Epizod X. Oznaki pożogi

Jarzmo rozpaczy! Agonia Pegazów! Proletariacki nektar! Śnij, Janie!

Ekonom głośno pierdnął i natychmiast się ocknął. Otworzył oczy, a jego zaspany wzrok padł na niedopitą szklankę bladej herbaty, w której smętnie czerniała utopiona mucha. Oparty łokciami na wyślizganym blacie biurka, genetycznie obyty ze smrodem kancelaryjnych kadzidełek, przywykł też do ciągłych hałasów dobiegających z zewnątrz, spoza drewnianych ścian baraku kancelarii. Westchnął i sięgnął do kieszeni surduta po pudełko z machorką, godną samego gubernatora Murawiejewa, albo nawet, nadzorcy z sadomasochistycznych kreskówek.
Wprawnie skręcił w palcach grubego papierosa i z lubością zaciągnął się dymem.
– Ech! Dawniej to bywało! – pomyślał z nostalgią, właściwą podłym sługusom, wysługujących się obszarników.
– Chodziło się po folwarku, jak prawdziwy pan. A i chłopu można było w mordę dać, kiedy się ociągał w robocie. I odłożyć, co nieco, na czarną godzinę, odsypać ziarna, kury pomacać, albo przaśną, rumianą dojarkę. Cholerna epoka przemian industrialnych wkroczyła do Borsuczyna zbyt nagle, nazbyt obcesowo, przeobrażając nieskalany dotąd, rustykalny krajobraz, w pełną szybów wiertniczych, ordynarną przestrzeń, gdzie w kopulacyjnym rytmie, dzień i noc, pracujących pomp kopalnianych, w huku młotów, w smrodliwych ejakulacjach wydobywanego surowca, zanikały odwieczne wartości etyczne, a w kałużach jodyny i w błocie, bezpowrotnie tonął ethos zafajdanych, ale przecież constans stosunków feudalnych. Urok diabli wzięli. Chyba się przeprowadzę do stolicy i obejmę wreszcie katedrę filologii klasycznej, chociaż, tam też źle się dzieje – wyjrzał przez zachlapane pręgami błota okno i zgasił niedopałek.
Dzisiaj nic nie będzie z roboty. Otworzył zamykaną na kluczyk szufladę biurka i sięgnął do jej wnętrza. Wprawna dłoń namacała kojąco chłodny kształt butelki i eksplorowała zdobycz na niemrawe światło dzienne. Półlitrówka była rozprawiczona, ale sporo jeszcze zostało. Przez chwilę przyglądał się czerwonej etykiecie z zachęcającym napisem: GORZAŁKA TĘGA, próbując sobie bezskutecznie przypomnieć, gdzie zakopcował drugą flachę, lecz nijak nie mógł przywołać z pamięci miejsca tajemnej kryjówki. Pociągnął ostro z szyjki, aż krople alkoholu pociekły mu po brodzie. Od razu lepiej. Najwyżej, jeżeli zabraknie odkażacza, to pośle się Losera po następną.
Ekonom zaprawiał się regularnie, codziennie, odkąd Jaśnie Pani oddelegowała go do kopalnianej kancelarii. Serdecznie nienawidził tej pracy, pełnej, nudnej papierkowej roboty, nieustannego przeliczania, pilnowania ciągłości wydobycia i czuwania nad porządkiem, rozrastającego się stale przedsięwzięcia.
– I po co mi to było? – zwierzał się nieraz swemu pomocnikowi, w chwilach pijackiej szczerości. – nie lepiej to, bym ja, Artemizjusz Perty, absolwent Instytutu Wodolecznictwa i całkowicie shabilitowany doktor nauk humanistycznych i opresyjnych, znawca szlachetnej łaciny,
autor poematu: „Hemeroidia” i wielu innych, wyniósł się stąd, kurwa jego mać, do wszystkich diabłów!? Albo przynajmniej do Akademii Jego Wysokości Margrabiego i Jego Biskupów?! Tam bym sobie na żakach poużywał, skoro moich chłopów przerobili na proletariat wielkoprzemysłowy! Na pohybel pieprzonej jodynie! Na pohybel klasie robotniczej!
Gdy tak smętnie rozmyślał, usłyszał znajome kroki na korytarzu.
To Loser nadciąga, nie ma co się krępować.
I rzeczywiście. Drzwi się otworzyły z rozmachem i do śmierdzącego potem, skisłym dymem papierosowym oraz zwietrzałym alkoholem. biura, wkroczył dzielny pomocnik.
Wraz z nim w zatęchłym pomieszczeniu pojawił się zapach jodyny i wytwornego Old Spice’a. Loser przyniósł papiery do podpisu.
Ekonom – doktor, spojrzał na dokumenty i odstawił butelkę na podłogę.
– Znowu padły? – Zapytał retorycznie.
– Znowu – zastępca, siadł na zdezelowanym krześle i spojrzał na resztę wódki w butelce.
– Kończy się zapas? Druga jest schowana w archiwum, za sprawozdaniami z zeszłego miesiąca, na drugiej półce od lewej.
– Tak, tak. Oczywiście, pamiętam – mruknął pryncypał, składając zamaszysty podpis na sprawozdaniu, w duchu dziękując opatrzności, że dała mu pomocnika, któremu rzadko urywa się film – przynieś ją zaraz, to się obaj napijemy.
