na posadzce.
Hrabina lekko zasnęła.
Tylko konie rżały w stajniach przerażone jej chrapaniem.
A może nadciągającą apokalipsą?

avatar

Informacje o Alter

Budżetowy pasożyt spod znaku Koziorożca. Miejsce zamieszkania - Polska, czyli nigdzie. Interesują go ludzie i ich historie. Ulubiony tytuł - "Komedia ludzka". Ale tylko tytuł.
Ten wpis został opublikowany w kategorii Epizod IX. Stypa Wenery (cz.1 i 2). Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

Możliwość komentowania jest wyłączona.