Kiedy tak siedzieli przy flaszce, która pochodziła z tajnych zapasów, a tematów do gawęd nie zbywało, na dworze poczęło się ściemniać i zapłonęły wielkie lampy elektryczne, oświetlając rozległy teren, upiornym, zimnym światłem. Hałas nie ustawał, szyby wibrowały, słychać było hetyckie przekleństwa robotników i odgłosy dziarskiej musztry plutonu egzekucyjnego, przygotowującego się do kolejnego rozstrzelania małodusznego bumelanta, który obniżał wydajność, śpiewając podczas pracy chorały gregoriańskie. Co jakiś czas, wpadali do kancelarii umyślni z meldunkami. Ci, odprawiani byli krótko i służbowo. Maszyna złożona z odczłowieczanych istot ludzkich oraz z maszyn, pracowała siłą rozpędu, w nieustającym rytmie mijających godzin, nawijanych beznamiętnie na kołowrót czasu. Zobojętniałe Pegazy rzęziły z wysiłku, ciągnąc wielkie cysterny z urobkiem. Ich utytłane w błocie skrzydła, zwisały bezwładnie z grzbietów, a opuszczone łby chabet, kiwały się miarowo w takt jazgotu i sapania olbrzymich tłoków napędzających niewidoczną maszynerię . Na wyjeżdżonej mazi kopalnianego majdanu, leżały połamane pióra pociągowych stworzeń, które gęsto padały z wyczerpania, albo pod batami okrutnych woźniców.
Nie ma poezji w grzęzawisku chciwości i nieludzkiego wyzysku!
Łuna reflektorów, niczym czujne oczy więziennych strażników, omiatały teren, otoczony żywym parkanem tui i filodendronów, w którą zręcznie wpleciono drut kolczasty pod napięciem elektrycznym. Z głośników, umieszczonych w wysokich słupach, dobiegały niezrozumiałe dla niewtajemniczonego ucha komunikaty. – Na szóstce podwoić pompy. Dodać sekcję czwartą na odwiert! Powtarzam, na szóstce podwoić pompy. Dodać sekcję szóstą!
Albo: kastrator siedem zgłosi się na wałaszarnię! Ostre rozkazy, niesione dudniącym pogłosem, niosły się daleko, poza kopalniane piekło wyzysku, zamazywało się we mgle, spoczywającej od wieków na okolicznych bagniskach i boiskach krykietowych, ulatywały w mrok nieprzeniknionej nocy, w górę, ponad krainę rozpadu i moralnej zgnilizny. Odór strupieszałych stosunków feudalnych, zmieszany z fetorem, rodzącej się, w niespokojnej rui szczurzego pomiotu, kapitalistycznej hydry, przenikał starodrzewia resztek borów na skwerach robotniczych dzielnic i drażnił delikatne nozdrza niegdysiejszych, publicznie dostępnych, dziewic, spoglądających głęboką nocą w pochmurne niebo, na próżno starających się przeniknąć wzrokiem skłębioną powłokę brudnych chmurzysk w poszukiwaniu swojej, szczęśliwej gwiazdy.
Wiatr chował się w ciemne bramy, cuchnące moczem i pełnych cichych szeptów, załatwianych w mrocznych czeluściach, podejrzanych geszeftów, dokonywanych przez płatnych zabójców, alfonsów i chrześcijańskich demokratów. Późny wieczór gęstniał, jak kisiel rzygowin, wyrzucany w spazmatycznych torsjach, przez nieubłagane przeznaczenie i rozlewał się po całym kraju żarłoczną, wszędobylską topielą. Razem z kolejną nocą, nadchodziły godziny lęku przed nieznaną, a groźną przyszłością.
Tak to, płynęły ponure dni oczekiwania na malującą się ciemnymi barwami, przyszłość, kiedy w chłodny i mokry od lepkich oparów, wieczór, Ekonom Perty z Janem Loserem opróżniali wszystkie zapasy kancelaryjnej wódki, wysuszając kolejne skrytki niedoszłego dziekana filologii klasycznej stołecznej Akademii, o których jego pomocnik wiedział, a pryncypał, po pijaku, zapomniał. Za oknami zapadła już ciemność głęboka, nawet nieustanny hałas zdawał się przycichać i słychać było wyraźnie rzężenia ochwaconych Pegazów z pobliskiej stajni.
– Więc powiadasz, że widzieli go – twarz Perty była lekko obrzmiała, a oczy mu błyszczały niezdrowym blaskiem – gdzie? Daleko stąd?
Loser miał dość słabą głowę i nieco bełkotał – aaa..Niedaleko. Ze dwie wiorsty, jak stąd prosto.
Machnął ręką w kierunku ściany, na której widniała podobizna Jaśnie Oświeconego Margrabiego w otoczeniu Jego Biskupów – o, tam!
– To na Przeniewierowo! – Podniecił się ekonom – przebóg! Czy oni, tam w pałacu już wiedzą?
– A skądżeżby! Nie wiedzą! Czego im służba nie doniesie, tego nie wiedzą. – Loser dopił kubek gorzałki i zagryzł marynowanym nietoperzem ze słoja. – Nataszka mi powtórzyła plotki, co to ludziska opowiadają z rozpaczy, pogrążeni w beznadziei i świadomi własnej niemocy.
Loser czknął. Nietoperz przyjął się prawidłowo w żołądku, gdy tymczasem, ciekawy ekonom dopełnił szklanice.
– Więc państwo nie wiedzą nic, ale pałacowi wiedzą. Widzieli co oni? Na własne oczy wybałuszone?
– Nikt nie widział na własne oczy – odparł pomocnik – tylko tak gadają, powtarzają plotki, legendy plotą z wymyślonej osnowy własnych marzeń i oczekiwania zmiany. Bajdy nie bajdy. Jeśli powtarzać zaklęcie, to się stanie, prędzej czy później. Baśnie i legendy? Nataszka nie pasuje do snucia bajek, a to co mi przekazała, usłyszała od kucharki Gabrysi, Gabrysia od gajowego Saloda, Salod od Mateusza, a on od Felicjana. A Felicjan, diabli wiedzą od kogo. Może nie było nic? Może ów stwór nie zawitał jeszcze w nasze strony? Może buszuje teraz podle jaśniepańskich rezydencji biskupów, albo i samego Jaśnie Oświeconego Margrabiego i ani Złemu we łbie, żeby taplać się po błotnistych naszych gościńcach. Ale może zgoła jest całkiem inaczej? Może jest tu już od dawna, siedzi w struchlałych sercach, w ciemnych zakamarkach ukrytych lęków? Syci się przerażeniem ludzi i nabiera nowych sił. Schowała się, bestyja, ale na krótko. Przyczaiła się, lecz tylko po to, by wybrać odpowiednie miejsce i godzinę do zadania ciosu z nienacka. Ujawni się, kiedy napatrzywszy się do woli przerażonych twarzy, rozbieganych oczu, wypatrujących zagrożenia; kiedy nasyci się strachem przyszłych ofiar i torturą oczekiwania nieuchronnego – wtedy wylezie ze swojej kryjówki. Otrzepie plugawe futro, wyszczerzy pożółkłe, ostre kły, rozłoży szeroko kosmate łapska i rzeknie – czekaliście na Miszkę, no to jestem! Teraz wam pokarzę, łachudry, wy śmiecie, co potrafię!Tak będzie – Perty spojrzał na Losera, który nieźle się dzisiaj trzymał i kiwał ze zrozumieniem głową, patrząc całkiem przytomnym wzrokiem.
– A ja myślę – powiedział pomocnik ekonoma, sięgając niezdarnie ręką do słoja po kolejnego, marynowanego nietoperza – że jest w tym wszystkim jakaś tajemnica niezgłębiona.
I powiem ja panu, mości ekonomie, że mam przeczucie, iż owa tajemnicza tajemniczość jest blisko nas, szczególnie mojej osoby, chociaż Bogowie Olimpijscy mi świadkami, że nie wiem, dlaczego mam taką pewność. A wszystko to od czasu, kiedy okrutnie sponiewierany przez złego pana na polu golfowym, cudem odratowany, napotkałem w gościnnej karczmie, po wielu latach,
Nataszkę…
– A widzisz! Opowiedz mi coś o niej, bo sam ją widział w pałacu ze trzy albo cztery razy. Wielce bystra białogłowa.
– A tak! – Loser nieco się ożywił – To ona mi pomogła i to dzięki niej się tutaj znalazłem. Przedziwne dziewczę. Kobieta właściwie. Dziewczęciem była, kiedym ją zapoznał. Ale…Napijmy się jeszcze, panie ekonomie!
W brązowych z niedomycia szklanicach zabulgotał trunek i obaj popili nieco.
Ekonom chuchnął z głębi płuc i pochylił się konfidencjonalnie ku swemu kompanowi.
– Gadają o niej, że nie tylko ładna, ale i mądra nad podziw. A pani hrabina we wszystkim się jej słucha.
– Coś tam na rzeczy jest, ale z tego com słyszał od niej i o niej, niełatwe były koleje jej losu.
Nie powtórzę jednak tego, bo przysiągłem pary z gęby nie puszczać, nawet w tak zacnym towarzystwie, jak waszmość, osoby. Bez urazy – niewyraźnie wybełkotał pomocnik, mrugając ciężkimi powiekami.
Ekonom pokiwał głową ze zrozumieniem, przymknął oczy i pomyślał o nogach Nataszki, Catulli Carmina, czystym niebie, wiosennych łąkach nad rzeką i zasnął na krześle, donośnie chrapiąc.
Pusta szklanka wysunęła mu się z ręki i głośno potoczyła po drewnianej podłodze.
Ale jego towarzysz tego nie widział, ani nie słyszał. Także już spał z otwartymi ustami i z odchyloną do tyłu głową. Nad biesiadnikami, zakurzona żarówka w gazetowym abażurze, paliła się żółtym światłem, za oknami reflektory rzucały niebieskawą, ostrą poświatę, w nieustannym warkocie i mlaskaniu pomp, sapaniu maszyn parowych oraz w hałasie przejeżdżających w jedną lub w drugą stronę, cystern. Taka była noc w Borsuczynie, realna, pełna potu, wysiłku i lęku o jutro, jakże niepewne. Kiedy tak trwała, nieprzenikniona i chłodna, Loserowi śniły się wspomnienia o Nataszce, prawdziwe i wymyślone, kolorowe, i ulotne – jak to we śnie.

Sen Jana Losera

Kiedy zobaczył ją pierwszy raz, właśnie zakwitły kartofle na polu, a ich barwne kwiecie wyzwalało niepokojące zapachy niczym zamorskie afrodyzjaki. Drażniły młodzieńcze nozdrza, wabiły pysznym kwiatostanem i przywodziły na myśl płodny dostatek parującego stosu tłuczonych ziemniaków w malowanej w polne maki, misie. Kolorowe motyle przysiadały na zakurzonych lusterkach chłopskich rolls – royce’ów i oglądały swoje zmęczone upałem, skrzydełka. Janek patrzył na nie w zachwycie. Błękit nieba przecinały w majestatycznym locie ociężałe pterodaktyle wypatrujące na łąkach smakowitych amonitów i ornitologów. Znowu był młodym, niewinnym, chłopcem, nie znającym jeszcze życia, może poza małą, homoseksualną przygodą, kiedy to jaśnie pan hrabia podczas wizytowania swoich wsi, zapoznawał go w krzakach za stodołą z heideggerowską hermeneutyką. W jasnych oczach Jasia Losera, gorzał płomień ciekawości dalekich krajów, gdzie można żyć godnie i łatwiej, a młodzieńcze serce rwało się ku kolorowym przygodom. Już znudził go pokątny handel suszonymi grzybkami psylocybinowymi i napadanie na cherlawe babiny powracające przez ciemny las, z wieczornych mszy. Marzył o wielkim świecie, pełnym pięknych białogłów, złotogłowia, pysznych kolacyjek, garsonier, abażurów i psychodelicznych stanów nieważkości. Jakże daleko było wówczas, do innych wymiarów bytu, jakże bliskie wydawały się realizacji zamiary, kiedy młoda krew wartko krążyła w gibkim ciele. Poszybował przez pola
i kolejne lata, na skraj parkingu komunalnej stacji nalewania paliwa i palenia w kotłach lokomobil. Był starszy i stał obok Nataszki, Gabrysi, i Esterki, a Salod, widoczny z daleka, dzięki malinowej marynarce oraz tyrolskiemu kapelusikowi z kogucim piórem, liczył na uboczu zarobione w ciągu dnia przez pracowite dziewczęta, banknoty. Przy płocie przeraźliwie kwiczały przywiązane do sztachet prosięta,obok parcianych worków wypełnionych dorodnymi orzechami Makadamii, bowiem wieśniacy najczęściej płacili tym, co sami w znoju wyhodowali i zebrali z kamienistych zagonów. Jego czarna furgonetka stała pod parą, a dym wesoło buchał z komina pojazdu. Za plecami przyszłego gajowego rozciągały się nędzne przedmieścia stolicy malowniczo rozrzucone na stokach siedmiu łagodnych wzgórz. Nad wszystkim, królowały niepodzielnie strzeliste wieże wyniosłego zamczyska Jaśnie Oświeconego Margrabiego i Jego Biskupów. Katedra, kaplice, budynki zamkowe i wielopiętrowe krużganki, tonęły w poszarzałym różu piaskowca, oblane delikatną poświatą nadchodzącego wieczoru.
Salod gwizdnął w dwa palce i zagonił całe towarzystwo do kabiny lokomobili. Potem długo jechali przez mroczny las, gdzie niegdyś dziewczęta pobierały pierwsze nauki tajemne, po ucieczce z rodzinnych domów. Przed oczami pojawiła się zarosła krzewami tarniny i łopianami, boczna droga, wiodąca do niewidocznej dla przejeżdżających, poczerniałej kupy gruzów. Tyle bowiem zostało po straszliwym pożarze w willi Madame Lenone. W księżycowe noce, zawsze zbierały się na upiornym pogorzelisku, watahy wilków, wikołaków i byłych klientów sekretnego przybytku, wyjące do bladego księżyca melancholijne serenady. Janek poczuł, uścisk dłoni Nataszki na swojej dłoni. Kiedy mijali to, owiane legendarną sławą miejsce, Spojrzała mu w oczy, albo tylko wydawało mu się, że spojrzała i słyszał jej szept, albo tylko mu się zdawało, że wyszeptała: będziesz moim sługą, Janie, moją ręką, maleńką sprężynką w mechanizmie, którego jeszcze nie zbudował Wielki Zegarmistrz, ale plany są już dawno zapisane niewidzialnym dla ludzi, pismem. Ty, Salod i Esterka, będąca mi siostrą. Taki nasz los, takie przeznaczenie na drodze ku wielkim dniom odmieniającym świat.
Zawirowało.
Zakołysał się pojazd, nagle zapachniało mokrym, żywicznym powietrzem po deszczu.
Rozjarzyła się czerwona latarnia księżyca, rzucająca niepokojącą poświatę na objawiony nieoczekiwanie, nowy krajobraz. Lekko pofałdowana równina, pełna rozrzuconych chaotycznie siół, tonęła w tej poświacie, a piaszczysta droga, nad którą unosił się Loser, wyglądała, jak pomarszczona wstążka. Obok frunęła Nataszka i pokazywała mu coś, albo kogoś pod nimi.
Straszliwie zaryczało.
Runął w dół. Wszystkie, kolejne lata migały, niby w rozpędzonej karuzeli, obrazami pór roku, twarzy ludzi, miejsc, w których bywał. Tracił oddech, ale nie mógł się poruszyć, chciał zamknąć oczy, ale powieki go nie słuchały.
Tonął w olbrzymim wirze, który go pochłaniał i wciągał w mroczny lej.
Zaczął wirować coraz szybciej i zapadł się w nicość.
Przepadł.
Potem minęły eony, albo nanosekunda i w ciemnościach odezwał się wyraźny, acz odległy głos: jest tam kto?

Jest tam kto?
Loser otworzył jedno oko. Ciągle leżał bokiem na podłodze, a jego wzrok, nie od razu, z trudem, zidentyfikował w szarościach poranka, pustą butelkę po gorzałce.
Ciągle znajdował się w kopalnianej kancelarii. Ekonom chrapał w najlepsze w krześle, a zza drzwi
znowu dał się słyszeć głos: panie kancelaryjny, raport przyniosłem!
Zaraz – wyrzęził Loser i stękając, przybrał postawę, zbliżoną do pionowej. Zaniosło gonieco,ale jakoś dotoczył się do drzwi i odebrał papiery. Przy okazji pomyślał, że trzeba będzie dokupić alkohol i uzupełnić zapasy, bo właśnie się rozpoczynał kolejny dzień roboczy kopalni jodyny w Borsuczynie.

avatar

Informacje o Alter

Budżetowy pasożyt spod znaku Koziorożca. Miejsce zamieszkania - Polska, czyli nigdzie. Interesują go ludzie i ich historie. Ulubiony tytuł - "Komedia ludzka". Ale tylko tytuł.
Ten wpis został opublikowany w kategorii Epizod X. Oznaki pożogi. Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

Możliwość komentowania jest wyłączona.